Kare Serce Konia

Kare Serce Konia

wtorek, 25 grudnia 2012

Rozdział 11

~~Iza~~

Całe miasto było zapełnione plakatami i ulotkami z zaproszeniami na "imprezę charytatywną" w naszym schronisku. Razem z Wiką wywieszałyśmy je głównie w okolicach podstawówek, przedszkoli i innych miejsc, do których przychodzą dzieci. Wymyśliliśmy to głównie z myślą o nich i ich rodzicach. Dzień przed pokazami były wielkie przygotowania- wyczyściliśmy wszystkie konie i boksy. Zrobiliśmy wielki porządek w stajni, a na boksie Dashy zawiesiłyśmy kartkę z napisem: Uwaga! Koń gryzie! To powinno wystarczyć, żeby ludzie nie zbliżali się zbytnio do niej. Wyczyściłyśmy rząd m.in. Wesuvia i Disneya- jedynego, starszego, nierasowego kucyka w naszym schronisku. Oba konie miały być wykorzystane na oprowadzankach.
Impreza miała się odbyć następnego dnia, w sobotę, od godziny 16.00. Razem z Wiką przybyłyśmy o wiele wcześniej, żeby skończyć przygotowania i utrwalić sobie przebieg pokazów.
-Pamiętasz kolejność przejazdu?- idąc na parkur spytałam Wiktorię, która miała zaprezentować skoki przez przeszkody.
-Przejeżdżałam ten tor kilka razy. Jasne, że pamiętam- powiedziała przyjaciółka.- Lepiej powiedz mi, czy ty pamiętasz kolejność figur ujeżdżeniowych, które masz pokazać.
-Chyba pamiętam- zaczęłam wykreślać ręką w powietrzu trasę, mówiąc co i gdzie muszę zrobić.
Kończąc przygotowania, wzięłyśmy się za siodłanie Disneya, a chłopaki szykowali mini-barek, w którym można kupić picie, jedzenie lub jakieś końskie figurki.
-Kto najpierw robi oprowadzanki?- spytałam Wikę, gdy zakładałam siodło kucykowi.
-To możesz ty, a ja najpierw będę opowiadać dzieciom o naszych koniach. Może któryś z chłopaków mi pomoże- Wiktoria uśmiechnęła się na samą myśl o nich.
Gdy kucyk był już gotowy, wyprowadziłyśmy go na czworobok.
-Nigdy na nim nie siedziałam- zwierzyłam się.- Ty chyba z resztą też. A teraz mamy okazję!
-Chcesz się przejechać zanim przyjadą goście?
-No oczywiście! Nie jest jakiś okropnie mały, a jeszcze ma dużo sił.
-To wsiadaj. A ja po tobie.
Wsunęłam stopę w strzemię kucyka i wspięłam się na jego grzbiet. Bardzo szybko przebierał nóżkami.
-Dzieciom będzie się podobać!- stwierdziłam.
Zauważyłam, że obserwują mnie chłopaki i Robert. Kończyli już przygotowania.
-Niedługo szesnasta!- powiedzieli nam.
-Dobra, złażę z Disneya i Wika się troszkę przejedzie, zanim ktoś przyjedzie.
Zsiadłam z kuca i podałam wodze koleżance.
-Jaki on fajny!- Wika dostała napad zacieszu, gdy przejechała parę kółek.
Minęła godzina szesnasta i nikt nie przyjeżdżał. Zaczęłyśmy się lekko niepokoić. Osiodłałyśmy Chantell, na której Wika miała zaprezentować skoki przez przeszkody o 16:30. Disneya przekazałyśmy do opieki Jakubowi, który też na niego wsiadł. Gdy założyłyśmy siodło i ogłowie Chantell, zauważyłyśmy, że zaczęły się masowo zjeżdżać samochody i ciągle przybywały nowe. Było już co najmniej 15 dzieci z dorosłymi, którzy przyglądali się, jak szykujemy konia do jazdy. Gdy Chantell była gotowa, zajęłam się oprowadzankami, Wiktoria razem z klaczą rozgrzewały się przed skokami, Bartek i Kuba oprowadzali przybyłych po stajni, a Robert sprzedawał napoje i jedzenie.
-To jest twoje schronisko?- wrzucając monetę do puszki, spytała mnie 8-letnia dziewczynka, która była moją pierwszą klientką.
-Nie, ja jestem tu tylko wolontariuszką- powiedziałam, pomagając jej wejść na kucyka.
-Chciałabym mieć własną stadninę kucyków- zwierzyła mi się nieznajoma.
-Utrzymanie konia jest bardzo wyczerpujące, nie mówiąc już o całym stadzie- uśmiechnęłam się.- I trzeba bardzo dobrze jeździć i mieć szeroką wiedzę na temat koni.
-Z wiedzą o koniach nie mam problemu, a niedługo nauczę się jeździć. A jak długo już jeździsz?- spytała mnie.
-Jakieś 4-5 lat.
-To krótko. Ja pierwszy raz siedziałam na koniu gdy miałam 2 lata, czyli jeżdżę już 6 lat.
Dzieci...- pomyślałam.
Następne rozmowy na kolejnych oprowadzankach wyglądały podobnie. Zdarzyło się kilka małomównych osóbek, ale zawsze ktoś mnie o coś pytał. Wiele osób zwróciło uwagę na rozgrzewkę Wiki i Chantell- obserwowali jak kłusowała, galopowała, aż w końcu przeskoczyła parę niewielkich przeszkód.
-Chyba już jesteśmy rozgrzane- powiedziała do mnie, gdy kończyłam oprowadzankę.
-Okej, idę po "komentatora".
Powiedziałam do ogromnej kolejki na oprowadzanki, że zaraz wrócę i poinformowałam, że niedługo zacznie się pokaz skoków przez przeszkody. Wzięłam kucyka ze sobą i poszłam po Jakuba.
-Wiktoria jest w pełnej gotowości- rzuciłam w pośpiechu do Kuby, gdy skończył opowiadać o koniach grupce zaciekawionych osób.
-Dobra, już idę.
Razem z Kubą poszliśmy w stronę placów, a przed wejściem rozdzieliliśmy się. Ja poszłam dalej na oprowadzanki, a Jakub stanął przy grupie obserwatorów.
-Zapraszamy wszystkich na pokaz skoków przez przeszkody!- powiedział tak głośno, że chyba wszyscy na terenie schroniska usłyszeli.- Powitajmy gromkimi brawami Wiktorię Maj i Chantell, które przejadą tor przeszkód złożony z siedmiu płotków wysokości 100-140 centymetrów i jeden o wysokości 1,6 metra!
Tłum robił się co raz większy, a wiele osób zachęcało Wikę oklaskami. Przyjaciółka zatrzymała konia, ukłoniła się i zaszpanowała zagalopowaniem ze "stój". Zrobiła parę wolt i przeskoczyła pierwsze przeszkody. Kuba komentował jej przejazd, mówił publiczności, jak się nazywają poszczególne przeszkody. Wiktoria bezbłędnie przeskoczyła wszystkie płotki, a po ostatnim, najwyższym, wszyscy zaczęli bić brawo.
-Świetnie!- krzyknęłam, gdy skończyła przejazd.
-Dzięki. Rozstępuję klacz i wymienimy się. Później ty dajesz pokaz ujeżdżenia na Nell?
Kiwnęłam głową i znów skupiłam się na Disneyu i dzieciach. Jakieś dziesięć minut później Wika wyszła ze stajni trzymając z jednej strony Nell, a z drugiej- Wesuvia.
-Już rozsiodłałam Chantell i przygotowałam dla ciebie Nell i zmiennika kuca- wskazała ręką na srokacza.
Podziękowałam koleżance, podziwiając klacz wyglądającą jak prawdziwy koń ujeżdżeniowy przed zawodami. Na grzywie miała zrobione koreczki, a na ogonie- kłos, który zaplotłyśmy przed przyjazdem gości. Miała na sobie biały czaprak, nauszniki i owijki.
-To zamieniamy się? Ja na oprowadzanki, a ty na konia?- przyjaciółka wyrwała mnie z zamyślenia.
-Jasne.
Przechwyciłam klacz, a Wika przejęła puszkę, w której było już wiele monet.
-To przejdziesz na parkur? Bo ja chyba mam się prezentować na czworoboku ujeżdżeniowym- zauważyłam.
-Już przechodzę- uśmiechnęła się.
Wika powiedziała do tłumu stojącego w kolejce, że reszta oprowadzanek będzie na placu obok.
Wsiadłam na konia i ruszyłam stępem. Na początku dałam klaczy luźna wodzę,a dopiero po kilku okrążeniach skróciłam je, po czym zrobiłam żucie z ręki. Klacz ładnie pochyliła głowę. Zrobiłam kilka wolt, półwolt, aż w końcu ruszyłam kłusem ćwiczebnym, przyspieszając i spowalniając chód. Teraz też robiłam ćwiczenia takie jak wolty, serpentyny i wężyki. Kilka osób przypatrywało się moim ćwiczeniom. Była to głównie młodzież młodsza może o dwa lata ode mnie. Kontynuowałam dalej ćwiczenia. Robiłam ustępowania, łopatki do wewnątrz, zatrzymywania z kłusa, aż w końcu ruszyłam ze stępa od razu do galopu zebranego. Pa-ta-taj-owałyśmy jakiś czas i ćwiczyłyśmy przejścia. W końcu stwierdziłam, że jestem gotowa i zawołałam komentatora Jakuba, który był w pobliżu oraz poinformowałam o tym Wiktorię. Pojechałam na drugi koniec ujeżdżalni, a gdy Kuba zapowiedział wszystkim mój pokaz ujeżdżenia wystartowałam galopem. Zatrzymałam Nell na środku i ukłoniłam się. Później ruszyłam kłusem wyciągniętym i przy literze "B" zrobiłam woltę w prawo. Gdy dojechałam na środek krótszej ściany, wjechałam na środek ujeżdżalni i zrobiłam ustępowanie w prawo. Kuba tłumaczył zgromadzonym jak nazywają się poszczególne figury i opowiadał o konkurencji ujeżdżenia. Na środku jednej z dłuższych ścian ruszyłam zebranym galopem. Dojeżdżając do "F" zrobiłam zmianę kierunku przez ujeżdżalnię z wieloma zmianami nóg po drugiej fouli. Zrobiłam jeszcze ciąg w galopie, koło o średnicy 20m oraz na linii środkowej robiłam lotne zmiany nogi na jedną foulę. Przy literze "C", obok której stali wszyscy widzowie, zatrzymałam Nell z galopu do "stój". Po pięciu sekundach ruszyłam stępem pośrednim, a przy najbliższej ścianie zrobiłam łopatkę do wewnątrz. Przy "A" skręciłam w stronę litery "C" stępem wyciągniętym, a między tymi literami zatrzymałam konia i ukłoniłam się.
-Podziękujmy brawami Izabeli Swift i Nell za przepiękny pokaz "jeździeckiego baletu"- powiedział mój komentator.
Rozległy się gromkie brawa, a ja, uradowana udanym przejazdem, poklepałam klacz po szyi i rozstępowałam ją na luźnej wodzy. Gdy klacz już ochłonęła, zaprowadziłam ją do boksu omijając masę turystów, którzy oglądali nasze konie. Przy boksie Dashy na szczęście nikogo nie było. Widocznie kartka zadziałała. Rozsiodławszy Nell, nagrodziłam ją ogromną marchewką i poszłam do boksu Karej, którą również poczęstowałam przysmakiem.
-A ty stoisz sobie taka sama... Po co ci ta samotność? Nie lepiej by było, jakbyś tolerowała innych ludzi?- spytałam hanowerkę.- Dostałabyś pewnie masę smakołyków od turystów, a teraz możesz tylko liczyć na mnie i Wikę.
Jak się spodziewałam, klacz nie odpowiedziała mi. Pogłaskałam ją i wróciłam do zajęć.
Resztę popołudnia spędziłyśmy na nauce lonżowania, do której było wielu chętnych. W sumie uzbieraliśmy trzy pełne puszki monet, które chcieliśmy przeznaczyć na cele charytatywne.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Święta!

Drodzy czytelnicy!

Życzymy zdrowych, radosnych świąt Bożego Narodzenia spędzonych w rodzinnej atmosferze, pachnącej choinki, smacznego karpia, puszystego śniegu za oknami domów i wielu sukcesów w Nowym Roku oraz duuużo godzin przesiedzianych w siodle, a co najważniejsze... życzymy smacznego jajka! Upss... To chyba nie te święta :)

Życzą Sydney F. i Natiszka




czwartek, 20 grudnia 2012

Rozdział 10

~~Wiki~~
  I pomysł z przyjeżdżaniem do schroniska co dzień szlag trafił... Przynajmniej częściowo.  Na tygodniu nie za bardzo miałyśmy czas, więc odwiedzałyśmy konie w wolnej chwili. Teraz akurat był piątek, co oznaczało kilka radosnych godzin w schronisku. Przynajmniej rano myślałam, że to będzie szczęśliwy dzień. Moja chemiczka miała inny plan. Chemia- ostatnia godzina lekcyjna- skutecznie popsuła mi humor. Kolejna pała. Kiedy nauczycielka przeczytała oceny, zaczęłam się śmiać pod nosem. Iza spojrzała na mnie, jakby chciała się upewnić, czy aby na pewno z moją głową wszystko w porządku.
-Nie patrz tak na mnie- szepnęłam tłumiąc śmiech.- Lepiej się pośmiać niż płakać.
Chemiczka już zauważyła, że wypowiedziałam kilka słów do przyjaciółki.
-Do odpowiedzi, Maj*- rozkazała lodowatym tonem.
Nie na marne ostatnie kilka dni zamiast w siodle spędzałam na nauce chemii. Dostałam tróję. Moja pierwsza trójka z chemii. Warto było widzieć minę nauczycielki. Najchętniej wstawiłaby mi kolejną jedynkę, ale odpowiedziałam na zbyt dużą liczbę pytań (sama wstawiłabym sobie 4+), a nie chciała, żeby klasa zobaczyła, jak ona ze mną postępuje.
gify konie
Po chemii ja już skończyłam lekcje, a Iza musiała, czy raczej chciała, iść na kółko z fizyki. Po tych zajęciach mieli przyjechać pod szkołę jej rodzice, a potem zawieźć nas do Equilandu. Nie miałam nastroju na jeszcze więcej lekcji, ale chciałam poczekać w bibliotece aż ona skończy.
-Nie musisz czekać- powiedziała Izz.- Możesz pojechać do schroniska. Za 10 minut powinnaś mieć autobus.
-Świetny pomysł- odparłam bez zastanowienia.- No to spotkamy się w Equilandzie.
Iza spojrzała na mnie z wyrzutem.
-Powinnaś odpowiedzieć: nie, poczekam na ciebie i pojedziemy razem.
-Wybacz, ale miałam ciężki dzień i muszę jak najszybciej zwierzyć się koniom.
-No wiesz? A od czego masz przyjaciółkę?
Uśmiechnęłam się.
-Ty już wiesz o moim zagrożeniu z chemii, a Dasha skąd się dowie, jak nie ode mnie?
Zostawiłam ją i wyszłam ze szkoły. Miałam nadzieję, że się nie obrazi. Ale my nigdy się nie kłócimy. Jedna zawsze znosi humory drugiej. Tak pewnie zostanie.
Jechałam w ciszy autobusem. Był niemal pusty. Wysiadłam z niego na przystanku przed schroniskiem.
Bartek stał przed boksem Dashy (a raczej na przeciwko niego, bo nie podszedł bliżej). Uważnie obserwował naszą klaczkę. Na mój widok uśmiechnął się szeroko.
-Gdzie druga z papużek nierozłączek?- zapytał.
-Jeszcze w szkole- odparłam bez wahania podchodząc do Dashy i głaszcząc ją po chrapach.- Ale ciebie mogłabym o to samo zapytać.
-Kuba trenuje z Wesuviem, a ja postanowiłem zacząć przyzwyczajać do siebie Dashę, bo gdybym czekał aż wy to zrobicie, chyba bym się nie doczekał.
-Lepiej nie próbuj niczego na własną rękę- dałam klaczy marchewkę.- Dasha nie toleruje nikogo poza nami, a my jej nie zmusimy, żeby było inaczej. ,,Możesz konia przekonać do wszystkiego, ale nie możesz go do niczego zmusić". Zaakceptuj to, jaka jest.
Bartek zrobił krok w moją stronę, a Kara odskoczyła.
-Spokojnie- szepnęłam do niej, po czym zwróciłam się do kolegi:- Lepiej trzymaj się od niej z dala.
gify konie
W stajni wciąż ktoś był, więc nie mogłam porozmawiać z Dashą. A musiałam się wreszcie wygadać. Osiodłałam Nell i pogalopowałam do lasu. Dojechałam do niewielkiego jeziorka. Zsiadłam tam z klaczy i z ręki poprowadziłam ją dookoła jeziora, żeby zdążyła trochę odpocząć, zanim zostawię ją w bezruchu. Po dwóch okrążeniach przywiązałam ją do drzewa, a sama usiadłam na brzegu jeziorka. Odechciało mi się rozmawiać z koniem. Z nudów zaczęłam puszczać ,,kaczki". Wrzuciłam do wody już chyba z tonę kamieni, kiedy usłyszałam tętent kopyt. Odwróciłam się i zobaczyłam nadjeżdżającą Izę z Jakubem.
-Wszystko w porządku?- spytała Iza zsiadając z Wesuvia. Pokręciłam głową. -Zostawisz nas same?- spytała Kubę.
-Jasne. Do zobaczenia później w schronisku- chłopak dał łydkę i Vancouwer, na którym siedział pogalopował w z powrotem.
Martwiłam się, że w końcu zacznę krzyczeć, jak Iza będzie o wszystko wypytywać, ale ku mojej uldze nie zrobiła tego.
-Wyjedźmy z lasu i chodźmy na pola- zaproponowała.- Łąki są piękne o tej porze roku, a można tam się dostać tylko konno albo pieszo, ale tego drugiego nie polecam.
Wsiadłam na Nell i pojechałyśmy.
Chociaż dziś była piękna pogoda, wcześniej musiało padać, bo wszędzie ziemia pozamieniała się w błoto. Konie aż po pęciny zapadały się w nim. Postanowiłyśmy wracać, kiedy zobaczyłyśmy pięknego ogiera rasy irish draught ciągnącego dwukołowego tilbura. Koń miał z 1.7 metra, a jego sierść lśniła śnieżną bielą, chociaż brzuch i nogi były brązowe od pryskającego spod kopyt błota. Zatrzymałyśmy konie i patrzyłyśmy na niego z podziwem. Woźnica dumnie spoglądał w dal. Trzymał w ręce bat do powożenia. Przejechał kłusem obok  naszych koni nawet nas nie zauważając. Koła powozu zaczęły się zapadać, a siwek musiał pracować coraz ciężej, przez co  zwolnił do stępa. Mężczyzna zamachnął się batem, a ja zacisnęłam palce w pięść. Na szczęście bat przeciął jedynie powietrze z hukiem.
-Wio, Joy!- krzyknął mężczyzna.- Ruszaj się, stara szkapo! Wio!
Mimo starań woźnicy, koła w końcu całkiem ugrzęzły w błocie, a koń nie mógł ich wydostać. Dla mnie najlepszym wyjściem byłoby zejść z powozu i pomóc koniowi- popchnąć pojazd albo postarać się wyczyścić koła z błota. Ale mężczyzna miał inny plan. Z całej siły wycelował batem w konia, który zarżał boleśnie. Nie potrzebowałyśmy najmniejszej zachęty, żeby zainterweniować. Skierowałyśmy nasze konie w tamtą stronę. Nell była trochę szybsza, bo jak wiadomo Wes się ociągał, więc postanowiłam postarać się, by Joy (chyba tak wołał na niego jego właściciel) nie oberwał po raz drugi. Postanowiłam wyrwać mężczyźnie bat, gdy ten zamachnął się kolejny raz. Przedmiot przeciął mi dłoń, na szczęście udało mi się go złapać.
-Nie ma pan prawa bić konia- powiedziałam zaciskając w pięść dłoń, którą miałam skaleczoną. Między palcami wzbierała krew.
-To bydlę jest moje i nie będziesz mi rozkazywać, smarkulo!- krzyknął.
W tym momencie dołączyła do mnie Iza. Zadzwoniła do Roberta, podczas gdy ja kłóciłam się z tym człowiekiem... o ile można go tak nazwać.
-Może byś- stwierdziłam, że nie zasługuje na to, by zwracać się do niego ,,pan"- ruszył tyłek i pomógł koniowi?! To nie jego wina, że koła utknęły.
-Odpie*** się ode mnie, dzieciaku- warknął. Widziałam, że chciał się wyżyć na Joy'u, a ponieważ wcześniej  wyrwałam mu bat, wpadł na inny pomysł. Pociągnął za lejce tak mocno, że ogier prawie stanął dęba. Ale ciężkie chomąto mu na to nie pozwoliło.
W tym momencie nadjechał Robert z policją.
gify konie
-Teraz wszystko będzie już dobrze- powiedziała pielęgniarka zszywając mi ranę. Wcześniej wydawało mi się, że jest mniejsza i wystarczy tylko zabandażować dłoń, ale dopiero potem zaważyłam jaka jest naprawdę. Sięgała od palca aż do końca dłoni naprzeciw kciuka.
-Mam nadzieję- mruknęłam, spoglądając na siedzącego obok Roberta.
Nie chciałam martwić rodziców, więc to on przyjechał ze mną do szpitala, podczas gdy policja zabrała woźnicę za znęcanie się nad zwierzętami, a Iza odeskortowała do schroniska oprócz Wesuvia, na którym jechała, jeszcze moją Nell i Joy'a, który od dziś był własnością schroniska.
Mimo szwów na ranie, pielęgniarka jeszcze mi zabandażowała tą prawą dłoń i kazała mi ją oszczędzać.
Wróciliśmy do schroniska. Siwy Joy najspokojniej w świecie skubał trawę z koryta w swoim nowym boksie.
-Wiki!- krzyknęła Iza na mój widok i rzuciła mi się na szyję.- Jesteś cała?
-Tak, a jak tam Joy?
-Dobrze. Już jest bezpieczny. Ale tam na łące... byłaś wspaniała! Sama zostałaś ranna, próbując go ratować.
-Drobiazg- odparłam skromnie podchodząc do boksu ogiera. Był taki spokojny, dał mi się pogłaskać.
-Trenujemy Dashę?- spytała Izz.
-Od rana o niczym innym nie marzę!
Przygotowałyśmy klacz. Chociaż nie mogłam jeździć, bo choć może i dałabym radę trzymać wodze w jednej  lewej ręce, to upadek, który był bardzo prawdopodobny mógłby mi pozrywać szwy. Więc to Izka ją dosiadła, a ja tylko trzymałam lonżę.
Nasza diablica była niezwykle spokojna. Nie próbowała uciekać, czy przejmować kontroli nad nami. Robiła pokornie wszystko, co jej kazałyśmy. Ucieszyło mnie to. Wiedziałam, że cały czas bacznie obserwuje nas Robert. Kiedy skończyłyśmy ćwiczenia i Iza zsiadła z Dashy, on najspokojniej jak umiał chciał do niej podejść. Jednak klacz cofnęła się gwałtownie, stając za mną. Podrapałam ją między oczami.
Właściciel schroniska uniósł ręce do góry w geście poddania się, zrobił dwa kroki do tyłu. Spojrzałyśmy na niego, nie wiedząc, co on robi.
-Poddaję się- oznajmił.- Dasha kocha was całym swoim końskim... karym sercem, jednak mi nie da się do siebie zbliżyć. Na każdego, kto nie jest wami, reaguje z agresją. Pozostaje mi tylko jedno- zrobił dłuższą pauzę, żeby podkreślić tragizm chwili. Ja i Iza popatrzyłyśmy po sobie w napięciu, a twarz Roberta rozjaśnił szeroki uśmiech. Nadstawiłyśmy uszu, oczekując wyjaśnień.- Od samego początku miałem wrażenie, że traktujecie Dashę jak swojego konia, mimo iż nikt wam  go nie dał. Teraz mogę powiedzieć to oficjalnie: od tej chwili Dasha należy do was.
Zamurowało nas. Nie wiedziałyśmy, co powiedzieć. Od zawsze marzyłyśmy o własnym koniu, a teraz nasze marzenie się spełniło. Rzuciłyśmy się klaczy na szyję, nie myśląc, czy się wystraszy. Na szczęście stała najspokojniej jak się dało. Wtulałyśmy się w jej grzywę, całowałyśmy aksamitne chrapy.
Wreszcie mój sen się spełnił, pomyślałam.


*Maj- nazwisko Wiki [informacja dla tych, którzy nie czytali naszej zakładki ,,Bohaterowie" (:  ]



gify konie

Witam wszystkich!
Notka miała się pojawić jutro, szczerze mówiąc nawet jej wcześniej nie zaczęłam, ale koniec świata pokrzyżował mi plany. xD W naszym mieście wczoraj się zaczął. Kto ogląda Tv, słucha radia, czy korzysta z portali internetowych typu interia, onet, wp pewnie wie, o co chodzi. A kto nie, to zaraz się dowie. ;) Ziemia zapadła się wczoraj centralnie przed moją szkołą i wstałam na siódmą do szkoły po to, żeby się dowiedzieć, że lekcje są odwołane do ,,po świętach". Więc dziś jak tylko się obudziłam (pracowałam nad nią przez jakieś 3 godziny), postanowiłam wstawić ostatnią już notkę na naszym blogu, bo co do godziny koniec świata się nie określił, więc nie wiem, czy bym zdążyła. xD A jeśli się rozmyśli, Natalia wstawi swoją notkę najpewniej w weekend. :)
A więc tak:
Notkę tę zadedykuję:
Natiszce, z którą wspaniale mi się pracuje :D
oraz
Koniowatej, Aryi Drotting, Zaczarowanej Valerii, Szałwii,  Klaudusiak188, Semirkowej i .. (mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałam, a jeśli tak, to proszę się upominać, na pewno to naprawię. ;) ) - bez was nie chciałoby nam się pisać tej opowieści. }:)

niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 9

~~Iza~~

Wczesnym popołudniem siedziałam razem z Wiką i Anią na szkolnym korytarzu. Gdy przypominałam sobie regułki z chemii, zajrzałam do zeszytu Anki. Miała otwartą inną stronę niż ja.
-Ten temat też ma być na kartkówce?- spytałam z przerażeniem.- Przecież na ostatnim sprawdzianie pisaliśmy już o alkinach!
-Ale kartkówka ma być z trzech ostatnich tematów...- wtrąciła Wika.
-O nie! No to już mogę się pożegnać z piątką na koniec roku. Nie dam rady tego poprawić. Chyba to będzie jedyna moja czwórka- narzekałam koleżankom.
-Daj spokój. Nic się nie stanie przez jedną czwórkę. U chemiczki bardzo trudno dostać dobre stopnie- uspokajała mnie Ania.- Ja ledwo dostanę czwórkę z chemii oraz z fizyki i nadal żyję.
-Dobra, spróbuję zapamiętać ten temat. Może mi się uda. W końcu pisałam z tego sprawdzian...
Naszą rozmowę przerwał dzwonek. Chemiczka otworzyła salę lekcyjną i usiedliśmy w ławkach pousadzani według pierwszych liter nazwisk. Spojrzałam na jej ponurą twarz. Rozejrzała się po klasie i usiadła z jeszcze bardziej ponurą twarzą.
-Wasza wychowawczyni prosiła mnie, żebym nie robiła wam dzisiaj kartkówki z okazji Światowego Dnia Nierobienia Kartkówek- nauczycielka zrobiła kolejną nieprzyjemną minę.- Nie wiem kto wymyślił taką uroczystość, ale wątpię w jej prawdziwość. Cóż... jeśli chcecie, mogę wam dzisiaj odpuścić, ale przyjdziecie to napisać za tydzień na godzinę siódmą rano. Jak wolicie?
Za to uwielbiałam naszą wychowawczynię. Pewnie wymyśliła to, widząc oceny z chemii. Wszyscy zgodnie odpowiedzieliśmy, że chcemy przyjść za tydzień godzinę wcześniej. Widocznie i tym razem mało osób nauczyło się na dzisiaj. Nauczycielka zaczęła prowadzić kolejną, bardzo nieprzyjemną lekcję. Pomimo tego, że po czterdziestu minutach dzwonek obwieścił koniec lekcji, chemiczka nadal dyktowała nam regułki do zeszytu. Z sali wyszliśmy pięć minut po dzwonku i poszliśmy prosto do szatni. Razem z Wiką poszłyśmy do domów zostawić plecaki i pojechałyśmy rowerami do schroniska. Zostawiłyśmy rowery i weszłyśmy do stajni. Konie przywitały nas rżeniem.
-To jeszcze nie jest pora karmienia- Wika zaczęła rozmawiać ze zwierzakami, a jedno z nich "odpowiedziało" jej kolejnym rżeniem.
-Chcesz wyjść na pastwisko, powiadasz?
Wypuściłyśmy zdrowsze konie na łąki. Idąc w stronę boksu Karej spytałam się Wiki:
-To kto teraz wsiada? Znowu rzucamy monetą?
-Oj, nie ma mowy- zaprzeczyła.- Ja ostatnio się poświęciłam, więc teraz twoja kolej.
-Mus to mus...
 Patrzyłyśmy na Karą. Usłyszawszy wielki huk, zamknęłam oczy i upuściłam pojemnik na szczotki. Dasha musiała walnąć kopytami w ścianę bosku.
-Tak nas witasz?- Wika znowu zaczęła gadać z koniem.
Kara, jakby odpowiadając Wiktorii, potrząsnęła kilka razy głową.
-Chyba mnie tak przywitała. Widzę, że mamy końsko-języcznego osobnika w naszej stajni?- zza naszych pleców odezwał się Bartek.- Znowu będziecie ujeżdżać hanowerkę?
-O ile można to tak nazwać- uśmiechnęłam się do chłopaka.
-A kiedy oswoicie ją z innymi ludźmi?
-Gdy dowiemy się, jak to zrobić... Może ona po prostu nie lubi chłopców? Taka tam zwykła feministka.
-Jak kiedyś mógłbym się przydać w oswajaniu, to wołajcie mnie. Chętnie wam pomogę. A teraz idę zająć się chorymi końmi. Później popatrzę, jak sobie radzicie- Bartek odszedł do innego boksu.
Wzięłyśmy Karą na dwór, gdzie zaczęłyśmy ją czyścić. Stała spokojnie przy siodłaniu, bo widocznie przyzwyczaiła się do tego.
-Co myślisz o tym, żebyśmy nauczyły ją posłuszeństwa najpierw na lonży? Miałybyśmy podwójną kontrolę nad nią- ja z siodła, a ty z ziemi- podzieliłam się pomysłem z Wiką.
Koleżanka zgodziła się. Przypięłyśmy lonżę i przeszłyśmy na czworobok. Wzięłam na wszelki wypadek bacik i wsiadłam na hanowerkę. Stępowałyśmy jakiś czas. Zrobiłam z nią żucie z ręki. Ćwiczyłam zatrzymywania i ruszania. Gdy już obie byłyśmy rozluźnione, pogoniłam ją delikatnie do kłusa. Wystrzeliła jak z armaty, ale dzięki pomocy Wiki, szybko wyrównała tempo. Powtórzyłam te same ćwiczenia co w stępie, robiłam przejścia kłus-stęp-kłus i kłus-stój-kłus. Klacz bardzo szybko reagowała na pomoce jeździeckie.
-To może galop?- zaproponowała Wika po kilku minutach.
-Najpierw zmieńmy kierunek.
Spowolniłam konia i podjechałam do Wiki, która przepięła karabińczyk lonży. Ruszyłam kłusem, zebrałam wodze i użyłam pomocy koniecznych do zagalopowania. Dasha zaczęła okropnie brykać, więc przeszłyśmy z powrotem do kłusa. Jak tak dalej będziesz brykać, to sobie nie pogalopujesz. A wiem, że lubisz galopować -pomyślałam.
-Rób przejścia dotąd, aż zagalopuje bez brykania- poradziła mi przyjaciółka.
Nie wiem ile razy próbowałyśmy przyspieszać. Ciągle brykała, a ja ją karałam bacikiem. Raz udało jej się bez żadnych wybryków, tylko że galopowała na złą nogę. Poklepałam ją i pozwoliłam chwilkę galopować.
-Ale będzie mnie kręgosłup boleć!- zaczęłam narzekać.
-Zmieńmy jeszcze raz kierunek.
Po zmianie strony, wreszcie udało się bezbłędnie przejść do najwyższego chodu. Znowu ją poklepałam i zrobiłyśmy jeszcze około pięciu kółek w tym chodzie. Później przeszłam z galopu do stępa, a Wika dała jej smakołyk. Spróbowałyśmy jeszcze raz i znów nam się udało!
-Dobrze!- powiedziałam do klaczy.- Na lewą nogę wychodzi ci o wiele lepiej.
Nagle klacz zaczęła wariować. Strzelając barany, zaczęła skręcać na zewnątrz koła i wyrwała Wiktorii lonżę. Próbowałam zatrzymać klacz, ale udało się to dopiero na drugim końcu ujeżdżalni. Dopiero wtedy zobaczyłam, że Jakub stał przy bramce czworoboku i mówił coś do Wiktorii. Gdy odszedł, Wika powiedziała mi, że przyjedzie ktoś, kto być może zaadoptuje La Mange lub jakiegoś innego konia.
-To stępować już?- spytałam koleżankę.
-Tak, a ja wyczyszczę La Mange.
Schodząc z Dashy zauważyłam nadjeżdżający samochód. Szybko weszłam z nią do boksu i rozsiodłałam ją.
-Dzień dobry- przywitała nas młoda rodzina z około dziesięcioletnią córką.- My się umówiliśmy na obejrzenie klaczy wielkopolskiej. Dobrze trafiliśmy?
-Tak. Właściciel schroniska jest dosyć zajęty i poprosił nas, żebyśmy pokazali państwu konia- wytłumaczyła Wika.
Podeszliśmy do boksu La Mange. Założyłam jej uwiąz oraz kantar i wyszłam z nią na zewnątrz boksu.
-To jest La Mange. Trafiła do nas jakieś dwa tygodnie temu, bo jej poprzedni właściciel okropnie ją wychudził i nie odkaził rany na jej nodze, więc teraz ma tam bliznę.
-A córka może spróbować na niej pojeździć?
-Na razie klacz jest za chuda, aby można ją wziąć na jazdę. Jeszcze do końca nie wiemy, jak jest ujeżdżona, bo my też jej nie widzieliśmy pod siodłem.
-Możemy jeszcze zobaczyć inne konie?- spytała dziewczynka.
-Oczywiście. Ile lat już jeździsz?- zagadnęłam.
-Trzy lata. Mamo!- krzyknęła wskazując ręką na boks Dashy.- Ten konik mi się podoba! Kupisz mi ją?
-Ale ona nie jest na sprzedaż- zaprzeczyłam.- Nie jest ani oswojona, ani ujeżdżona. Jeszcze proponuję Wesuvia. On jest w miarę niski i bardzo spokojny- skierowałam swój wzrok na boks konia.
-Wolę La Mange- powiedziała dziewczynka.
-To rozważymy jeszcze adopcję La Mange. Możemy przyjechać tu za dwa tygodnie, jak będzie można już spróbować na niej pojeździć?
-Nie widzę przeszkód. A jeszcze mam jedno pytanie, bo chcemy znaleźć koniom dobry dom otoczony miłością. Jakie mają państwo warunki na trzymanie konia i jak często będzie się nią ktoś opiekował, zabierał na przejażdżki?
-Ola ma ambicje jeździć codziennie. Klacz będziemy karmić jedzeniem najlepszej jakości, ściółka też będzie bardzo dobra i często wymieniana. Będzie mieszkać w boksie w garażu, który ostatnio wyremontowaliśmy- powiedział ojciec Oli.
-Ale będzie tam sama mieszkała? Bez żadnego innego konia?- zapytała Wika.
-Tak, a może za kilka lat kupimy Oli drugiego konika.
-Przepraszam, ale koń nie jest zabawką. Jest zwierzęciem stadnym i kontakt z drugim koniem zapewnia mu prawidłowy rozwój psychiczny. Przykro mi, ale nie możemy pozwolić, by nasz koń żył w takich warunkach- lekko zdenerwowałam się.
-Ale mamo! Ja chcę tego konika!- błagała dziewczynka.
-Olu, kupimy Ci innego, lepszego konika- państwo pożegnali się z nami i odjechali.
-Przykro mi, La Mange, ale nie oddałyśmy cię dla twojego dobra- tym razem ja zaczęłam rozmawiać z koniem.
-I znajdziemy ci lepszą, bardziej kochającą cię rodzinę- dokończyła moja koleżanka.
Odprowadziłyśmy klacz do boksu i dałyśmy jej ogromną marchewkę.


Jak minął Wam weekend? Ja na razie mam przerwę zimową i przez parę miesięcy nie będę jeździć na koniach :/ A jak tam przygotowania do "końca świata"?
A tak w ogóle, to dziękujemy, że tak licznie wchodzicie i czytacie naszego bloga. Niedługo pojawią się nowe rozdziały! Chyba, że koniec świata przeszkodzi nam w pisaniu kolejnych notek ;)

piątek, 14 grudnia 2012

Rozdział 8

~~Wiki~~
  Ostatnie (pogodowe) ślady wiosny ustąpiły miejsca latu. Choć w kalendarzu był dopiero 28 kwietnia, na zewnątrz temperatura przekraczała dobrze ponad 20 stopni, a słońce lśniło na bezchmurnym niebie. Pobytem w schronisku cieszyłyśmy się bardziej niż zwykle. Dziś mogłyśmy wykąpać wszystkie konie przed stajnią i wypuścić je na padok. Zajęłyśmy się każdym koniem z osobna, Dashę zostawiając na koniec. Jej mycie było jednym wielkim żartem. Widać nie przepadała za wodą, bo strasznie się wierciła. W pewnym momencie wytrąciła mi węża z ręki, a on pod ciśnieniem wody ,,zaatakował" nas. Spróbowałam go zakręcić, ale pryskał mi wodą prosto w oczy i nie mogłam namacać kurka. Iza wpadła na lepszy pomysł. Po prostu chciała złapać węża w rękę, ale pryskająca woda oddalała go od jej dłoni. Nie wiedziałyśmy ile czasu tak się szamotałyśmy z pryskającym wodą wężem, kiedy wreszcie strumień wody zniknął, a wąż opadł na ziemię. Wytarłyśmy wodę z oczu i zobaczyłyśmy Bartka stojącego przy kurku od kranu, do którego podłączony był wąż.
-To- powiedział chłopak- przypomnicie mi kto kogo tu kąpie?
-Bardzo śmieszne- prychnęłam.
-Może lepiej popracujcie trochę z Karą? Pewnie cała wasza trójka ma już dość kąpieli.
-Bardzo chętnie- zgodziła się Iza.- Tylko niech Dasha trochę wyschnie... i my też.
Puściłyśmy klacz na padok. Było nam jej trochę żal. Trzymała się ze 20 m od stada. Wszystkie konie omijały ją szerokim łukiem. Postanowiłyśmy więc dotrzymać jej towarzystwa. Następne kilkanaście minut spędziłyśmy, siedząc na soczystej zielonej trawie na padoku i rozmowie. Dasha galopowała wesoło wzdłuż ogrodzenia, co chwilę przebiegając obok nas.
W końcu całkiem wyschłyśmy.
-Więc jak?- spytała Iza.- Zaczynamy poskramianie naszej karej piękności?
Uśmiechnęłam się, bo do głowy przyszło mi nowe słowo.
-Może zamiast mówić karej piękności- powiedziałam- mów karości. Na jedno wyjdzie, a przynajmniej będzie krócej.
-Okay- zaśmiała się.- No to idziemy?
-Chodź- podniosłam się z ziemi i podałam jej rękę.
Zaprowadziłyśmy Dashę do stajni. Tam porządnie ją wyczyściłyśmy. Przy siodłaniu była całkiem spokojna. Martwiły mnie lekkie otarcia na jej grzbiecie. Wiedziałam, że jej poprzedni właściciel nie dbał o czyszczenie klaczy przed siodłaniem. Dlatego też dziwił mnie jej spokój. Powiedziałam o tym Izie.
-Ufa nam- stwierdziła, gładząc otarcia na grzbiecie.- Myślisz, że nie sprawimy jej bólu założeniem siodła?
-Już raz to zrobiłyśmy- odparłam.- Nie była zachwycona, ale to nie przez ból. Po prostu bała się ludzi, tak długo nie pozwalała do siebie podejść, a tu nagle wymaga się od niej, żeby znów nosiła kogoś na swoich plecach, by znów zaufała ludziom...
Iza przyznała mi rację.
Niestety otarcia na grzbiecie były niczym w porównaniu ze szramami na nogach, które zauważyłam przy zakładaniu ochraniaczy. Ślady na przednich nogach sięgały od pęciny do nadgarstka. Teraz już prawie całkiem się zrosły i zarosły sierścią, ale gdy były świeże musiały być głębokie na grubość palca.
-Jak mogłyśmy wcześniej tego nie zauważyć?!- krzyknęła Izz.
Przez chwilę nie mogłam wypowiedzieć ani jednego słowa. W końcu wydusiłam z siebie:
-Nie wiem...- po dłuższym zastanowieniu dodałam.- Może to i dobrze... Gdybyśmy od razu to zobaczyły, bałybyśmy się wyprowadzić ją przed boks. A teraz? Widziałyśmy ją w galopie, biegającą we wszystkich kierunkach. Wiemy, że te rany jej nie przeszkadzają.
Skończyłam zakładanie ochraniaczy. Może zanim wsadzimy jej którąś z nas na grzbiet, pomyślałam, lepiej będzie sprawdzić jej wszystkie możliwości na lonży? Wypowiedziałam te słowa na głos.
-Co ty na to, żebyśmy sprawdziły jej umiejętności na parkurze?
-Chyba żartujesz!- prychnęła Iza.
-Weeź, Izz. Nic jej nie będzie.
- No nie wiem...
-Jedna malutka przeszkoda- uśmiechnęłam się lekko.
-Niech będzie- ustąpiła.
Na okrągłej ujeżdżalni (tej do lonżowania) kilka centymetrów od ogrodzenia ustawiłyśmy niską stacjonatę z jednym drągiem. Potem wyprowadziłyśmy ze stajni Dashę. Iza przypięła lonżę do kantara i mogłyśmy zaczynać. To ona postanowiła najpierw spróbować. Popuściła lonżę na tyle, by klacz mogła spokojnie biec przy ścianie (ogrodzeniu) ujeżdżalni i poczekała aż Dasha wróci na tą wydeptaną ścieżkę i będzie po niej kłusowała. Wtedy pozostawało nam już tylko czekać, kiedy najedzie na przeszkodę. Zauważyłam, że wstrzymuję oddech, gdy klacz szykowała się do skoku. Prawie tak, jakby brała udział w konkursie potęgi skoku, a nie skakała przez taką stacjonatkę. I skoczyła, ale jedno mnie martwiło. Bardzo wysoko unosiła przednie nogi. Jak gdyby chciała przeskoczyć półtora metrową przeszkodę. Po Izie widziałam ten sam niepokój, ale, jak na nią przystało, postanowiła obrócić to w żart.
-Widać wzięła sobie do serca cytat: ,,Jeżeli zawsze będziesz skakał przez niskie przeszkody tak jakby były wysokie, nie będziesz musiał nic zmieniać, kiedy zostaną podwyższone"- powiedziała i obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Spróbuj teraz skrócić lonże na tyle, żeby nie mogła dostać do przeszkody- zasugerowałam po drugim skoku.
Moja przyjaciółka to zrobiła, ale Dasha widocznie miała inne plany. Dobiegając do przeszkody, odkrywszy, że nie może przez nią przeskoczyć, zaczęła szaleć. Zarzuciła kilka razy głową, ale gdy to nic nie dało, naparła całym swoim ciężarem na lonżę. Iza nie mogła utrzymać lonży, więc poluzowała ją. Kara zadowolona przeskoczyła stacjonatę i zatrzymała się za nią, patrząc na nas uważnie, czekając na dalsze polecenia. Zaczęłam się śmiać.
-Widziałaś to?- nie oczekiwałam odpowiedzi na to pytanie, bo Iza teraz oglądała swoje dłonie, otarte przez siłowanie się z klaczą. Choć to jej wina, bo mogła puścić lonżę, ale nie spodziewałyśmy się takiej reakcji Dashy, a w nieoczekiwanych momentach działała się instynktownie.- Przecież ona uwielbia skakać! Walczyła z tobą, żebyś pozwoliła jej skoczyć. To będzie wspaniały koń do skoków!
-Taak- powiedziała.- O ile uda nam się ją okiełznać. Publiczność położyła by się ze śmiechu, gdyby Dasha nagle na własną rę... ekhm... na własne kopyto zaczęłaby skakać przez wszystkie przeszkody w dowolnej kolejności i ze złej strony.
-Mamy czas... Spróbujemy teraz przyzwyczaić ją do ciężaru jeźdźca na grzbiecie?
-Okay, ale teraz twoja kolej.
Podeszłam do klaczy. Pogładziłam ją po szyi, uspokoiłam łagodnymi słowami. Nie zwracałam uwagi na to, co mówię, tylko w jaki sposób. W końcu, gdy upewniłam się, że Izz trzyma lonżę, postanowiłam działać. Zanim ktoś dosiądzie Dashę, trzeba przyzwyczaić ją do ciężaru noszonego na grzbiecie i, jeśli to konieczne, pokazać jej, że chcemy dobrze, wymazać z pamięci klaczy złe wspomnienia związane z noszeniem ludzi. Najdelikatniej jak potrafiłam ,,przewiesiłam się" przez jej grzbiet- nogi miałam z jednej strony konia, a cały tułów z drugiej. Zwróciłam uwagę na to, żebym nogi miała z lewej strony klaczy, tak jak będzie kiedyś dosiadana, a głowę naprzeciwko Izy. Ułatwi mi to kontaktowanie się z nią.
Ułożyłam się wygodnie w takim miejscu, w którym mogłam leżeć rozluźniona bez trzymania i nie spaść, bo mój ciężar po obu bokach klaczy był jednakowy. Wtedy dałam sygnał Izie, a ona kazała klaczy stępować.
-To może galop?- zażartowała moja przyjaciółka.
-Dzięki za propozycję- powiedziałam- ale chyba jednak wolę takie tempo.
Jechałam tak kilka okrążeń w jedną stronę, potem w drugą, robiłam ósemki, zmieniałam kierunek... Iza z tą lonżą wyglądała jak baletnica ze wstążką. Minęła niemalże godzina, kiedy wreszcie zeszłam na ziemie. Nogi się pode mną ugięły i poleciałam do tyłu. Na szczęście Izz stała obok i mnie przytrzymała.
-To próbujemy ją dosiąść?- spytałam.
-Myślę, że jest na to odpowiedni moment. Zmieńmy jej kantar na ogłowie wędzidłowe i chodź na dużą ujeżdżalnię.
Tak też zrobiłyśmy. Ponieważ dziś była jak najbardziej spokojna (pomijając to jedno nieposłuszeństwo), bez wahania jej dosiadłam, kiedy przegrałam w rzucie monetą xD (jakoś musiałyśmy rozstrzygnąć, która z nas ma pójść na pierwszy ogień). Dasha szła teraz luzem, prowadzona jedynie przeze mnie. Wlokła się wolnym stępem.
-Idźcie trochę żwawiej- odezwała się Izka.
Lekko przycisnęłam łydki do boków klaczy, ale ona nie miała zamiaru przyspieszać. Nie spodobało jej się moje polecenie, więc strzeliła jednego barana, co wystarczyło, żebym zaraz znalazła się na ziemi metr od stojącego spokojnie wierzchowca. Już wtedy wiedziałam, że to nie będzie łatwa współpraca... Nie mogę lądować na ziemi za każdym razem, gdy moje polecenie się nie spodoba Dashy!
Ale się tym nie martwiłam. Iza pomogła mi wstać, dopytując się, czy na pewno wszystko jest w porządku. W końcu zignorowałam przyjaciółkę. Włożyłam nogę w strzemię i najlżej jak potrafiłam wskoczyłam na siodło. Iza odsunęła się, a ja stanowczo kazałam Karej biec kłusikiem. Kątem oka dostrzegłam, że chłopaki uważnie mnie obserwują. Patrzyli na moje wyczyny z niepokojem, ale też podziwem- w końcu oni nawet nie mogli się zbliżyć do naszej karości. (; 
Wtedy Dasha wyrwała mi się spod kontroli... Zaczęła galopować wprost na ogrodzenie przed nami- granicę tej ujeżdżalni z okrągłą. Wtedy zauważyłam, że zostawiłyśmy tam tę stacjonatę. Ale od niej dzieli nas dwumetrowy płot! Chwilę szarpałam wodze, starając się spowolnić klacz, jednak to nie miało sensu. Ona postanowiła skakać, a ja nie mogłam nic zrobić. Oddałam wodze, próbując się rozluźnić. Sama tego chcę, pomyślałam. O tak, mam zamiar teraz skakać. Próbowałam sobie wmówić, że to na moje polecenie klacz tak się zachowuje. Poniekąd się to udało. Szarpanie za wodze nie byłoby najlepszym pomysłem, jedynie pozbawiłoby ją równowagi i mogłaby zrobić sobie krzywdę... a mi przy okazji. Zobaczyłam jak Izz oraz chłopaki zasłonili oczy. Już słyszałam, jak każdy z nich mówi: ,,Nie mogę na to patrzeć". Ale co ja miałam powiedzieć? Zamknięcie oczu nie sprowadzi mnie na ziemię. Wtedy Dasha się wybiła. Zgrabnie przeleciała nad ogrodzeniem, ale podczas lądowania zaczepiła o nie tylnymi nogami. Ledwo zdołałam utrzymać się w siodle, a nie minęły 2 sekundy, kiedy już podstawiła tylne nogi pod brzuch zgrabnie jak w półparadzie i kontynuowała galop. Dopiero gdy przeskoczyła stacjonatę, zatrzymała się, jakby nic się nie stało. Bartek, który miał do mnie najbliżej, przeskoczył przez ogrodzenie. Wyciągnął rękę jakby chciał złapać wodze Karej, ale ona zadarła łeb, prawie stając dęba, robiąc przy tym kilka kroków w tył.
-Nie!- krzyknęłam i chłopak się odsunął.
W tym momencie dotarli do nas Kuba z Izą. Tylko jej Dasha pozwoliła do siebie podejść, a nawet złapać wodze oraz pogłaskać swoją szyję. Wtedy zsunęłam się z jej grzbietu.
-Jest cudowna!- zawołałam.- Skoczyła na prawie dwa metry!
-Skoczyła?!- oburzył się Bartek.- Potknęła się i omal was nie zabiła.
-A do tego poniosła cię- dodała moja przyjaciółka.
-Och... tak, ale jak uda nam się to opanować, będzie wspaniałym wierzchowcem.
Uśmiechnęłam się przekonująco i pogładziłam czarne jak noc (nie licząc małej chrapki) chrapy Dashy.
gify konie
Mam nadzieję, że nie usnęliście przy czytaniu. (; Dzisiaj miałam w miarę luźny dzień w szkole, bo mieliśmy próbne egzaminy gimnazjalne, po których w klasie zostało 7 osób, więc jako takich lekcji nie było i miałam czas obmyślać tą notkę. Wyszła, moim zdaniem, trochę nudna, więc mam nadzieję, że wytrwaliście do końca. (:

środa, 12 grudnia 2012

Rozdział 7


~~Iza~~


Dzisiejszą sobotą w schronisku nie cieszyłam się tak bardzo jak zwykle. W razem z Wiką miałyśmy ciężką robotę do zrobienia, a mianowicie naprawianie płotu. Siedziałyśmy już z pół godziny naprawiając szkody, jakie wyrządziła Kara podczas ucieczki. Na szczęście Bartek i Kuba pomagali nam. Gdyby nie oni, to pracowałybyśmy nad tym z pięć godzin!
-Jak tylko skończymy, pojedziemy w teren?- zapytał Bartek.
-Bardzo chętnie, ale nie wiem, czy będę miała jeszcze na tyle sił- odpowiedziałam.
-No weź... Przecież jazda konna to nic innego, jak relaks- namawiał nas.
-Dobra, chyba się temu nie oprę- uśmiechnęłam się do chłopaków.
-To kto bierze jakie konie?
-Ja mogę na Chantell- zaproponowałam.- Podoba mi się ta gniada klaczka.
-A ja bym chętnie spróbowała na Nell- powiedziała moja przyjaciółka.
Bartek postanowił wziąć Wesuvia, a Jakub brykającego Vancouvera, na którym ostatnio jeździł jego brat.
Po jakimś czasie skończyliśmy naprawiać ogrodzenie. Wbiliśmy ostatni gwóźdź i poszliśmy do stajni.
-Zmienię jeszcze bandaż La Mange, a wy możecie sprowadzić konie- powiedziałam.
La Mange to klacz, która niedawno do nas trafiła. Była okropnie wychudzona, a na nodze miała sporą ranę, której poprzedni właściciel nie odkaził, ani nie zabandażował. Na prośbę jednego mieszkańca musiała zainterweniować Straż Miejska i koń został przywieziony do nas. Weterynarz stwierdził, że jak jej się zagoi ta rana i przybierze na wadze, nie będzie miała problemu ze znalezieniem nowego domu. W końcu jest to rasowa, młoda klaczka Quarter Horse. Razem z nią przyjechał również wychudzony wałach Wielkopolski, Sprite. Za jakieś dwa miesiące zaczniemy im szukać nowych właścicieli.
Gdy zmieniłam bandaż La Mange, Chantell została już prawie przyszykowana. Nie była bardzo ubrudzona, a Jakub wyczyścił jej kopyta i wyszczotkował niewielkie plamy na sierści. Podziękowałam mu. Osiodłałam klacz. Inni też już kończyli szykować swoje konie. Sprawdziłam, czy nie ma słomy w grzywie i ogonie, a następnie poszłam po toczek oraz rękawiczki.
-W jakiej kolejności jedziemy?- spytała Wika zakładając toczek.
-Najpierw idzie Wesuvio, później Wy w dowolnej kolejności, a na końcu ja z Vancouverem- odpowiedział Jakub.
-Chyba lepiej będzie, jak Nell pojedzie druga, bo ona jest spokojniejsza- dodał jego brat.
Gdy wszystko było gotowe, pożegnaliśmy się z pozostałymi końmi, zamknęliśmy stajnię (Robert wyjechał na cały dzień). Wsiedliśmy na wierzchowce. Stępowaliśmy po asfaltowej drodze prowadzącej do lasu. Droga była na tyle szeroka i na tyle pusta, że mogliśmy jechać wszyscy obok siebie.
-Wcześniej jeździłyście w Świecie Rumaków?
-Tak- odpowiedziałam.- A wy gdzie się zaczynaliście uczyć jeździć?
-Zupełnie w innym mieście. Przeprowadziliśmy się tutaj pięć lat temu.  Nasza stajnia nie miała zbyt wielu koni, ale były to konie bardzo wymagające. Nie organizowali w naszej okolicy żadnych zawodów, więc chcielibyśmy kiedyś wziąć udział w konkursie skoków w Świecie Rumaków.
-Też się stęskniłam za zawodami... Ale na razie nie da rady. Nie mamy swoich koni.
-Jak ujeździcie Karą, będziecie mogły na niej startować- pocieszył nas Jakub.
-Ciekawe, czy w ogóle ją ujeździmy...- powiedziała Wika.
Wjechaliśmy do lasu i ruszyliśmy kłusem. Teraz jechaliśmy już "gęsiego".
-Gdzie jedziemy, dziewczyny? Do naszego mini-toru crossowego czy nad jeziorko?- spytał Bartek.
-Chodźmy poskakać!- zgodnie stwierdziłyśmy.
-To zaraz skręcamy w prawo.
 Skręciliśmy w wąską ścieżkę, przy której rosły małe sosenki.
-Na jakim profilu jesteście w liceum? Albo w technikum?- zmieniła temat Wiktoria.
-Ja jestem na mat-fizie w LO nr 3, a Młody chce być weterynarzem albo lekarzem i idzie na bio-chem do tego samego liceum - powiedział Bartek.
-Też chcemy tam iść. Tylko zastanawiamy się pomiędzy profilami mat-fiz, a bio-chem -odpowiedziałam.- Kuba, a ty pisałeś niedawno egzamin gimnazjalny?
-Tak- odpowiedział.- Dali okropną rozprawkę na polskim, ale reszta poszła mi chyba dobrze, więc mam nadzieję, że dostanę się do tego liceum.
-A teraz do którego gimnazjum chodzisz?-spytała moja przyjaciółka.
-Do piętnastki. A wy chyba do siódemki, co nie?
Przytaknęłyśmy. Troszkę jeszcze porozmawialiśmy, a później ruszyliśmy galopem. W pewnym momencie Chantell, zwracając głowę w lewą stronę, zaczęła przyspieszać i lekko skręcać w przeciwnym kierunku, jakby się czegoś przestraszyła. Wtedy zobaczyłam odlatującego ptaka. Stwierdziłam, że przestraszyła się właśnie tego zwierzątka i pomyślałam: Chantell, to tylko ptak. On na prawdę nie chciał ciebie zjeść. Dopiero kilka sekund później zobaczyłam biegnące równolegle do nas sarenki. No dobra, tego stada mogłaś się przestraszyć, wybaczam ci. Uśmiechnęłam się pod nosem.
-Sarny po lewej stronie!- poinformowałam znajomych, którzy zaczęli się przypatrywać zwierzakom.
Przeszliśmy do kłusa, a później do stępa.
-Planujemy zrobić niedługo jakieś pokazy jeździectwa w schronisku, oprowadzanki dla dzieci itp., a dochód byłby przeznaczony na ratowanie koni- powiedział Bartek.- Nie chciałybyście pomóc?
-Bardzo chętnie, a kiedy by to miało się odbyć?
-Za jakieś 3-4 tygodnie.
-Może zrobimy pokaz skoków, oprowadzanki, czy coś tego typu- zaczęłam się zastanawiać, co może zainteresować dzieci i młodzież.- Albo naukę lonżowania... Coś się wymyśli.
-Miło będzie, jak się zaangażujecie- uśmiechnął się Kuba.- My może damy jakiś pokaz ujeżdżenia i też będziemy odpowiedzialni za oprowadzanki.
Chwilę później czasie dodał:
-Teraz zbliżamy się do łąki, na której możemy cwałować. Jedziemy?
-Tak!- krzyknęła Wika z entuzjazmem.
-Tylko jedźcie półsiadem!
Ruszyliśmy kłusem, a po chwili zebranym galopem. W miarę upływu czasu przyspieszaliśmy. Po kilkudziesięciu sekundach przeszliśmy do półsiadu i wjechaliśmy na ogromną polanę, która ze wszystkich stron była otoczona drzewami. Pędziliśmy, mając blisko po prawej stronie ścianę drzew. Trawa nie była wysoka, nie było żadnych chwastów, co dodawało niezwykłości tej polanie. Teraz nie dbaliśmy już o kolejność zastępu. Wesuvio był na szarym końcu, przed nim Vancouver, a moja Chantell ścigała się z Nell. Pierwszy raz osiągnęłam taką szybkość na koniu. Wiatr wiał mi prosto w oczy, ale to mi nie przeszkadzało. Liczyły się te chwile spędzone na cwałującej klaczy. Chantell też musiało się podobać, bo uniosła głowę i nastawiła uszy. Po pewnym czasie zaczęliśmy zbliżać się do innej ściany drzew, prostopadłej do kierunku naszej jazdy. Zaczęliśmy skręcać w lewo i galopowaliśmy dalej. Chantell prześcignęła Nell i była już kawałek drogi od niej. Pewnie Nell się już zmęczyła. To znaczy, że zaraz będziemy kończyć. Nacieszyłam się ostatnimi chwilami cwału i podniosłam prawą rękę na znak, że zwalniamy. Powoli przeszliśmy do spokojnego galopu, a później do szybkiego kłusa. Chantell była tak nakręcona na galop, że co chwila chciała przechodzić do szybszego chodu, ale ją powstrzymywałam.
-Szybkie jesteście- powiedział Kuba.
-To konie są szybkie- odpowiedziałam.- Ale dzięki- uśmiechnęłam się do chłopaka.
Dopiero po około minucie dogonił nas Bartek na Wesuviu.
-Wesuvio, ty leniu!- zaczął się śmiać Bartek.
-Słaba kondycja?- spytała Wika.
-Jakbyś ty na nim jechała, to zobaczyłabyś, jakim jest leniem- Bartek kontynuował śmianie się.
-Już raz na nim jeździłam... I nadal cieszę się życiem- w taki oto sposób powstał grupowy śmiech.
Przeszliśmy do stępa, żeby konie trochę odpoczęły. Po około 15 minutach dojechaliśmy do miejsca crossowego zrobionego przez chłopaków. Nie rosło tu wiele roślin. Na trasie leżały cztery niewielkie, powalone drzewa, stos kawałków drewna, jakby do kominka, był też stromy podjazd i zjazd oraz wąska rzeczka. Zapoznałyśmy się z trasą wymyśloną przez chłopaków.
-Kto jedzie pierwszy?- spytałam.
-Mogę ja z tym leniem, żebyście się lepiej przypatrzyły trasie- zaoferował Bartek.
-To pokaż, co potrafisz- rzekła Wiktoria.
Bartek zebrał wodze i pogonił konia do galopu. Najpierw przeskoczył najmniejsze drzewko, potem ruszył na drewniany stos. Wesuvio zawahał się nad tą przeszkodą, ale po chwili namysłu posłuchał jeźdźca i bezbłędnie przeskoczył drewienka. Pokonując kolejne powalone drzewo, skierował konia w stronę wzniesienia, na którym było kolejne takie drzewo. Gdy koń był już na stromym zjeździe, poślizgnął się lekko, ale nie zaważyło to na dalszym przebiegnięciu trasy. Bartek skierował konia w stronę rzeczki i będąc na piaszczystym brzegu, koń przepięknie wybił się i wylądował na drugiej stronie strumyku, mając za sobą dużo zapasu. Bartek pokonał ostatnią przeszkodę, spowolnił konia i udał się w naszym kierunku.
-No nieźle!- powiedziała Wika.- Teraz ja spróbuję!
I po kolei zaczęliśmy pokonywać trasę. Nikomu nic się nie stało i wciąż żyjemy. Nawet nie uszkodziliśmy przeszkód- pokonaliśmy je bezbłędnie.
-Dobra, chyba musimy już ruszać w drogę powrotną- zauważyłam.- Jeszcze dzisiaj nic nie robiłyśmy z Dashą!
-To robimy wyścigi "kto pierwszy w stajni"?- zaproponował Bartek.
-No chyba nie!- powiedział jego starszy brat.- Chcesz, żebyśmy się pozabijali? Jest nas za dużo, a droga nie jest zbyt szeroka. Możemy cwałować tylko na polanie.
Bartek przyznał mu rację.
Ruszyliśmy żwawym kłusem. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy z powrotem w stajni.
-Chantell, należy ci się ogromna marchewka i porządna kąpiel- powiedziałam do mojego konia, gdy ją rozsiodłałam.
Wyjęłam z kieszeni największy przysmak, jaki tylko miałam i poczęstowałam nim Chantell.
-Chce ktoś marchewkę dla konia?- spytałam znajomych.
Wszyscy wzięli ode mnie po jednym smakołyku i nakarmili nimi swoje wierzchowce.
Gdy razem z Wiką wykąpałyśmy konie, poszłyśmy do Karej.
-To co? Przyzwyczajamy Dashę do ogłowia i siodła?
-Też chciałam to zaproponować- uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
Zaprowadziłyśmy Karą na lonżownik. Wzięłyśmy czaprak, siodło oraz ogłowie z siodlarni, które powinny pasować na naszą Hanowerkę.
-Będziesz prowadzić Dashę?- spytałam.
-Okej, a ty wniesiesz rząd do środka lonżownika.
Wiktoria weszła na plac i odprowadziła klacz najdalej od wejścia. Wtedy ja weszłam i położyłam na środku koński rząd. Wika zaczęła spacerować z Dashą wokół bardzo groźnych (według klaczy) przedmiotów, stopniowo zacieśniając kręgi. Gdy Dasha uznała, że te niezidentyfikowane obiekty leżące są niegroźne, Wika przypięła jej lonżę i podeszła na środek. Wtedy ostrożnie umieściłam czaprak na kłębie konia i powoli zsunęłam go na właściwe miejsce. Stanęłam lewym biodrem przy lewej łopatce klaczy, założyłam na nią siodło z podciągniętymi strzemionami i zapięłam popręg. Wika odpięła lonżę i, jak się spodziewałyśmy, Kara zaczęła brykać. Nie zwracałyśmy na to uwagi. W końcu kiedyś się zmęczy. W końcu wyczerpana hanowerka podeszła do nas, już spokojna. To była dopiero połowa sukcesu. Teraz założyłam ogłowie i wyregulowałam paski policzkowe. Skrzyżowałam wodze i założyłam je na tylny łęk. Wika zaczęła prowadzić Dashę po placu.
-Kończymy?- spytała Wika, gdy klacz zaczęła już przeżuwać wędzidło.
-Chyba na dzisiaj wystarczy. Była bardzo spokojna, nie licząc tego brykania.
Rozsiodłałyśmy klacz i dałyśmy jej parę smakołyków. Wypełniłyśmy jeszcze nasze stajenne obowiązki i wróciłyśmy do domów okropnie wyczerpane po całym dniu w schronisku.

piątek, 7 grudnia 2012

Rozdział 6

~~Wiki~~
  Musimy częściej jeździć do schroniska, pomyślałam po powrocie do domu. Raz w tygodniu to śmiesznie rzadko. Robert pewnie nie miałby nic przeciwko. Na razie oprócz nas w schronisku nie ma innych wolontariuszy. Spytałam Roberta dlaczego. ,,Tak naprawdę zupełnie bezinteresowne osoby praktycznie nie istnieją- odparł mi ze smutkiem.- Ci, którzy chcieli pracować tu bez wynagrodzenia pieniężnego liczyli na godziny spędzone w siodle. A praca w schronisku to zaledwie 10 % jazdy konnej na dodatek w celu ujeżdżania koni, a nie rekreacyjnie. Potrzebowaliśmy kogoś, kto będzie czerpał przyjemność ze spędzania czasu z końmi. Kogoś takiego jak wy. Zachwycające jak udało wam się porozumieć z tą hanowerką... Dashą."
Robert i chłopaki często nas podziwiali. Podobało im się, jak pracujemy. Żaden z nich nie mógł się zbliżyć do klaczy. Dasha dopuszczała do siebie tylko nas dwie. Było w tym coś... niezwykłego. Mogłyśmy poczuć się naprawdę wyjątkowe. Co prawda wcześniej ledwo uszłyśmy z życiem, ale to już przeszłość.  Teraz Kara nas kochała. Jeśli mogę to tak nazwać... Miłość tak samo jak przyjaźń wymaga czasu. My znamy się dopiero od 3-ech tygodni. Ale wiedziałam już teraz, że ta klacz będzie wspaniałym wierzchowcem.
<<<Nazajutrz>>>
Siedziałam z Izą na szkolnym korytarzu. Po przerwie mamy ostatnią lekcję. Wreszcie wrócimy do domu. Ten dzień strasznie się dłużył. Rozmawiałyśmy o wydarzeniach z ostatnich kilku tygodni. Już zastanawiałyśmy się, co zrobimy przy następnym spotkaniu z Dashą.
-Może wreszcie spróbujemy jej dosiąść?- spytałam.
-Niee- Iza pokręciła głową, bez przekonania.- Może jest już gotowa, ale wolę nie ryzykować. Obie jesteśmy przyzwyczajone do spokojnych koni. A co jeśli coś, co zawsze robimy, będzie błędem? Jeden taki błąd, a Dasha może już nigdy nie pozwolić nam do siebie podejść, nie mówiąc o jeżdżeniu na niej. Lepiej zaczekajmy, aż będzie gotowa nam zaufać.
-Już jest gotowa... Dasha pozwoliła nam do siebie podejść, a teraz jest skłonna do współpracy, podczas lonżowania. To powinno wystarczyć. Chociaż... Może jednak jest zupełnie odwrotnie. To my nie jesteśmy  w stanie zupełnie jej zaufać. Wciąż traktujemy ją z rezerwą, tak jakby była wściekłym wilkiem gotowym w każdej chwili rzucić się nam do gardeł.
Izz nic mi na to nie odpowiedziała. Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Obok nas siadła nasza nowa koleżanka Ania. Doszła do naszej klasy po feriach zimowych. Była trochę dziwna. Zawsze cicha, z nikim nie rozmawiała, siedziała tylko na ławce spoglądając w ziemię. Jednak lubiłyśmy ją. W niczym nie przypominała tamtych rozpieszczonych, bogatych i niezmiernie nieuprzejmych dziewczyn. Naprzeciwko niej siadły właśnie dwie takie. Wysokie, zielonookie blondynki. Jedna z nich miała na imię Amanda, druga Dagmara. Chodziłyśmy z nimi do szkoły już od podstawówki, one również jeździły konno w Świecie Rumaków. Jednak z Broszką nie miały nic wspólnego. Posiadały własne konie ,,czystej krwi", araby, do tego z Janowa. Ale co z tego, skoro i tak się nimi nie zajmowały? My spędzałyśmy czas na sprzątaniu boksów i czyszczeniu koni, kiedy one płaciły za oporządzenie wierzchowców, wsiadały na już osiodłane konie po czym po prostu jechały na parkur. Dodatkowo korzystały z każdej okazji, żeby komuś dokuczyć. Nie raz przekonałyśmy się o tym na własnej skórze. Nie cierpiałam ich.
-Aniu!- Amanda zaczepiła biedną dziewczynę- Co tam u ciebie?
Anka ją zignorowała. Ostatnio została ich kozłem ofiarnym, a przecież sama nic im nie zrobiła! Najchętniej na każdym kroku schodziłaby z drogi tym... złośnicom.
-Daj spokój, Am- wtrąciła się Dagmara.- Przecież ona jest głucho-niema. A może jesteś na nas obrażona?- zwróciła się do Ani.- Nie odzywasz się do nas?
Obie dziewczyny wybuchnęły śmiechem, a potem Amanda podeszła do Ani i chciała wyrwać jej plecak. Anka jednak go przytrzymała.
-Puść to!- krzyknęła Ania bliska łez.
Wtedy po prostu nie wytrzymałam. Wstałam, podeszłam do nich.
-Zostaw ją!!!- krzyknęłam, wyrywając plecak z rąk Amandy.
-Kto mi zabroni?- spytała dziewczyna z szyderczym uśmiechem.- Ty?
-My dwie na ciebie jedną- dodała Dagmara.
Iza chyba też miała ich już dość, bo podeszła do mnie, krzyżując ręce na piersi.
-Jestem z nią- oznajmiła.
Obrzuciły nas nieprzychylnym spojrzeniem. Chyba chciały coś powiedzieć, ale w tym momencie zadzwonił dzwonek. Nauczycielka od razu wpuściła nas do klasy, a żadna osoba o zdrowych zmysłach nie spóźniłaby się na chemię. Należała ona do jednej z tych lekcji, na których siedzi się cicho, powtarzając w myślach: ,,oby mnie nie zapytała". Mijając nas, Amanda mruknęła mi za uchem:
-Jeszcze się policzymy.
gify konie
Po szkole postanowiłam pojechać do schroniska. Jutro mamy w miarę luźny dzień, bo jedziemy na wycieczkę szkolną, więc nie będziemy musiały się uczyć ani odrabiać lekcji. Moi rodzice przyjechali po nas do szkoły. Ponieważ miałyśmy do szkoły z godzinę drogi piechotą, zawozili i odbierali nas nasi rodzice na zmianę. Raz moi, raz Izy.
W stajni postanowiłyśmy porozmawiać trochę o katastrofalnej lekcji chemii. To znaczy ja postanowiłam... Musiałam się wygadać.
-Izz...- zaczęłam.- Jeśli pójdzie tak dalej, będę zagrożona z chemii! Kolejna pała! Co to są właściwie alkiny nasycone?
-Nie ma takich... Alkiny, to węglowodory nienasycone. Nasyconymi są alkany. Nie martw się, poprawisz to.
-Czy ty naprawdę tego nie rozumiesz?- przejechałam ręką po grzbiecie Wesuvia (obie go czyściłyśmy), sprawdzając, czy nie ma na nim pozostałości piachu i słomy.- Ona się na mnie uwzięła! Specjalnie zadaje takie pytania, na które nie mogę odpowiedzieć. A poza tym nie mam wglądu do testów, nie mogę ich też poprawiać! Nawet jeśli jakimś cudem uda mi się zdać do liceum, dwója z chemii świetnie będzie wyglądała na świadectwie z paskiem... A idę do klasy o profilu bio-chem!
Iza położyła mi rękę na ramieniu.
-Dasz radę. A jeśli nie, pójdziemy do dyrektora albo jej się postawimy... razem.
Uśmiechnęłam się lekko. Dobrze było mieć obok obok taką przyjaciółkę.
gify konie
Po wykonaniu wszystkich naszych obowiązków w schronisku, mogłyśmy wreszcie wziąć się za trening Dashy. Tym razem postanowiłyśmy postawić wszystko na jedną kartę. Bez kantara, bez lonży. Iza stanęła przy otwartych drzwiach stajni gotowa je zamknąć, gdyby Dasha od razu zaczęła wariować. Cały czas nie byłam zbyt przekonana do tego pomysłu. Czy nie lepiej by było spróbować tego po join-up-ie? Ale musiałyśmy pokazać Karej, że jej ufamy. Wyszłam z boksu Dashy, zostawiając otwarte drzwi, by klacz mogła spokojnie pójść za mną. Zawahała się. Stanęła za krawędzią boksu, patrząc na mnie ze zdziwieniem. Nie wiedziała chyba, czego od niej oczekuję. Musiałam jej trochę pomóc.
-Chodź, malutka- ośmieliłam ją.- No, dalej.
Zrobiła krok w moją stronę, jeszcze jeden i kolejny. Szłam coraz dalej w stronę drzwi, a klacz podążała za mną. Starałam się być bardzo wolna, każdy ruch wykonywałam spokojnie, żeby jej nie spłoszyć. Początkowo szłam twarzą do Dashy, ale w końcu odwróciłam się. Idąc tyłem mogłam się potknąć, wtedy na pewno wystraszyłabym Karą. A poza tym Iza wszystko obserwowała.
Wolnym krokiem (dla Dashy stępem) obeszłam całą stajnię, łącznie z doczepionym do niej wybiegiem. Pod stajnią pogłaskałam Dashę zadowolona i dałam jej całą marchewkę.
-Mogę spróbować?- spytała Izz. Moja przyjaciółka chodziła za nami gotowa interweniować, gdyby klacz zrobiła coś, czego ja, stojąc tyłem, nie mogłabym od razu zauważyć.
-Jasne. Odsuń się trochę i ją zawołaj- poprosiłam. Iza tak zrobiła. Kara postąpiła krok w jej stronę, po czym obejrzała się na mnie- No idź- zachęciłam ją.
Wtedy ruszyła słodkim kłusikiem do swojej drugiej pani.
Jest bardzo mądra, pomyślałam. Chociaż chętnie poszłaby do Izy, najpierw chciała ,,zapytać" mnie o zdanie, bo w końcu to ze mną była.
Iza tylko kilka kroków przeszła, potem biegła już truchtem, a za nią kłusowała Dasha. Nie odbiegały zbyt daleko. Nie musiałam ruszyć się z miejsca, by widzieć je obie. Wika przebiegła kilka metrów szybciej- sprintem- w towarzystwie klaczy, ale zbyt długo nie wytrzymała. Zatrzymała się. Oparła ręce na kolanach, dysząc ciężko.
-Dasha!- zawołałam.- Chodź tu!
-Tym razem klacz ją ,,spytała o zgodę", a po jej otrzymaniu zaczęła galopować w moją stronę (dzieliła nas trochę większa odległość niż wcześniej).
Niestety w połowie drogi wystąpiły pewne... komplikacje. Na dziedziniec wbiegł duży pies, przypominał mi wyglądem owczarka niemieckiego, ale jego sierść była cała czarna (zazwyczaj jest brązowa z czarną łatą na grzbiecie). Zwierzak zaczął ujadać, a nieszczęsna klacz całkowicie zwariowała. Nawet nie miała ochoty stawać dęba. Cwałem pobiegła w sobie tylko znane miejsce. Spojrzałyśmy z Izką po sobie, ale nie mogłyśmy nic zrobić. Na szczęście cała posesja jest ogrodzona tak samo jak ujeżdżalnia (pies najprawdopodobniej przecisnął się między deskami ogrodzenia), a brama była zamknięta.
Kara obiegła kilka razy stajnię, stratowała (choć w tym przypadku można też powiedzieć: staranowała) kawałek ogrodzenia ujeżdżalni i padoku.  Kiedy ją zauważyłyśmy, pasła się w odległym końcu pastwiska. Miałyśmy po nią pójść, kiedy usłyszałyśmy głos Roberta dochodzący sprzed stajni:
-Wiki! Izz! Chodźcie tu na chwilę!
-Och... To nam się oberwie- powiedziałam do Izy.- Ale ja mam czasami głupie pomysły!
-Wyluzuj, Wik- Iza się zaśmiała.- To moja wina. Gdybym częściej ćwiczyła na w-f-ie może nie odpadłabym po chwili biegu, a klacz stojąc przy mnie byłaby pod moim wpływem.
-Taa, jasne!- popchnęłam ją żartobliwie i pobiegłam w stronę stajni.
Ona mnie dogoniła, zaczęłyśmy się przepychać. Tak dobiegłyśmy do stajni. Potem szłyśmy już poważnie, mając nadzieję, że Robertowi już trochę przeszła złość. Pod stajnią minęłyśmy chłopaków.
-Widzę, że Dasha wciąż jest zupełnie nieprzewidywalna- zauważył Bartek.
-Następnym razem trzymajcie ją z dala od... wszystkiego- dodał Kuba.- Tata czeka na was w swoim biurze.
-Jest bardzo zły?- spytałam.
-Niee... Nigdy nie był bardzo zły. Ale coś czuję, że zanim następnym razem wsiądziecie na konia albo zaczniecie ćwiczyć z Karą najpierw będziecie musiały naprawić to, co wasza furia zniszczyła.
Puścił do mnie oko.
-Powodzenia- Bartek się uśmiechnął i oboje nas minęli, idąc do boksów dwóch koni.
Weszłyśmy do biura Roberta.
-Dobrze was widzieć, dziewczęta- powiedział Robert wypuszczając głośno powietrze.- Widzę, że Dasha wymknęła się wam spod kontroli. Nic by się nie stało, gdyby wszystko było w porządku, ale chyba wam nie umknęły fragmenty ogrodzenia w drzazgach?- pokręciłyśmy głowami.- Tak też myślałem. Mniejsza o koszty, bo taki płot nie jest drogi, ale teraz konie nie będą mogły wychodzić z boksów, ani na ujeżdżalnię, ani na padok. A poza tym potrzebujemy kogoś, kto to naprawi...
-Zajmiemy się tym- zapewniłam, wpatrując się w podłogę.
-Doskonale! A teraz weźcie Karą z powrotem do stajni. Pracę możecie zacząć od następnego razu, bo dziś już jest dość późno. Najlepiej przyjdźcie jutro. Ujeżdżalnia powinna być jak najszybciej gotowa. Nie z każdym koniem można pracować na otwartym terenie. Chyba już się o tym przekonałyście.
-Jutro nie możemy- powiedziała Izz.- Jedziemy z klasą na wycieczkę. Ale obiecujemy, że od pojutrze to zrobimy. Zdążymy w jeden dzień.
gify konie

Hej wszystkim! (: Dzisiaj postanowiłam dodać trochę realiów szkolnych, z których [wbrew pozorom] powstanie kilka nowych wątków. Takie rzeczy naprawdę się zdarzają. :-/ Macie jakąś taką (anty)relaksacyjną lekcję? U mnie jest to właśnie chemia. xD Na chemii wszyscy siedzą cicho jak trusie, a przed nią każdy (bez wyjątków) wyciąga zeszyt i zakuwa. ;) Na szczęście nasza chemiczka jest na tyle... konsekwentna, że nie wstawia nieuzasadnionych ocen i na nikogo się nie uwzięła, ale za to nie można liczyć na lepszą ocenę ;) Dziś mieliśmy zastępstwo z bardzo fajnym w-f-istą, ale w sali chemicznej. Na początku nie przyszła cała klasa, było nas z pół. Inni nie wiedzieli, gdzie mamy zastępstwo. Ktoś po nich wyszedł i przyprowadził ich pod salę chemiczną. Mina chłopaków, którzy (nieuświadomieni) wchodzili do klasy była bezcenna, a dziewczyny wydarły się na cały korytarz: ,,Chemia?!". xD Ale mniejsza z tym. Pod koniec dałam fragment z końmi, żeby Was nie zanudzać całkowicie tą szkołą. Sama mam jej dość po całym tygodniu. :-/
Notkę tę dedykuję Aryi Drotting za komentarz pod każdym postem, Szałwii i Zaczarowanej Valerii. Dzięki Wam i prosimy o więcej. Miło wiedzieć, że ktoś czyta te nasze bazgrołki... wróć, moje bazgrołki, bo Natiszka pisze świetnie. :*

środa, 5 grudnia 2012

Rozdział 5


~~Iza~~

 Po raz kolejny pojechałyśmy do schroniska. Tym razem podwiozła nas moja mama, bo było zimniej niż zwykle. Przez tydzień czekania na kolejne odwiedziny stajni, nie mogłam zapomnieć zdziwienia Roberta, gdy usłyszał, że Kara pozwoliła nam podejść do niej, pogłaskać ją. Był troszkę zły, że narażałyśmy nasze zdrowie, ale w końcu podziękował nam za uratowanie Dashy przed uśpieniem. To dało jej szansę na dalsze, szczęśliwe życie. Nikt inny nie podszedł do niej tak blisko, nawet po ostatniej pracy z Dashą z ziemi. Dzisiaj miałyśmy popracować z nią, aby kiedyś mogła chodzić pod siodłem i, co jest najważniejsze, aby tolerowała innych ludzi.
Wchodząc do stajni, zobaczyłyśmy, że Bartek i Kuba szykują dwa konie do jazdy.
-No, wreszcie zobaczymy jak jeździcie!- powiedziałam, gdy podeszłyśmy do chłopaków.
-A skąd wiesz, czy nie jedziemy w teren?
-A jedziecie?- spytała Wiki.
-Na wasze szczęście nie. Zostajemy na tym mniejszym parkurze.
-To będziemy miały na co patrzeć- uśmiechnęłyśmy się.- Na razie idziemy do pokoju, a później bierzemy Karą na okrągły plac. Też będziecie mieli niezłe widowisko.
Razem z Wiką weszłyśmy do pokoju wolontariuszy. Wypakowałam z plecaka nową lonżę, czerwonoczarny kantar i pomarańczowy uwiąz, które kupiłyśmy specjalnie dla Karej. Wika położyła w szafce bat do lonżowania i czerwonopomarańczowy halter, wykonany przeze mnie i Wikę.
-Bierzemy halter czy kantar?- spytała Wika
-Proponuję halter. Będzie na nią lepiej działać.
-Ale musimy ją wyczyścić w kantarze. To wezmę oba. Będzie nam też potrzebny bat i lonża?
-Jasne. Musi w końcu trochę pobiegać.
Poszłyśmy do siodlarni i zabrałyśmy sprzęt do czyszczenia i położyłyśmy przy jej boksie. Powtórzyłyśmy te same czynności, co ostatnio- otworzyłyśmy jej boks oraz zagrodziłyśmy przejście do drugiej części stajni. Po chwili Kara wybiegła na okrągły plac. Zamykając wybieg, nie próbowała nas atakować jak ostatnio. Tym razem to my ją "zaatakowałyśmy". Stanęłyśmy na środku placu i uderzając batem w powietrze, zmuszałyśmy hanowerkę do wolnego galopu po kole. Po jakimś czasie było widać oznaki, że się poddała- znacznie zwolniła tempo, zaokrągliła szyję i skierowała lewe ucho w naszą stronę. Położyłam bat na ziemi. Dasha zatrzymała się. Stanęła przy płocie. Po kilku sekundach przyglądania się nam, podeszła powolnym krokiem do nas. Trąciła mnie głową. Pogłaskałyśmy ją miedzy oczami, a hanowerka cicho zarżała. Wtedy wyjęłam z kieszeni marchewkę i poczęstowałam ją.
-Masz halter?- spytałam Wikę.
Pokazała mi kantarek sznurkowy trzymany w ręku.
-Założyć jej?
-Tak, ale bardzo powoli, żeby się nie przestraszyła.
Wiktoria, najwolniej jak umiała, nałożyła halter na głowę Dashy i przypięła do niego lonżę. Chodziła z nią po kole, trzymając ją za zwiniętą lonżę. Po kilku okrążeniach przyspieszyła. Klacz bez żadnych oporów zrobiła to samo- zakłusowała.
-Chyba jest gotowa, żeby ją wyczyścić z tego brudu?- spytałam.
-Trzeba spróbować. Wyczyśćmy ją tu, na świeżym powietrzu.
Po kilkunastu minutach Dasha była już czysta. Razem z Wiką stwierdziłyśmy, że powinnyśmy zacząć uczyć ją chodzenia na lonży.
Przeszłyśmy z nią na ujeżdżalnię, skąd miałyśmy doskonały widok na jazdę chłopaków. Musieli być już rozgrzani, bo galopowali przez położone na ziemi drągi.
Przypięłam lonżę do kantara Karej. Podniosłam troszkę bat, aby zaczęła stępować wokół mnie. Wika stała na zewnątrz tego niewidzialnego koła, trzymając drugi bat, aby zagrodzić Karej drogę, jeśli chciałaby uciekać. Nie pomyliłam się- gdy zrobiła pół koła, zobaczyła uchyloną bramę ujeżdżalni, którą niestety zapomniałam zamknąć. Nie pomagały odstraszające uderzenia batem Wiki, które powinny zatrzymać hanowerkę. Zaczęła galopować w kierunku wyjścia, wyrywając mi lonżę z ręki. Biedna lonża- cała w piasku, nie wyglądała już jak nowa. Ale lonża nie była wtedy najważniejsza. Miałam nadzieję, że nikogo nie było przed stajnią. Gdyby ktoś się tam znalazł, Kara na pewno zaczęłaby go atakować. Razem z Wiką pobiegłyśmy za Karą, która pędziła z ogromną szybkością do swojego boksu. Wbiegając do stajni, zobaczyłyśmy Roberta wyglądającego przez szparkę w drzwiach siodlarni. Dasha wbiegła do swojego boksu i, jakby nic się nie stało, zatrzymała się w swoim ulubionym rogu.
-Spróbujemy jeszcze raz?- spytałam.- Tym razem zamkniemy furtkę i spróbujemy ją lonżować przy tym wyjściu.
-Okej, ale weźmy lepiej jakąś starszą lonżę.
Poszłyśmy do siodlarni po sprzęt i zaprowadziłyśmy Karą na tą samą ujeżdżalnię. Upewniwszy się, że furtka jest dobrze zamknięta, stanęłyśmy niedaleko niej, aby Kara nie mogła się rozpędzić, gdyby chciała znowu uciec w to samo miejsce. Gorzej by było, jakby tym razem upatrzyła sobie drugi koniec ujeżdżalni- bez problemu wyrwałaby mi ponownie lonżę z dłoni. Co dziwne, zrobiła już ze trzy okrążenia spokojnym stępem i nie próbowała nigdzie uciekać.
-Grzecznie chodzi- zauważyła to samo moja przyjaciółka.- Zachowuje się tak, jakby już to kiedyś robiła. Spróbujemy kłusem?
-Miałam to samo zaproponować- odpowiedziałam.
Uniosłam leciutko bat, by klacz trochę przyspieszyła. Szalona, zaczęła galopować.
-Tak myślałam, że to zrobi...-zaczęłam zatrzymywać klacz.- Może Ty spróbujesz?
-Chętnie- uśmiechnęła się Wika.
Gdy Dasha zatrzymała się, zmieniłyśmy się z Wiktorią miejscami. Teraz ona lonżowała konia, a ja stałam na zewnątrz, pilnując, by klacz nie uciekła. Wiktoria, ostrożniej ode mnie, sprawiła, że Dasha zaczęła kłusować. Nie był to zbyt spokojny kłus, ale zawsze to coś. Kara ślicznie wyglądała w szybszym chodzie. Pięknie zaokrągliła szyję oraz wyciągała nogi. Kątem oka zobaczyłam, że chłopcy już skaczą. Mieli przeszkody ustawione na wysokość około 60 centymetrów. Wierzchowiec Bartka przy każdym zagalopowaniu i po każdym skoku, zaczynał wyrzucać tylne nogi do tyłu, na znak niezadowolenia. Bartek nic sobie z tego nie robił, tylko jechał dalej. Natomiast koń, na którym siedział Kuba, zawsze galopował na lewą nogę. Wracając myślami do lonżowanej hanowerki, zauważyłam, że klacz zwolniła swoje tempo. Teraz chodziła zrównoważonym kłusem.
-Może zmienimy kierunek i Kara sobie zagalopuje?- zaproponowałam.
Wika zgodziła się ze mną. Przywołała do siebie konia i przepięła karabińczyk lonży na drugą stronę. Gdy klacz zaczęła chodzić po kole, Wika uniosła bat tak, że Kara zaczęła galopować. Kara, jak to Kara, okropnie pędziła. Ale co tam! Zaraz się zmęczy i zwolni swoje tempo. Niestety, Dasha po raz kolejny mnie zaskoczyła. Już nie biegła po kole, tylko wyrwała Wiktorii lonżę i zaczęła pędzić wzdłuż ściany czworoboku, szukając wyjścia.
-Chyba na dzisiaj jej już wystarczy- stwierdziłam.- Zatrzymajmy ją, odepnijmy lonżę i może na razie ją tutaj zostawimy, to się wybiega za wszystkie czasy, co?
-Dobra. A tym czasem możemy jej zmienić ściółkę i umyć ściany boksu.
Zatrzymałyśmy konia i odpięłyśmy lonżę. Wyszłyśmy z ujeżdżalni dokładnie ją zamykając. Zajęłyśmy się sprzątaniem boksów, czyszczeniem skórzanych elementów siodeł i ogłowi. Zanim dałyśmy koniom jeść, chłopaki skończyli jazdę i rozsiodływali konie.
-Coś ta wasza Kara bardzo szaleje na tym czworoboku- poinformował nas Kuba.
-A co robi? Dawno do niej nie zaglądałyśmy.
 -Okropnie bryka i próbowała straszyć nasze konie, gdy jechaliśmy wzdłuż wspólnej ściany dla czworoboku i parkuru. Raz Chantell odskoczyła i chciała mnie ponieść, ale na szczęście ogarnąłem ją.
-Zaraz ją sprowadzimy, tylko wrzucimy jej jedzenie do żłobu. A tak w ogóle, to nieźle siedzicie w siodle- rzuciłam komplementem.
-Dzięki. Musimy się kiedyś wspólnie wybrać w teren, bo chyba jeszcze nie byłyście- zaproponował Jakub.- A las jest na prawdę piękny. Czasem znajdzie się jakaś naturalna przeszkoda do przeskoczenia, a raz pole do cwału. Ale największą atrakcją jest mała rzeczka o szerokości od jednego do sześciu metrów, a dwie godziny spokojnej jazdy od stajni jest jeziorko, w którym można pławić konie.
-Przy najbliższej okazji chętnie skoczymy z wami w teren, co nie Izz?
Przytaknęłam z uśmiechem na twarzy.
Wróciłyśmy do rozdawania koniom jedzenia, a chłopcy zrobili kąpiel ich wierzchowcom. Wyczyściłyśmy najbrudniejsze konie, sprowadziłyśmy Karą do boksu i zaczęłyśmy zbierać się do wyjścia. Tym razem odebrała nas mama Wiki, której zdałyśmy szczegółowe sprawozdanie z dzisiejszego dnia w schronisku.
Później ciągle sobie wyobrażałam, jak może wyglądać las przy naszej nowej stajni. Nie mogłam się doczekać wyjazdu w taki teren i do tego z takimi chłopakami! W naszej dawnej stadninie tereny nie były najciekawsze- mały las bez żadnych rzeczek ani pól, na których można by jechać szybkim galopem, a powalonych drzew nie wolno było przeskakiwać ze względu na bezpieczeństwo. Do tego podłoże często było śliskie i leżało tam wiele kamyków, a w takim wypadku rzadko można było w ogóle galopować, nie mówiąc już o cwale! 

piątek, 30 listopada 2012

Rozdział 4


~~Wiki~~
  -Myślisz, że ją bili?- spytała Iza.
-Co?- spytałam wyrwana z zamyślenia.
-No... tą karą klacz. Przecież koń nie może być sam z siebie tak... niebezpieczny.
Pokręciłam głową, chociaż nie wiem, czy moja przyjaciółka to zauważyła, bo na mnie nie patrzyła. Szłyśmy teraz prowadząc rowery, ponieważ chciałyśmy pogadać.
-Nie może być- odparłam.- Izz, ja jej patrzyłam w oczy! Nie ma w nich szaleństwa, tylko ból. Wygląda jakby chciała, żeby ją zabić.
-Podejmiemy jeszcze jedną próbę okiełznania jej zanim... zanim zostanie uśpiona?
-Oczywiście!- uśmiechnęłam się.
Wsiadłyśmy na rowery i jechałyśmy już w ciszy. Ciągle zastanawiało mnie, co mogło się stać. Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Ale jeśli już ją ujeździmy, ta wiedza będzie potrzebna jedynie do zaspokojenia naszej ciekawości, czyli zbędna. Teraz jednak chciałabym wiedzieć, żebym mogła odpowiednio do niej podejść.
gify konie
Gdy dojechałyśmy do domu było już niemal całkiem ciemno. Zjadłam kolację z rodzicami i postanowiłam natychmiast pójść spać. Jutro czeka nas ciężki dzień. Zależy od niego tak wiele... Klacz może nas skrzywdzić, a nawet zabić, ale jeśli nie spróbujemy do niej dotrzeć, ona zginie. A ja nigdy nie stawiałam życia ludzkiego nad końskie.
Tej nocy moje sny galopowały mi w głowie. Dosłownie galopowały. Zobaczyłam Karą stojącą przy ogrodzeniu. Wspięłam się na szczyt płotu i skoczyłam jej na grzbiet. Klacz oszalała. Ruszyła galopem, a ja spadłam. Czułam pękające kości, słyszałam swój krzyk. Ten sen nagle zniknął. W drugim ja i Iza siedziałyśmy na Karej. Biegła pełnym galopem po łące. Śmiałyśmy się, żartowałyśmy. Na naszej drodze pojawiła się rzeka. Prąd był mocny, nie mogłyśmy jej przepłynąć i wtedy Kara skoczyła. Był to tak wspaniały, długi skok. Nie skok- uświadomiłam sobie. Ona leciała. Nagle Iza zniknęła. Sierść klaczy zaczęła coraz bardziej jasna, aż w końcu stała się zupełnie biała, jak czysty śnieg. Siedziałam teraz nie na dzikiej klaczy z Equilandu a na dumnej Dashy (czyt. Daszy). Klacz wierzgała, ale się utrzymałam. W końcu jednak spadłam. Ona chwilę pogalopowała dalej. W końcu zawróciła, pędząc prosto na mnie...
Obudziłam się z krzykiem. Oddychałam szybko. Dasha była jednym z koni ze Świata Rumaków- stadniny, z którą ja i Izz rozstałyśmy się na dobre kilka dni temu (po śmierci Broszki). Miała piękną, lśniącą, białą sierść (jak na lipicana przystało) i ok. 160 cm wzrostu. Nie była taka jak inne konie. To chyba był jedyny koń na świecie zły z natury, przynajmniej tak twierdziła pani Agnieszka. Klaczy nigdy nie spotkało nic złego, ale nienawidziła ludzi. Dosiadło jej tylko kilka osób. Dostąpiłam tego zaszczytu, Iza też. Miałyśmy wiele szczęścia, bo nie każdy przeżył taką przejażdżkę. Weronika, nasza koleżanka, bez pytania osiodłała i dosiadła Dashę. Klacz zrzuciła ją. Pobiegła kilka kroków dalej, po czym zawróciła, przebiegając nad dziewczyną. Jedno z kopyt Dashy stanęło na głowie, miażdżąc czaszkę. Wera nie przeżyła tego. Pani Agnieszka od razu podjęła decyzję o pozbyciu się klaczy. Zastrzelili ją z wiatrówki. Tak po prostu. Potraktowali klacz jak wściekłego wilka. Przypomniał mi się znany cytat: ,,Gdy człowiek chce zabić tygrysa nazywa to sportem, ale gdy tygrys zabije człowieka nazywamy to okrucieństwem". Nigdy nie potrafiłam zapomnieć o Dashy, ale potem w stadninie pojawiła się Broszka i mój żal osłabł.
gify konie
Dojechałyśmy do schroniska. Po drodze opowiadałam Izie o moich koszmarach.
-Nie rozumiem jak ludzie mogą tak traktować konie- zakończyłam.- Konie, dumne konie... czasem są traktowane jak niepotrzebne rzeczy.
-Nie myśl o tym, co było- odpowiedziała mi przyjaciółka.- Rozpamiętywanie tego nic ci nie da. Pomyśl lepiej o przyszłości. Ile koniom możemy oszczędzić takiego losu, pracując w schronisku...
Miała rację. Całkowitą. Tylko, że zawsze ja powtarzałam, by nie wracać myślami do przeszłości, nie zaczynać rozmyślania od słów: ,,Co by było gdyby...".
Uśmiechnęłam się do niej. Zostawiłam rower przy stajni. Spojrzałyśmy po sobie i ruszyłyśmy do budynku. Wiele koni wystawiło łby na nasze powitanie. Wyjęłam z kieszeni kostki cukru, dając każdemu koniowi po jednej. Jedynie Kara nie była zainteresowana. Znów stanęła w najdalszym kącie swojego boksu, a kiedy przechodziłam obok przycisnęła uszy do tyłu głowy, po czym wywróciła oczami. Iza, wcześniej zajęta witaniem z innymi końmi, dołączyła do mnie. Obie stałyśmy teraz przed boksem klaczy, podziwiając ją w ciszy.
-Hej, dziewczyny- przywitał nas Robert.- Chcecie zaczekać z nią na weterynarza?
-Nie rozumiem...- Iza spojrzała na niego wystraszona.
Wiedziała, co ma na myśli Robert- widziałam to po niej-potrzebowała tylko potwierdzenia.
-Nie wiedzę sensu dalszych cierpień tej klaczy. Dziś zostanie uśpiona. Muszę pojechać na chwilę do miasta, a chłopcy dziś nie przyjdą, bo muszą się uczyć. Zostaniecie tutaj?
Pokiwałyśmy głowami.
Kiedy wyszedł moja przyjaciółka kucnęła, ukrywając twarz w dłoniach. 
-Daj spokój, Izz- szepnęłam. Nawet nie próbowałam ocierać mojej wilgotnej od łez twarzy.- Zostałyśmy same, możemy zrobić, co chcemy. Działamy?
-Tak!
Mój pierwszy sen nauczył mnie, że nie możemy zacząć od ujeżdżania klaczy. Miałam inny pomysł.
Przygotowanie do tego momentu trwało dłuższą chwilę.  Wzięłyśmy bat i upewniłyśmy się, że furtka na okrągły wybieg jest otwarta. Zamknęłam drzwi wyjściowe ze stajni, żeby w razie komplikacji klacz nie uciekła na otwarty teren. Izka otworzyła boks klaczy i uciekła w drugi koniec stajni. Kara początkowo niechętnie wychyliła głowę. Potem nagle wyskoczyła z boksu i, jakby mając ściśle określony plan, pobiegła na ujeżdżalnię. Zamknęłyśmy drzwi między okrągłym wybiegiem (kiedy klacz się na nim znalazła) a przedsionkiem. Dzięki temu nie mogłaby wrócić. Kara biegała w kółko galopem, a my poszłyśmy naokoło. Stanęłyśmy przy wybiegu, wpatrując się w nią. Wtedy zrobiłam najgłupszą rzecz w moim życiu (zaraz po wejściu do jej boksu). Po prostu przeszłam nad ogrodzeniem, pozostając na łasce konia. Izz do mnie dołączyła. Kara stanęła jak wryta w najdalszym miejscu od nas. Chyba stwierdziła, że czas przejść do ataku, bo ruszyła z kopyta, biegnąc wprost na nas. Stałyśmy tak w miejscu. Czułam się jak sparaliżowana. To Iza wtedy uratowała mi życie. Pociągnęła mnie z całej siły, co wystarczyło, bym się rozruszała. Potem obie wspięłyśmy się na ogrodzenie, lądując po drugiej stronie w chwili, gdy klacz stanęła tam, gdzie przed chwilą my stałyśmy.
-To koniec- Izka spuściła głowę.- Ona nie da sobie pomóc.
-Chcesz się poddać?
Nie czekając na odpowiedź mocniej zacisnęłam palce na bacie i znów weszłam na wybieg. Moja przyjaciółka nie wyglądała na zachwyconą, ale postanowiła mi towarzyszyć. Klacz znów  ruszyła wprost na nas, ale tym razem uderzyłam batem w powietrze. Kara się tego nie spodziewała. Odbiegła do nas, ale znów wróciła. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy, a za każdym razem ruszałyśmy krok do przodu. Teraz znalazłyśmy się idealnie po środku wybiegu. Klacz zrezygnowała z dalszych prób ataku. Po prostu biegała dookoła nas. Wtedy położyłam bat na ziemi i wyjęłam z kieszeni kostkę cukru. Klacz, widząc, że bat już jej nie zagraża, pobiegła w naszą stronę. Wyciągnęłam przed siebie rękę z przysmakiem. Kara stanęła z 6 metrów przed nami i zrobiła kilka kroków w miejscu. Wyglądała jakby stała przed nią ściana ognia, którą bała się przekroczyć. Rzuciłam jej kostkę cukru. Wzięła ją. Rzuciłam jeszcze prawie wszystkie kostki, które miałam. Przedostatnią dałam jej z ręki. Niepewnie ją wzięła, niestety zrobiła to szybko, a potem odskoczyła i uciekła. Dałam jej ostatnią. Tym razem była spokojna. Najwolniej jak umiałam uniosłam lewą rękę (przysmaki kładłam na prawej) i pogładziłam aksamitną szyję. Izz poszła w moje ślady. Po chwili jednak klacz się znudziła i uciekła.
-Teraz join-up?- spytała Iza.
Podałam jej bat.
-Twoja kolej.
-Jak nazwiemy klacz?- Izz kazała klaczy biec dookoła.
-Pamiętasz Dashę? To imię chcę dać klaczy na jej cześć.
-Wiesz, jak skończyła Dasha.
-Owszem- pokiwałam głową.- Ale była dumna i wspaniała. A samo imię też mi się podoba. Chyba, że chcesz wciąż mówić na nią Kara?
-Nie... Niech będzie.
Po półgodzinnych ćwiczeniach (Robert jeszcze nie wrócił) postanowiłyśmy skończyć. Dasha bez najmniejszego problemu dała się odprowadzić do stajni. Zanim jednak wprowadziłyśmy ją do boksu, wymieniłyśmy ściółkę i wyczyściłyśmy jej sierść.
-Chciałabym zobaczyć minę Roberta i chłopaków, jak ją zobaczą- Iza się zaśmiała.
-Taa, ja też. Czyli wkrótce zaczynamy ją ujeżdżać.
-Jasne! Pojechać na takim koniu to mój cel życiowy.
-Od kiedy?
-Od wczoraj.
Obie wybuchnęłyśmy szczerym śmiechem, a ja dałam Dashy jeszcze kawałek marchwi, znaleziony w kieszeni.

środa, 28 listopada 2012

Rozdział 3

~~Iza~~


Słysząc budzik, zwlekłam się niechętnie z łóżka. Z przyzwyczajenia zaczęłam pakować plecak do szkoły. Dopiero gdy spojrzałam na plan lekcji przypomniało mi się, że jest sobota. A sobota oznacza długi wypad do schroniska. Od pierwszych odwiedzin nowej stajni byłyśmy tam tylko raz. Zaproponowano nam wtedy jazdę na zdrowych koniach. Niestety, nie miałyśmy ze sobą sprzętu jeździeckiego, więc przełożyłyśmy jazdę na dzisiaj. Gdy wykonałam wszystkie poranne czynności, wyjęłam plecak i zaczęłam pakować końskie rzeczy. Wybrałam moje ulubione czarne bryczesy, które wzdłuż zewnętrznej części nóg miały kratkę. Wepchnęłam też czapsy, toczek i mocne, skórzane rękawiczki. Sztyblety musiałam od razu założyć, bo za nic nie chciały się zmieścić do przepełnionego plecaka- taka tam złośliwość rzeczy martwych... Wyprowadziłam jeszcze moją suczkę rasy Husky, Nairkę, na spacer. Oczywiście, jak to na każdym spacerze z nią, znalazła patyk i zaczęła brykać jak koń, zapraszając mnie do zabawy. Podbiegam do niej; ona ucieka słodkim, zebranym galopem. I tak w kółko, aż nie przechwycę patyka, którego od razu rzucam, aby Nairka przyniosła go z powrotem. Po skończonej zabawie, wróciłam do domu, aby zabrać plecak. Poinformowałam mamę o moich planach i wyprowadziłam rower z garażu. Była ładna, wiosenna pogoda, więc mogłyśmy sobie pozwolić na jazdę rowerem do stajni. Mamy takie szczęście, że ścieżka rowerowa prowadzi prawie do samego schroniska, więc nie musimy jeździć po ruchliwych ulicach. Gdy wyszłam, Wika już na mnie czekała.
-Hej, Izz! Jedziemy?
-Jasne!
 Rozmawiałyśmy głównie o szkole. Po jakimś czasie skręciłyśmy w małą uliczkę prowadzącą przez las do schroniska.
Gdy dojechałyśmy, pierwsi przywitali nas Kuba i Bartek. Powiedzieli, że skończono remontować pokój wolontariuszy. Ten pokój znajdował się zaraz po wejściu do stajni. Było to drugie pomieszczenie po lewej stronie (pierwszy pokój należał do Roberta i jego synów). W środku naszego pokoju znajdowało się dziesięć zamykanych szafek- można tam było zostawić swoje rzeczy. Naprzeciwko nich był stolik z krzesłami, a przy oknie z widokiem na las wisiała tablica korkowa na ogłoszenia (na razie wisiał tam tylko kalendarz). Dostałyśmy klucze do dwóch pierwszych szafek. Reszta pozostała dla przyszłych wolontariuszy. Na wprost naszego pomieszczenia znajdowała się wielka siodlarnia. Dalej było około 16 boksów dla koni i składzik paszy.
Zostawiłyśmy rzeczy w naszych szafkach i przebrałyśmy się. Po przywitaniu się ze wszystkimi końmi, zaczęłyśmy czyścić szczęśliwą dwójkę przed jazdą. Wiktorii przypadł srokaty wałach o imieniu Wesuvio, którego czyściłam za pierwszym razem. Natomiast ja dostałam karogniadą Nell. Moja klacz przy czyszczeniu wierciła się, jak nie wiem co, a przy dopinaniu popręgu próbowała gryźć. Miałam z nią trochę problemów, ale nie przeszkadzało mi to. Każdy koń jest nauczycielem. Wesuvio był w miarę spokojny, ale nie tak łatwo dawał kopyta do czyszczenia.
W końcu nadszedł moment, na który ciągle czekałam. Wyprowadziłyśmy konie na plac i wspięłyśmy się na ich grzbiety. Nell nie była zbyt wysoka, ale strzemiona były bardzo skrócone, a nie chciało mi się ich wcześniej poprawiać. Dopiero podczas rozstępowania uregulowałam długość puślisk. Skokowe siodło Nell było bardzo wygodne. Miało mięciutkie poduszki kolanowe, a długość między łękiem przednim a tylnym pasowało w sam raz dla mnie. Do popręgu był przypięty wytok- widocznie Nell musiała często zadzierać głowę do góry. Ogłowie klaczy miało śliczny nachrapnik meksykański. Wika też była zadowolona z siodła, a ogłowie miało przyozdobiony naczółek.
Stępowałyśmy jedna obok drugiej po dużym placu w kształcie kwadratu, na którym była tylko jedna niska przeszkoda i cavaletti ułożone na galop. Obok był jeszcze jeden piaszczysty parkur z kompletem przeszkód, a dalej- czworobok ujeżdżeniowy. Wzdłuż wszystkich placów do jazd rozciągały się pastwiska dla koni.
W stępie ćwiczyłyśmy ustępowanie od łydki, a później łopatkę do wewnątrz. Gdy konie były już rozgrzane, powtórzyłyśmy te ćwiczenia w kłusie. Później dałyśmy koniom trochę odpocząć.
-Jak tam Nell?- spytała Wika.
-Świetna klaczka, szybko reaguje na delikatne przyłożenie łydek. Musi lubić robić ustępowania, bo jest w tym świetna- pochwaliłam mojego wierzchowca.
-Wesuvio nie jest taki delikatny. Muszę mocniej przykładać łydki, żeby się ruszył.
-Znając twoje możliwości,dasz sobie radę. Świetnie idzie ci ustępowanie. Później możemy zamienić się końmi.
-Może innym razem.
-OK. To co, może przeskoczymy tą przeszkodę?- spytałam, wskazując ręką na niskiego krzyżaczka.
-Ok, ale na razie z kłusa. Później możemy spróbować z galopu.
-To jedź pierwsza.
Wika nakierowała Wesuvia na około 40-centymetrową przeszkodę. Wałach ledwo podniósł nogi nad przeszkodą.
-Z galopu będzie lepiej, obiecuję- rzekła Wiktoria.
Teraz ja nakierowałam Nell na tego samego krzyżaczka. Ładnie skoczyła, ale po przeszkodzie od razu bryknęła i bardzo chciała zagalopować. Dopiero po tym bryknięciu zauważyłam, że z pobliskiej altanki obserwują nas Kuba i Bartek. Skoczyłyśmy jeszcze po dwa razy i zaczęłyśmy galopować. Robiłyśmy wolty, lotne zmiany nóg i przejeżdżałyśmy przez cavaletti. Później przeskoczyłyśmy sobie tą niską przeszkodę. Wika, jak obiecała, skoczyła o wiele lepiej niż poprzednio.
-Może podwyższymy troszkę tą przeszkodę?
-Okej, ale ty schodzisz z konia- odpowiedziała przyjaciółka.
-Ustawię stacjonatę o wysokości 80 cm.
Gdy z powrotem wsiadłam na Nell, Wika ruszyła na przeszkodę. Leniwiec-Wesuvio zrzucił drąga.
-Hahaha- zaśmiałam się.- Co jest? Za słaba łydka?
-To zobaczymy jak ty to przeskoczysz.
-Możesz poprawić przeszkodę?
-Jasne, już schodzę.
Na nieszczęście, ja też zrzuciłam drąga. Nell za późno się wybiła. Oczywiście teraz Wika śmiała się ze mnie, a ja razem z nią.
Przeskoczyłyśmy bez zrzutki po trzy razy, ale potem nie chciało nam się poprawiać tej stacjonaty, więc jazda zaczęła zbliżać się ku końcowi. Pokłusowałyśmy trochę i przeszłyśmy do stępa. Gdy przejeżdżałyśmy koło altanki, chłopcy kazali się na chwilę zatrzymać.
-To następnym razem wsiadacie na trudniejsze konie- powiedział Bartek.
-Świetnie jeździcie, a inne konie też potrzebują ruchu- dokończył jego brat.
-A wy czemu nie na koniach?
-Chcieliśmy popatrzeć jak wy jeździcie.
-To możemy spróbować-stwierdziłyśmy ze śmiechem- Ale nie dawajcie nam całkiem dzikich koni, które co krok strzelają barany i bardzo chcą pozbyć się jeźdźca.
-Zupełnie dzika jest tylko ta kara hanowerka, a jej nikomu nie dałbym nawet do czyszczenia, a tym bardziej nie wspominając o jeździe na niej- odpowiedział Kuba.
Zaczęłyśmy stępować dalej. Po skończonej jeździe, rozsiodłałyśmy konie i wypuściłyśmy na pastwisko. Wyczyściłyśmy inne konie i też wyprowadziłyśmy je na łąki. Tylko hanowerka i dwa inne bardzo poszkodowane konie zostały w boksach. Posprzątałyśmy stajnię, zmieniłyśmy słomę w niektórych boksach i wrzuciłyśmy jedzenie do żłobów. Karej też szybko dałam przez drzwi boksu. Widocznie nie miała ochoty na jedzenie, bo schowała się w kącie udając zwykłego, strachliwego konia. Ciągle zastanawiała mnie jej przeszłość. Czy kiedyś była normalnym koniem? Albo czy uda się komuś ją oswoić? Tego jeszcze nie wiem. Zastanawiałam się nad tym razem z Wiką w drodze powrotnej.