Kare Serce Konia

Kare Serce Konia

sobota, 8 czerwca 2013

Rozdział 38

~Wiki~

-Czekajcie, czy dobrze zrozumiałem?- pan Piotr- trener i mistrz Polski w skokach- wyglądał na zaskoczonego naszą propozycją. Chwilę wcześniej oba treningi się skończyły, odnalazłam Izę, podzieliłam się z nią moim pomysłem wyleczenia Ramireza z lęku przed wodą i teraz próbowałyśmy poprosić trenera o możliwość pracy z koniem.- Chcecie tego diabła przyzwyczaić do wody?
-Mówi pan ,,tego diabła"- zauważyłam rozbawiona- a ile osób musiało skakać na nim przez rów z wodą?- Uniosłam brew.
-Zgoda, macie wolną rękę. Ale na jutrzejszy cross macie przyjść w jednym kawałku i już nie ważne, czy wskoczycie nim do wody, czy nie.
Uśmiechnęłam się, ale w rzeczywistości tłumiłam w sobie większość emocji.  Dopiero, kiedy zniknęliśmy mu z oczu podskoczyłam do góry.
-Yes!- zawołałam.- Udało się!
Iza spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała.
Zbliżyłyśmy się do stajni, kiedy usłyszałyśmy przeraźliwe końskie rżenie. W takim brzmieniu słyszałam je tylko raz, kiedy spadłam podczas skoków. Ale to wystarczyło, żebym je rozpoznała.
-Ramirez!- krzyknęłam.
Zgodnie z Izabelą puściłyśmy się biegiem do stajni. Zobaczyłyśmy 4 mężczyzn, chyba stajennych, dookoła oldenbura. Jeden stał z przodu szarpiąc uwiąz, dwóch- po jednym z każdego boku- uniemożliwiając mu skakanie na boki, a ostatni stał ze trzy metry od konia. Polewał wodą z węża od razu po szyi, grzbiecie zmęczonego po treningu i śmiertelnie przerażonego wałaszka.
Obie porozumiałyśmy się bez słów. Pobiegłam zakręcić dopływ wody do węża, a Izz jednym zręcznym ruchem odwiązała konia. Wszystko działo się tak szybko, że Ram musiał odepchnąć stajennym omal ich nie tratując, żeby się zorientowali, co się stało. Jednak było już za późno, bo koń wybiegł na pastwisko, i stanął w rogu ogrodzenia odwracając się zadem do wolnej przestrzeni.
-Co wy wyprawiacie, dzieciaki?!- warknął facet z wężem.
Chojrak się znalazł, pomyślałam. Jest ich czterech i myśli, że mogą mu krzywdę robić. Przy takim traktowaniu nic dziwnego, że koń nawet nie chce podejść do wody. Dobrze chociaż, że chce pić.
-A wy?- Prychnęłam lekceważąco.- Omal nie zszedł na zawał. Teraz my przejmujemy konia z rozkazu trenera Piotra.
-A bierzcie go sobie. Jest taki roztrzęsiony, że minie dobre trzy godziny, nim pozwoli się komuś do siebie zbliżyć.
-Ciekawe dlaczego?- Izka wyglądała jakby była gotowa się z nimi pobić. Ja ją tylko szarpnęłam za ramię, dając znak, że już czas, żebyśmy się stąd wyniosły.
Udało nam się odwrócić konia i wprowadzić go na ujeżdżalnię. Proste, prawda? A jednak zajęło nam to niemal godzinę. Potem obie głaskałyśmy Rama. Od czego by tu zacząć?, zastanawiałam się.
-Powinniśmy zyskać jego zaufanie.- Iza widocznie czytała mi w myślach.- To co, join up?
-Przyniosę bat do lonżowania albo jakąś linę- zaoferowałam.
Pobiegłam do stajni. Zobaczyłam tam sześć pozostałych dziewczyn z naszych grup. Siodłały konie.
-Oo, Wiki- uśmiechnęła się Anka.- Pozwolili nam pojechać w teren. Czy ty i Iza nie miałybyście może ochoty jechać z nami?
-Nie, dzięki. Nam za to pozwolili przyzwyczaić Ramireza do wody i zamierzamy z tego skorzystać.
Wszystkie oczy zwróciły się ku mnie. Chociaż na Ramie jeździły dotychczas tylko dwie osoby, z mojej grupy ja, a od Izy rok starsza od nas Karolina, każda widziała jego popisy.
-Jak chcecie- mruknęła Oliwia.
Dziewczyna należała do mojej grupy i była chyba jedyną obozowiczką, która zdecydowanie nie przypadła mi do gustu. Z charakteru przypominała trochę połączenie Amandy i Olgi. Kasiasta panienka stworzona do ,,miażdżenia" konkurencji, 'najlepsza' we wszystkim co robi, która jest zbyt przemądrzała, by sama osiodłać konia, nie mówiąc już o jego czyszczeniu. Nawet teraz jej własnego ogiera fryzyjskiego Arleza oporządzała Ola- taka szara myszka, która nie potrafiła nikomu odmówić.
Złapałam z siodlarni lonżę i wróciłam na ujeżdżalnię. Iza przeniosła się z Ramirezem na lonżownik. Doskonale, pomyślałam zdawkowo. Oszczędziła mi przenoszenia go. Poczułam, że muszę iść do łazienki. Pozwoliłam więc Izie pracować z Ramem, a ja pobiegłam do pokoju.
gify konie
Wychodząc z łazienki usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Na obozie nie pozwalali nam wynosić niczego elektronicznego z pokojów, żeby nie straszyć koni. Nie zdążyłam odebrać. Wzięłam komórkę do ręki. 10 nieodebranych od: Bartek O. Ze spisu połączeń wynikało, że próbował się do mnie dodzwonić już od kilku godzin. Czułam, że muszę iść pomóc Izie, ale z drugiej strony... Coś się musiało stać. Może coś z Dashą?, pomyślałam. Bez dłuższego zastanowienia wybrałam jego numer.
~No nareszcie~ usłyszałam zirytowany głos przyjaciela.~ Po co ci ten telefon?
-Mam ważniejsze rzeczy na głowie- odpowiedziałam spokojnie- niż pilnowanie telefony, bo może zadzwonisz. Co się stało?
~Nic takiego. Po prostu chciałem wiedzieć, czy u was wszystko w porządku.
-Bardzo w porządku. Zaliczyłam glebę podczas skoków, a do ujeżdżenia dostałam takiego konia, że nagle zapomniałam jak się jeździ konno, ale jest okay.
~Przynajmniej tyle.~ Bartek na chwilę zamilkł. Po czym kontynuował:- Wy tu odpoczywacie, podczas, gdy z naszego schroniska robią centrum turystyczne.
-Co?- wyjrzałam za okno i zobaczyłam, że Ramirez już wykonuje ruchy pyskiem i zaraz Iza pozwoli przestać mu biegać. Chciałabym z domu mieć widok na stajnię i ujeżdżalnie, pomyślałam.
~Nie, nic. A, i zapomniałbym. Dasha ma doła i nie chce jeść. Mam nadzieję, że wytrzyma jeszcze te jedenaście dni.
-Że co?!
~Żartowałem!~ Udał, że się śmieje.~Nabrałem cię. To do zobaczenia wkrótce. Ale strzeż się- jeszcze zadzwonię!
Rozłączył się, a ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że cały czas mówił prawdę i nie żartował.
gify konie
-Musimy go przyzwyczaić do wody- oznajmiła Iza fachowo.
Ja tylko skinęłam głową zamyślona. Cały czas myślałam o słowach Bartosza.
-Słuchasz ty mnie, Wiki?- spytała Izz.
-Pewnie. To ja przyniosę wiadro z wodą- ruszyłam w stronę stajni.
-Czekaj. Na razie popróbujmy z rowem wodnym- wskazała przeszkodę znajdującą się koło nas, ale na sąsiedniej ujeżdżalni.
Wyprowadziliśmy Ramireza z lonżownika, co nie było trudne, bo wciąż szedł za Izą jak piesek. 
W końcu złe myśli ogarnęły mnie do głębi i postanowiłam pogadać z Bartkiem.
-Możesz z nim sama popracować?- Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie, bo nie czekałam na odpowiedź.- Muszę iść zadzwonić.

~Iza~

WTF? Dokładnie tyle mówiła moja mina. Od kiedy ona zostawia konia dla telefonu? Jednak nim zdążyłam zaprotestować, już jej nie było. Sama sobie poradzę, pomyślałam. Zrzuciłam drągi znajdujące się za rowem, żebym nie musiała przez nie skakać. Potem zdjęłam sztyblety razem ze skarpetkami. Piasek ujeżdżalni przyjemnie przesypywał mi się przez palce u nóg. Stanęłam przy koniu, pogłaskałam go przyjacielsko, po czym ruszyłam w kierunku rowu. Mniej więcej pięć metrów od przeszkody, koń stanął jak wryty. Wiedział, o co mi chodzi. Wygrzebałam z kieszeni marchewkę.
-No chodź tu- szepnęłam łagodnie.- Chodź...
Widząc zachowanie Ramireza, przypomniała mi się trochę Dasha: wyglądał, jakby stała przed nim ściana ognia, którą bał się przeskoczyć. Uśmiechnęłam się lekko. Wyciągnęłam rękę i czekałam. W końcu podszedł i zjadł marchewkę. Przeszłam przez rów bosymi stopami. Było tak upalnie, że gdy woda przepłynęła mi po stopach, aż jęknęłam z ulgą. Do suchych nóg piasek się nie przykleił, więc woda w rowie wciąż była przejrzysta. Nabrałam jej w dłonie. Ciemna sierść ogiera musiała się bardzo nagrzać. Podeszłam do niego i lekko wytarłam dłonie w jego szyję. Potem wróciłam do przeszkody, ale już do niej nie wchodziłam, bo potrzebowałam czystej wody. Znów nabrałam jej w ręce, ale tym razem podałam ogierowi do picia. Spojrzał na mnie nieufnie, ale pragnienie wygrało. Wylizał mi dłonie co do ostatniej kropli i spojrzał na mnie oczekując więcej.
-Chodź i się napij- oznajmiłam.
Podeszłam do rowu i obmyłam w niej dłonie.
-No dalej, malutki- rzuciłam zachęcająco.
Podszedł do mnie napił się parę łyków, a następnie zrobił tyłem parę kroków, by odsunąć się od pozornego zagrożenia. 
Wtedy podeszłam do konia. Odległość, w której stał, z pewnością była odpowiednia do rozbiegu. Ruszyłam sprintem na rów. I skoczyłam nad nim. Nie chciałam pomoczyć bryczesów, więc postanowiłam wylądować na nogach. Trochę mnie to ograniczyło. Wylądowałam mniej więcej w połowie przeszkody. Resztę przebiegłam truchtem i stanęłam za nią. Odwróciłam się, żeby zobaczyć, co u Rama. W tej chwili galopował prosto na rów z wodą. Wybił się nad nim... Przeskoczył! Chyba pierwszy raz w życiu przeskoczył tą przeszkodę. Byłam tak szczęśliwa! Tylko szkoda, że Wika tego nie widziała...

~Wiki~

Próbowałam dodzwonić się do Bartka, ale nie odbierał. Cóż, pewnie się domyślił, o co chcę zapytać. Miał zamiar ze mną rozmawiać tylko wtedy, gdy JEMU odpowiada. 
-Muszę przeżyć jeszcze te niecałe dwa tygodnie- byłam tak wściekła, że mówiłam sama do siebie- a jeśli coś się stanie mojej końskiej przyjaciółce, to go utopię, powieszę  i jeszcze raz utopię!
gify konie
Hey, everybody!
Wczoraj wieczorem byłam na jeździe. I było super! Najpierw wszystko zrobiłam samiutka. (zazwyczaj ktoś mi tak pomaga, że jedynie czyszczę konia). Tylko wędzidłem nie trafiłam między zęby, a siodło położyłam tak daleko, że między popręgiem a łopatką konia spokojnie zmieściłyby się dwie dłonie i to nie tak ściśnięte ;) Ale po to nie robiłam tego bez nadzoru, żeby wiedzieć co i jak. Potem wsiadłam na konia i stęp. Kłusik ćwiczebny- bajka! (przynajmniej dla mnie, bo niektórzy z Was by mnie wyśmiali, ale dla mnie siedzieć tak pewnie, głęboko w siodle i to w wysiadywanym na Syryjczyku jest wielkim dokonaniem). Ale jeszcze zanim na dobre zakłusowałam (zrobiłam parę okrążeń anglezowanym, potem ze dwa kółeczka wysiadywanym i do stępa) Magda (moja ulubiona instruktorka) zaproponowała mi... galop! Miał on byc pod koniec jazdy, jeśli dam sobie radę z kłusem. Ale pozwoliła mi się nad tym zastanowić, bo jazda dopiero się zaczęła. Jak już wspomniałam ćwiczebny szedł mi (wg moich kryteriów) świetnie, więc mniej więcej w połowie jazdy zapytała, czy chcę zagalopować. Ale odmówiłam... Nie czułam się zbyt pewnie. Poprosiłam ją, żebyśmy poćwiczyły ćwiczebny. I całą lekcję kłusowałam. Potem zsiadłam, odprowadziłam Syrka do stajni i momentalnie zaczęła się burza, deszcz zaczął padać itd. Miałam farta ;) Rozsiodłałam wałaszka.
I oczywiście pomyliłam boksy. ,,Oczywiście" nie w sensie pomylenia boksów, bo zdarzyło mi się to po raz pierwszy, po prostu zaczynam uważać, że jazda bez wpadki to jazda stracona. Jak mi się koń nie przestraszy, omal mnie nie zmiażdży, to założę ochraniacze tył na przód, a tym razem to xD Ale po prostu Siwa i Bajka (klacze, które mają boksy w tym samym rzędzie co Syrek) były na pastwisku i źle oceniłam odległość, tak że zamiast wsadzić go do jego boksu w środku, wylądował w ostatnim boksie (należącym do Siwej) od pastwiska. Magda powiedziała, że też nie zauważyła. Ale Siwa od razu. Jak była sprowadzona z pastwiska, to stanęła na środku stajni, prychnęła wściekle i chciała wracać na pastwisko. A jak zamieniałyśmy boksy, to zanim Syryjczyka wyprowadziłam, zaczął pić ze żłobu Siwej. Madzia się śmiała, że nie jego to od razu lepiej smakuje ;) Ale tak czy inaczej n następnej jeździe spróbuję zagalopować. To, o czym mówiłam Wam pod poprzednią notką stało się szybciej niż podejrzewałam. ;)

To żegnam wszystkich :)

PS Koniowata, Nikki- jeszcze raz dziękuję za ocenę :)
http://nasze-subiektywne-oceny.blogspot.com/2013/06/ocena-sydney-f-kare-serce-konia.html

PS2 Koniowata, Agnes, owszem, pomysł ze schroniskiem jest z ,,Heartlandu", ale tylko to. Nie ściągnęłam z niego ani żadnego bohatera ludzkiego (no, może troszeczkę Amandę), ani konia.

piątek, 31 maja 2013

Rozdział 37

~Wiki~

-To ma być galop?!- zawołała podirytowana instruktorka.- Koń jest spięty jak deska, a ty zaczynasz podskakiwać... Zrób coś z tym!
Występowałam Luizjanę. Co do tego dostałam wolną rękę. Instruktorka nie wydawała dalszych poleceń, dopóki tego nie opanowałam. Klacz była taka twarda... A może to to siodło? Nigdy nie lubiłam ujeżdżenia, ale zawsze byłam niezła we wszystkim, co wiązało się z końmi i jazdą na nich. Odetchnęłam głęboko i poczułam, jak wszystkie mięśnie mi puszczają. Dopiero dwie godziny temu przyjechaliśmy do stadniny. Na naszym turnusie jest osiem osób. Podzielili nas na dwie czteroosobowe grupy. Każda miała trening indywidualny z jednym z dwóch instruktorów: mistrzem Polski w skokach i vice mistrzynią ujeżdżenia. Tak więc byłam druga w kolejce (godzina od przyjazdu została zostawiona dla nas, każdy mógł się rozpakować i odpocząć po jeździe), a po mnie miały jechać jeszcze dwie osoby. Niestety ja i Iza zostałyśmy przydzielone do różnych grup, tak więc kiedy ja męczyłam się z Luizjaną- piękną, siwą klaczą andaluzyjską (u której kruczoczarna grzywa i ogon kontrastowały ze śnieżnobiałą sierścią)- i jej galopem, Izz za pewne mknęła po parkurze, pokazując klasę. Którego konia dostała? Konie były losowane tak samo jak przynależność obozowiczów do grup. Niestety nie mogłam jej zobaczyć. Ja jeździłam po hali, grupa skokowa zaś dostała zewnętrzny parkur.
-Gotowa?- spytała instruktorka. Byłam tak zamyślona, że na dźwięk jej słów aż podskoczyłam.
Skinęłam głową i już chciałam zagalopować, kiedy pani Anita (tak miała na imię instruktorka) powstrzymała mnie krótkim: ,,Czekaj!".
-Galopu na razie wystarczy. Kłus!- poleciła, a po chwili zastanowienia dodała:- Koło dwadzieścia metrów i  pasaż wzdłuż ściany od punktu K.
Posłusznie wykonałam polecenie. Potem czekało mnie jeszcze parę ćwiczeń typu piaff, zagalopowanie ze stania/stępa, wyciąganie/ zbieranie każdego z podstawowych chodów... A Luizjana nie zamierzała mi ułatwić życia. Po jakimś czasie znudziło jej się mnie słuchać, więc zaczęła wyrywać mi wodze i zmieniać chody jak jej się podobało.
-Nie pozwalaj jej- surowo poleciła pani Anita.- To ty kierujesz koniem, a nie koń tobą.
-Próbuję- mruknęłam.
-Byłoby znacznie łatwiej, gdybyś zgodziła się na palcat. Lui tylko na niego reaguje tak jak trzeba.
No tak... Już to dzisiaj słyszałam. Jednak nie miałam zamiaru go brać do ręki. Oczywiście palcat lub bat ujeżdżeniowy bywają bardzo pomocne, używane z rozmysłem. Ale wystarczająco napatrzyłam się jak używają go Amanda i wiele innych osób, których konie teraz siedzą w naszym schronisku. Więc zrezygnowałam z bata.
Kiedy zeszłam na ziemię, nie miałam już ochoty na skoki. Jednak nie miałam wyboru. Po coś w końcu pojechałam na obóz. Zaprowadziłam Luizjanę do stajni, rozsiodłując ją całkiem.
Nie chciało mi się czekać kolejne dwie godziny aż ostatnie osoby skończą swój trening, więc postanowiłam pójść na parkur. Niestety z Izą ledwie się minęłyśmy, bo właśnie skończyła szykować swojego konia do jazdy, a potem nadeszła jej kolej.
gify konie
Do skoków wylosowałam sobie wspaniałego skarogniadego wałacha oldenburskiego imieniem Ramirez. Był prześliczny. Wydawał się też bardzo spokojny oraz doświadczony. Tutaj byłam pierwsza w kolejności. Cieszyłam się jak nie wiem, że wreszcie mogę poskakać. Pierwsze dwie przeszkody- stacjonata z drągów na 60 cm i krzyżaczek- poszły mi bez problemu. Ale kolejną był rów z wodą, połączony z jednodrągową stacjonatą, znajdującą się bezpośrednio za nim. Banał, pomyślałam. Ale koń miał inne zamiary. Skupiłam się jedynie na skoku, bo, moim zdaniem, nie wchodziło w grę nic innego. Lekceważenie zdominowało zdrowy rozsądek. Ramirez przed samą przeszkodą wyglądał, jakby ktoś tak po prostu przykleił mu kopyta do ziemi.  I z boku musiało to całkiem tak wyglądać. Właśnie zaliczyliśmy ostatnią fazę zawieszenia galopu. Po niej koń powinien po prostu stanąć na ziemi, a potem wybić się nad przeszkodą. Owszem, wylądował, ale nic poza tym. W momencie, kiedy wszystkie nogi dotknęły ziemi, wałach opuścił głowę, szyję i cały przód ciała, a ja wyleciałam z siodła.  Przeleciałam przez wodę i poczułam się tak, jakby Ram puszczał mną ,,kaczki". Po czym wleciałam w drąga, odrzuciłam go daleko. Zatrzymałam się w końcu na piachu, który idealnie przyklejał się do mokrego ubrania. Czułam się jakbym właśnie została wytarzana w smole i pierzu. Ale najbardziej bolała urażona duma.
-Wiktorio- odezwał się instruktor- powinnaś być bardziej czujna. Nie myśl o tym, żebyś TY skoczyła. Skacze koń, a twoim zadaniem jest go doprowadzić na drugą stronę przeszkody. Musisz wiedzieć, kiedy koń chce się zatrzymać lub wyłamać i powinnaś postarać mu to uniemożliwić. Albo przynajmniej postaraj się utrzymać w siodle. Jedna odmowa to tylko parę punktów karnych, a upadek- dyskwalifikacja. Wskakuj na siodło i jedziesz jeszcze raz. Od początku.
Otrzepałam się z piachu i rad nie rad musiałam spróbować po raz kolejny. Niestety teraz też było tak samo. Jednak udało mi się utrzymać w siodle. Co nie usatysfakcjonowało instruktora. Kazał mi podchodzić do tej przeszkody jeszcze pięć razy, aż w końcu zrezygnował.
-Dobra, darujemy sobie- mruknął. Omijaj rów i poskacz przez inne.
W końcu skończył się mój czas. Nie byłam zbyt zadowolona z przejazdów. Poszłam do stajni odprowadzić Ramireza.
-Nie martw się, on taki jest- spróbowała pocieszyć mnie Kasia, dziewczyna z mojej grupy, która (z tego co wiem) normalnie jeździła konno w tej stadninie, ale zawsze musiała dojeżdżać kilkanaście kilometrów, więc zapisała się tu na obóz.
-Instruktor, czy koń?- spytałam.
-Obaj- zaśmiała się.- Ale miałam na myśli Ramireza. Konik panicznie boi się wody. A Jacek, no wiesz, ten instruktor, świetnie zdaje sobie z tego sprawę, a i tak zawsze daje go kursantom do skoków.
Hmm, pomyślałam. A gdybym tak się nim zajęła? Pomogłyśmy już wielu koniom. Strach przed wodą zdaje się być tak nikły w porównaniu z tym, co robiłyśmy w przypadku Dashy czy Furii. Poszłam szukać Izy. Może jeszcze nie zaczęła jazdy. Czyli wygląda na to, że będziemy mieć nowego końskiego pacjenta. Musimy go wyleczyć ze strachu przed wodą. Jeśli nam pozwolą...
gify konie
Dzisiaj daruję sobie wyczerpujące dopiski, niemal długości notki. Chciałam Wam tylko powiedzieć, że pomysł z obozem wyszedł od Natalii, dawno temu, jeszcze kilka tygodni przed jej odejściem. Chociaż wtedy nie wiedziałyśmy jeszcze, co Wiki i Izz będą robić na tym obozie, ale sam pomysł jest jej :)
A, i mam jeszcze dla Was Bajkę. Nie, nie o ,,Czerwonym Kapturku", czy czymś takim :) Mam Bajkę na 4 kopytach :)



 To chyba mój ulubiony koń ze stadniny. Ale niestety nie było mi dane kiedykolwiek jej dosiąść, bo Bajka złamała nogę na kilkanaście tygodni przed moją pierwszą jazdą :'( Ale jest bardzo przyjacielska. Ostatnio po jeździe na Syrku jej też dawałam marchewkę. A potem nic nie miałam i po prostu ją głaskałam. Tak się do mnie przytulała i trącała mnie łebkiem :)





Tamto to wersja z 31 maja ok godziny 12.00
Edytowane o 19.54:
Niedawno wróciłam z jazdy :) Dziś jeździłam na Bakalii i było świetnie :D Oby szło mi tak dalej. Jeśli deszcz mi nie pokrzyżuje planów, to może wreszcie przed obozem chociażby zacznę galop :)
I zapomniałam się Wam pochwalić, że od wczoraj jestem prawie dorosła. Już szesnastka mi stuknęła. Wiem, stara jestem ;)

niedziela, 26 maja 2013

Rozdział 36

---Dwa tygodnie później---
~Wiki~
   Wszystko wreszcie zaczęło się układać. Tydzień temu Izz zdała na ZOJ i już obie miałyśmy jedną z najbardziej prestiżowych odznak jeździeckich. Robertowi udało się zebrać trochę datków na stajnię. Nie było tego dużo, ale wystarczająco, by rozpocząć budowę. Mimo to nie zrezygnowałyśmy z planowanego startu w mistrzostwach Polski, które odbędą się wczesną wiosną. Zawsze pieniądze się przydadzą tym bardziej, że pieniędzy nie starczy pewnie na całą stajnię.
Amanda też wreszcie dała nam spokój i nie widziałyśmy jej od czasów popisów na Kamisie.
   Jutro mamy jechać na obóz jeździecki. Ostatnio miałyśmy tyle problemów, że dopiero z zeszłym tygodniu rodzice mi przypomnieli o obozie, na który zapisałam się z Izą na początku roku. Miał to być dobry, prestiżowy obóz sportowy, na którym skoków uczy mistrz świata w tej konkurencji, a sportowe konie startują w zawodach w całym kraju. Miałam nadzieję poprawić swoje umiejętności jeździeckie. Jedyne, co mi się w obozie nie podobało to to, że nie możemy wziąć Dashy. Tzn. teoretycznie można przyjechać ze swoim koniem, ale Robert zasugerował, że zmiana wierzchowca dobrze nam zrobi, a Kara musi odpocząć. W końcu po ostatnich dwóch tygodniach ma za sobą dwa udane przejazdy na złote odznaki i (nie licząc odznak) prawie 30 godzin pod siodłem (jeździmy na niej około 2 godzin dziennie, ale czasem nawet dłużej). ,,Jeśli dołożycie do tego jeszcze kolejne dwa tygodnie obozu- powiedział Rob- to całkiem ją zamęczycie. Uznajcie czas obozu jako urlop dla niej, a dla was po prostu miła odmiana". Musiałyśmy przyznać mu rację.
   I zaczęły się przygotowania. Najgorsze pakowanie. Moja walizka była taka wielka... W końcu dużo w niej miałam. Samego stroju jeździeckiego było sporo. 3 pary bryczesów (białe, czarne i w kratę), 2 pary butów (sztyblety i czapsy oraz klasyczne oficerki), fraczek i cylinder (wolę skoki od ujeżdżenia, ale to drugie też musimy poćwiczyć). Do tego doszły jeszcze normalne ubrania i takie tam rzeczy typu ,,lepiej wziąć, bo może się przydać".
   Ostatniego dnia jeszcze udało nam się pojeździć na Dashy. Nie skakałyśmy, ale postanowiłyśmy wybrać się na przejażdżkę do lasu. Tym razem to Iza jej dosiadała, a ja wzięłam Chantell. Dojechałyśmy aż do jeziorka znajdującego się jakąś godzinę piechotą od schroniska, ale konno dojechałyśmy tam nawet szybko. Powygłupiałyśmy się trochę, ale w końcu musiałyśmy wracać do stajni... ekhm, to znaczy do schroniska. Puściłyśmy konie na pastwisko, ostatecznie pożegnałyśmy się z Dashą i wróciłyśmy do domu. Musiałyśmy się wyspać przed jutrzejszym wielkim dniem...
gify konie
Rozdział może nie jest najdłuższy, ale to taki wstęp przed tym, co będzie potem :)

A poza tym nie mam nastroju do pisania. Mam doła... Wczoraj doszłam do wniosku, że nigdy nie nauczę się jeździć konno :'( A na koniec mama stwierdziła, że może się do tego nie nadaję. Mówiła to trochę w żartach, ale mnie to nie śmieszy. Jeżdżę już od paru miesięcy, a ciągle morduję ćwiczebny i nic mi nie wychodzi. Teraz odkąd pan daje mi Syryjczyka, to nawet z anglezowanym mam problemy (on mocno wyrzuca) :'(
W końcu skończy się na tym, że mama w ogóle przestanie mi płacić za jazdy i będę musiała skończyć z końmi :"(

A właśnie... Pokażę Wam moje koniki.
To Syryjczyk (fotka z wczoraj).
A to Bakalia (fotka z lutego)

niedziela, 19 maja 2013

Rozdział 35


Uwaga!!!

Z góry zastrzegam prawo do podpisywania się pod tą notką komuś innemu.. Ja nie jestem jej autorką! Rozdział nr 35 na moją prośbę w całości, słowo w słowo, został napisany przez Aryę Drottning.  Piszę to na wstępie, abyście mogli od razu zwrócić uwagę na styl pisania (1000 razy lepszy od mojego) i żebyście od razu wiedzieli, że ta notka, (pod którą oczywiście widnieje mój nick) nie jest moja. A Tobie, Aryo, bardzo dziękuję. (: Notka bardzo mi się podoba i jest chyba najlepszą z notek na tym blogu (na równi z notkami Natiszki oczywiście, bo ona też świetnie pisała.) Czy tylko ja muszę być taką grafomanką? :'( Okay, to koniec z wywodami, skoro sprawa z prawami autorskimi jest załatwiona, zapraszam do czytania! :D
gify konie

~Wiki~

Oparłam głowę o szybę samochodu i patrzyłam na krople deszczu, które leniwie spływały po szkle. Mimo tego, że koło mnie siedziała Iza, nie odzywałam się. Mama prowadziła uważnie kierowała samochód w stronę stadniny Pferd, gdzie miał się odbyć nasz egzamin. Umówiłyśmy się z Robertem, że później przywiezie Dashę. 
Cały dzisiejszy ranek spędziłyśmy na nerwowym czyszczeniu załatwionego w pośpiechu sprzętu i doczyszczaniu Dashy, która jak na złość, postanowiła się cała ubłocić.  Kiedy wyglądała już jak koń,  zrobiłam jej koreczki na grzywie, a Iza uplotła pięknego kłosa na jej czarnym ogonie. 
Wszystko było już zaplanowane. Ja miałam zdawać dzisiaj, a Iza za niecały tydzień. Gdybyśmy zdawały tego samego dnia mogłybyśmy przemęczyć Dashę.
Mama skręciła na podjazd, który znajdował się przed stajnią. Niemal od razu wysiadłyśmy z samochodu. Nie panował tam szczególny ruch, bo egzaminy na odznaki miały zacząć się o 11.00, a my dotarłyśmy tam godzinę wcześniej. Jak zwykle zaczynały złote odznaki, a kończyły brązowe. Widziałam, że przy czworoboku kręciła się jakaś rudowłosa dziewczyna.
- Chodź, obejrzymy czworobok i parkur! - zawołałam do Izy i pociągnęłam ją za sobą. 
Warunki były niezłe, pomimo deszczu, który wcześniej padał. Na szczęście nie widać było żadnych kałuż ani błota. Na parkurze panowały podobne warunki, więc nie martwiłam się szcególnie o przejazd. Po chwili Iza spojrzała na zegarek.
- Mamy dużo czasu, może obejrzymy konie? - zaproponowała z uśmiechem. W odpowiedzi kiwnęłam głową. Tym razem to Iza pociągnęła mnie w stronę stajni. 
Budynek był dobrze utrzymany i czysty. Z obu stron spoglądały na nas ciekawskie łby wszelkich maści. Widać było, że to typowa stadnina sportowa. Każdy koń miał identyczny ciemnozielony kantar, a na każdym boksie znajdowała sie informacja o przebywającym w nim zwierzęciu.
- Edyp jest piękny! - zapiszczała Izz, widząc ciemnogniadego ogiera z gęstą grzywą i takim samym ogonem. Widząc ją prychnął i potrząsnął głową. 
- Masz rację - uśmiechnęłam się - Ale do Dashy mu brakuje.
- No, ba! - roześmiałyśmy się głośno nie zważając na stajennego, który się nam przyglądał. Gdy wyszłyśmy ze stajni zauważyłam, że przyjechało już kilka osób, które teraz kręciły się po parkurze lub czworoboku.
- Wiki, Dasha już przyjechała - oznajmiła moja przyjaciółka.
- Jakaś ty błyskotliwa - Żartobliwie wywróciłam oczami i podeszłam do samochodu Roberta.
- Cześć! - zawołał, otwierając szybę Toyoty. - Wyprowadzicie konia?
Skinęłam głową i otworzyłam małe drzwiczki przyczepy. Dasha przywitała mnie cichym rżeniem. Pogłaskałam ją delikatnie po pysku i wyprowadziłam z otwartej przez Izę przyczepy. Klacz nie była nawet spocona po podróży, ale zdenerwowała się gdy przechodziła obok innej gniadoszki, która była prowadzona przez jakąś dziewczynę. 
- Siodłamy? - zapytała Iza, gdy przywiązałam Dashę. 
- Pewnie. Załóż jej ochraniacze, ok?
Sama poszłam po siodło skokowe, które udało mi się pożyczyć od znajomej oraz po kombinowane ogłowie, zdobyte z tego samego źródła. Jedynie błękitny czaprak i czarne ochraniacze należały do nas. 
Osiodłaną hanowerkę zostawiłam pod opieką Izy, a sama poszłam wypytać o kolejność. Okazało się, że jestem jedyną kandydatką do złotej odznaki jeździeckiej. Oprócz tego dwie osoby zdawały na srebro i sześć na brąz.
gify konie
Wjechałam na czworobok na luźnej wodzy, a następnie zatrzymałam sie na środku i skłoniłam przed komisją. Nie byłam pewna czy to konieczne, ale wolałam nie ryzykować. Poleciłam Dashy stęp przy którkiej ścianie. Najpierw stępowałam na długiej wodzy, pozwalając klaczy na swobodne wyciągnięcie szyji. Następnie skróciłam wodze i zrobiłam kilka kół i zmian kierunku, aby Dasha zaczęła czekać na moje polecenia. Podczas kłusa robiłam podobne ćwiczenia. Dodałam tylko wolty i półwolty. Na koniec rozgrzewki zagalopowałam w obie strony, zmieniając kierunek przez kłus. W galopie zrobiłam koło, aby sprawdzić czy Dasha na pewno mnie słucha. Jeszcze tylko kontralop i ustępowania. To pierwsze ćwiczenie wykonałam po chwili stępa. Następnie pozwoliłam Dashy na chwilę stępa swobodnego, który zakończyłam żuciem z ręki. Gdy zebrałam wodze hanowerka ochoczo ruszyła do przodu, czekając na dalsze wskazówki. Nadal jadąc stępem wykonałyśmy ustępowanie od łydki. To samo ćwiczenie powtórzyłyśmy w kłusie. 
Po wszystkim znów zatrzymałam Dashę w punkcie X i ukłoniłam się. Zsiadłam z konia i wyprowadziłam z czworoboku. Później podeszłam z nią do komisji, aby zaprezentować poprawne wsiadanie na konia. Na szczęście Dasha się nie kręciła, więc wszystko poszło bez problemów.
- Jak mi poszło?  - zapytałam jedną z kobiet w komisji.
- Zdane - odpowiedziała krótko.
Odetchnęłam z ulgą. Najgorsze już za nami.
gify konie

Dasha wjechała na parkur z podniesioną głową. Rozglądała się strzygąc uszami i wprost nie mogła się doczekać chwili startu. Po przekroczeniu linii startu popędziłam ją do kłusa i skierowałam na pierwszą przeszkodę. Po przeszkodzie od razu pokierowałam ją na stacjonatę oznaczoną numerem dwa. Później skierowałam ją galopem znów do pierwszej przeszkody. Obok niej przeszłam do kłusa i nakierowałam Dashę na szereg typu skok - wyskok.  
Dalsza część poszła już z górki. Kolejne przeszkody Dasha przefrunęła ze sporym zapasem. Po przejechaniu mety musiałam jechać kawałek galopem i zmienić nogę przez kłus. Na długiej ścianie najpierw kłus anglezowany, później ćwiczebny i do stępa. Na koniec żucie z ręki i ukłon. 
- Zdałaś! - wykrzyknęła Iza - Przed chwilą pytałam komisję!
Odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się. Jeszcze tylko teoria, ale na nią muszę poczekać. Zsiadłam z Dashy i przytuliłam się do jej ciepłej szyi.
- Dobra robota - szepnęłam do niej.
gify konie

Postanowiłyśmy obejrzeć inne przejazdy. Dziewczyna, którą wcześniej widziałyśmy zdawała na srebrną odznakę. Dosiadała gniadej klaczy, przez którą Dasha się denerwowała. Niestety nie wszystkie egzaminy były zdane. Druga dziewczyna przystępująca do srebra nie zdała ujeżdżania, a chłopiec z brązowej spadł podczas skoków. 
Teorię zdawaliśmy w grupach po 2 - 3 osoby. Ja miałam odpowiadać razem z dwoma dziewczynami, które zdawały dziś na srebro. Egzaminatorka wyraźnie się na mnie uwzięła. Zadała chyba dwanaście pytań. Od przepisu na mesz, po przyczyny chorób układu kostnego konia. Na szczęście udało mi się odpowiedzieć na wszystko. Egzaminatorka niechętnie wypisała mi papier. 
Gdy pozostałe dziewczyny zostały odpytane wyszłyśmy razem z siodlarni, w której odbywała się część teoretyczna. 
- I jak? - zapytały mama i Izz.
- Mam złotą! - oznajmiłam i pozwoliłam się wyściskać.
Nie mogłam w to uwierzyć. Zdałam na Złotą Odznakę Jeździecką...
gify konie
A więc jak Wam się podoba? Komentujcie śmiało, ale laury nie należą się mnie ;)

piątek, 10 maja 2013

Rozdział 34

~Wiki~

  Robert wsparł się pod boki i odchrząknął.
-Byłem na sto procent pewien, że zamknąłem bramę- powiedział.- Czy jednak zapomniałem?
-Ja nic nie wiem- powiedziałam sarkastycznie z uśmiechnęłam.
-Nie przez takie płotki się przechodziło- roześmiała się Iza, dając mu jasną odpowiedź- Robercie, możemy potrenować z Dashą? Do zawodów jeszcze ponad półtora roku, ale musimy zdać na złoto, a ona się za bardzo leniła. Wyszła całkiem z formy. Myślisz, że nie jest jeszcze za późno? No bo jest w ciąży. Ale moim zdaniem...- wszystko to powiedziała na jednym oddechu i była skłonna mówić dalej.
-Spokojnie- przerwał jej Rob.-Nie pytajcie, czy możecie ją wziąć, bo to wasz koń. Myślałem, że już to ustaliliśmy. I sądzę, że nie jest za późno. To dopiero drugi miesiąc.- chciałyśmy już odejść, ale Robert jeszcze dodał- i musicie jeździć na bez niczego, bo cały rząd doszczętnie spłonął.
Dla mnie nie był to żaden problem. Kochałam jazdę na oklep. Ale jego głos zabrzmiał tak smutno, że miałam ochotę się rozpłakać.
gify konie
Możemy poskakać dziewięćdziesiątkę- powiedziałam, mając na myśli wysokość przeszkód, bo takie najwyższe będą na egzaminie- czekałam, kiedy Iza spyta, czy nie mam ochoty skakać przez prawie półtora metra wzwyż*, ale pytanie nie nadeszło-Tym razem wolałabym nie skakać przez metr czterdzieści. Niezbyt rozluźniłam sytuację, ale było dobrze. Ustawiłyśmy parkur patrząc dokładnie na rozkład ze złotej odznaki, który wczoraj wydrukowałam.
-Skaczę pierwsza- oznajmiłam, wskakując na Dashę [bez skojarzeń xD- dopisek Sydney].
Udało mi się pokonać tor bez większych problemów, ale nie dało się ukryć, że Dasha wyszła z formy. Obie wyszłyśmy... Bez problemów nie oznacza bezbłędnie. Bo bezbłędnie akurat nie było. Zrzuciłyśmy dwa drągi.  Jednak obeszło się bez upadków. A Iza od razu poprawiała przeszkody, także jak zatrzymałam się na naszej umownej mecie, po zrzutkach nie było już ani śladu. Jednak wiedziałam, że mogło być lepiej.
-Przejedź jeszcze raz- poleciła Iza.
Nie miałam zbytnio ochoty, ale zgodziłam się. I drugi przejazd był bezbłędny. Zeskoczyłam na ziemię. Była kolej Izy. Ona za pierwszym razem przejechała bezbłędnie.
-Widzisz?- spytała triumfalnie.- A jednak można- wiedziałam, że ma na myśli perfekcyjny przejazd.
-Ha!- prychnęłam.- Rozgrzałam ci konia.
gify konie
Najbliższe egzaminy na odznakę miały się odbyć za tydzień w Pferdzie. Zapisałyśmy się na nie i postanowiłyśmy spędzić ten czas na treningach. Musiałyśmy zdać egzamin.
Wieczorem, gdy klacz odpoczywała, my z resztą też, postanowiłyśmy popracować nad teorią. Podłączyłyśmy się do wi-fi i ,,zakuwałyśmy", chociaż praktycznie nie było pytania, na które byśmy nie odpowiedziały.
Miałyśmy już się zbierać do domu, kiedy doczekałyśmy się niechcianego gościa. Kamis galopował łeb w łeb z Great Blue prosto na ogrodzenie i w ogóle nie zwalniali. Co oni wyprawiają?, pomyślałam. Amanda i Dagmara mogłyby tak porządnie przefikołkować nad ogrodzeniem, ale koni, nawet mimo wszystko Kamisa, było mi szkoda. Wtedy spowolniła go do kłusa i ogier skoczył. Amanda miała co do niego rację- był to wspaniały koń. Chociaż ogrodzenie w tym miejscu było niższe i miało maksymalnie 1.7 m, skok był bardzo imponujący. (Great zahamowała gwałtownie, Dagmara ledwo się utrzymała i postanowiła jechać na około przez bramę.)
-Skąd ona bierze te konie?- sapnęłam z podziwem.
-Kupuje- odpowiedziała Iza, jakby to było najbardziej oczywiste. Amanda zatrzymała konia przed nami tak gwałtownie, jak w reiningu, wzbijając tumany kurzu. Zakasłałam.
-Czego tu chcesz?- spytałam ostro.
-Przyszłam z Kamisem alimenty zapłacić- zaczęła dość dramatycznym tonem, ale sarkazm wisiał w powietrzu. Kiedy tylko Dagmara do niej dołączyła, obie wybuchnęły śmiechem.- Wikuś kochanie- zacisnęłam pięść i miałam ochotę się na nią rzucić, ale byłam ciekawa, co powie dalej.- Nie macie tu nawet stajni. Może chciałabyś jeździć w Green Trees? Dałabym ci na własność Karka. Mogłabyś na nim jeździć i się rozwijać jeździecko.
-A co TY byś chciała w zamian?- warknęłam przez zęby.
-Co za kompletny brak zaufania! Nic nie chcę. Wystarczy, że będziesz jeździć u nas, nawet jazd nie musisz prowadzić. Jedynie będziemy razem startować w zawodach na konto Green Trees.
-Aha! To o to ci chodzi! Nie na rękę ci jest po prostu konkurować ze mną. To dlatego podpaliłaś stajnię?! Chciałaś pozbyć się konkurencji, a złamanie nogi broszki to dla ciebie za mało, bo my się nie poddałyśmy. Wtedy liczyłaś zwycięstwo na siebie, a teraz liczy się wygrana kogokolwiek ze stadniny.
Dagmara i Izabela siedziały cicho i przysłuchiwały się naszej kłótni. Wtedy wtrąciła się Iza:
-Ale Broka to był przypadek...
-Tak myślisz?- spytałam.- Klacz może i wcześniej się wybiła, ale ktoś jej w tym pomógł. Rozmawiałam kiedyś z panią Agnieszką i dokładnie opisała mi jak wyglądał wypadek.
-Am!- Dagmara aż stanęła w strzemionach.- To prawda?
-Niee- kazała Kamisowi stanąć dęba. Górując nad nami dodała jeszcze:- Niczego mi nie udowodnicie.
Zawróciła konia i pogalopowała w stronę swojej stadniny. Dagmara pojechała za nią.
-Wypadek Broszki, po którym z resztą dosiadający jej jeździec, który ledwo przeżył nie może już jeździć konno- podsumowała Iza- i pożar, w którym konie prawie spłonęły... razem z nami... Ona jest niebezpieczna.

* mowa tu o wypadku Wiki (patrz: rozdział 12)

gify konie
Huehuehue. Końcówkę z Amandą wymyśliłam chwilę przed napisaniem go (kiedy chciałam skończyć, a stwierdziłam, że jest ciut mało [bo od 2-gich koników]) . Ale jak pisałam o popisach Kamisa nie wiedziałam jeszcze, że poruszę temat wypadku Broki, który wymyślałam dosłownie w momencie pisania. ;)

Wybaczcie ten dopisek, ale nie mogłam się powstrzymać (tym bardziej, że chwilę wcześniej musiałam znaleźć rozdział z pokryciem Dashy, bo straciłam rachubę czasu), a potem mama mi dokuczała -,- Ja sobie puszczałam piosenkę z ,,Mój brat niedźwiedź" pt. ,,Już nic, już nikt" [miałam akurat passę na piosenki this type, a jak mi się coś zachce, to muszę to mieć ;) ], a mama się doszukiwała różnych ukrytych znaczeń. Najpierw na tekst niedźwiedzia ,,Koda, tak bardzo bym chciał..." stwierdziła: ,,Czego by chciał?[...] Myślisz, że dwa misie nie mogą... chcieć?". A pod koniec stwierdziła, że jest tojak piosenka z oazy. Jej przeróbka: ,,Ty wierzyłeś mi, ja zawiodłem cię i proszę o pokutę" xD Śmiałam się, że bardzo szybko jej myśli trafiły spod domu publicznego do kościoła. xD

Mam do Was prośbę. Pomożecie? (w pracy domowej z polaka)
Ćw
Odszukaj internetowy dziennik (tj. blog w rodzaju pamiętnik- dopisek Sid) znanej osoby, np. aktora, dziennikarza, sportowca, muzyka. Napisz w zeszycie krótki komentarz dot. tego blogu.
Może znacie jakieś takie blogi? Mi nic nie przychodzi do głowy -,-

A na (przedostatni) koniec:
Jak Wam się podoba szablon bloga. Oczywiście dziękuję za niego GoldenlLeaf z szabloniarni malach-tow :)

A na koniec:

Mam Gleadra z ,,Brisingra" :)
I dam jeszcze jakiegoś koniaka...














Jak zwyklę koń o wiele gorszy od smoka, ale tam... ;) To jest skaczący oldenburek. :)

Hej, a pod ostatnią notką pytałam Was jakie tło byłoby najlepsze pod obrazek ,,Karo". Nikt nie odpowiedział ): A więc? ;)

czwartek, 2 maja 2013

Rozdział 33

---2 tygodnie później---

~Wiki~

Krople deszczu bębniły rytmicznie o szkolny parapet. Brzmiały jak setki malutkich koników galopujących po betonie.W takich chwilach jak ta przyjemnie było siedzieć w szkole. Odkąd nie ma stajni nie mogłybyśmy siedzieć z końmi, bo byśmy całkiem przemokły. A w domu? Nie mam tam nic do roboty. Pozostawało mi tylko albo słuchać tego, co gada nasza historyczka, albo pogrążać się w myślach wyglądając przez okno. Wybrałam to drugie. Wtedy poczułam, że Iza pod ławką kopnęła mnie w łydkę. Spojrzałam na nią wilkiem, ale nie trwało to długo, bo zaraz zauważyłam klasę patrzącą w moją stronę, a także stojącą przede mną z założonymi rękami nauczycielkę, która patrzyła na mnie tak, że musiałam spuścić wzrok.
-A więc jak?- nauczycielka wyglądała na mocno zirytowaną.
-A... jakie było pytanie?- spytałam niepewnie.
Po klasie rozniosło się kilka chichotów.
-A co ty robiłaś przez ostatnie dwadzieścia minut?
-Przepraszam, zamyśliłam się.
-Zauważyłam. Pytałam, co było bezpośrednią przyczyną wybuchu pierwszej wojny światowej.
-A bo Hitlerowi coś odbiło i...- próbowałam jakoś z tego wybrnąć, ale huk śmiechów nie pozwolił mi mówić dalej.
Iza z politowaniem pokręciła głową.
-Dobrze...-zaczęła nauczycielka- ale o prawie trzydzieści lat za późno. Słuchaj Maj- (jak ja nienawidzę, kiedy mówią do mnie po nazwisku)- Jeśli przyniesiesz mi na jutro referat o pierwszej, powtarzam PIERWSZEJ wojnie światowej, może puścimy to w niepamięć.
-Ale jutro nie mamy historii. Na szczęście, bo nie zdążę tego napisać do jutra...
-To nic. Znajdziesz mnie na korytarzu. A z pisaniem dasz radę. Chyba, że wolisz dostać pałę z historii na tydzień przed wystawieniem ocen.
Skinęłam głową.
Pewnie, i tak w taką pogodę nie mam nic lepszego do roboty.
gify konie
Złośliwość rzeczy martwych, pomyślałam, gdy po południu, po zmianie przemoczonego ubrania chciałam siąść do lekcji i oślepiło mnie wychodzące zza chmur słońce. Rozłożyłam na łóżku zeszyty segregując je na ,,muszę odrobić" i ,,chowam do szuflady". Zadowolona stwierdziłam, że do napisania mam jedynie durny referat, na który nie zasłużyłam. Niektóre osoby nawijają jak kataryny, a ja przez całą lekcję się słowem nie odezwałam, a i tak mi się oberwało. Wtedy do pokoju wpadła Egri. Z rozpędem wskoczyła na łóżko, zrzucając z niego wszystkie zeszyty.
-Masz rację, piesku- pogłaskałam ją po grzbiecie.- Nauka nie ucieknie.
Pobiegłam do salonu.
-Mamo, zawieziesz mnie na Sudów?
-Pewnie, Wiki- uśmiechnęła się, wstając sprzed telewizora.- A lekcje odrobione?
-Emm... tak.
Zapytałam Izę, czy chce z nami jechać. Dwie minuty później była już pod moim domem. Pewnie zajęłoby jej to krócej, ale musiała spakować sprzęt do jazdy.
Gdy dojechałyśmy, na terenie schroniska nie było nikogo. Psy pozostawały zamknięte w swoim kojcu, a konie na ujeżdżalni. Ogrodzenie schroniska też było zamknięte.
-Chyba nikogo nie ma- zauważyła mama.
-Nie szkodzi- odparłam szybko.- Damy sobie radę. To pa- dałam jej delikatnie do zrozumienia, że może jechać- Przyjedź po nas o szóstej.
-Ok, do zobaczenia, dziewczyny.
Odprowadziłyśmy wzrokiem odjeżdżający samochód.
-Jak zamierzasz się tam dostać? -Spytała Iza.
-Nad ogrodzeniem- puściłam do niej oczko, a ona spojrzała na mnie wzrokiem: ,,chyba zwariowałaś!"- Nie jest aż tak wysoko.
W połowie wysokości ogrodzenia był poziomy pręt, a na samej górze brakowało ostrego zakończenia. Oparłam więc jedną nogę na poziomym pręcie, wybiłam się w górę, drugą nogę postawiłam na samej górze i zręcznie zeskoczyłam na equilandową ziemię. Iza stała tam, gdzie ją zostawiłam.
-Dalej, babciu- zawołałam, starając się ją zdenerwować.- A może wrócić do ciebie i cię podsadzić?
-Hympf- mruknęła i poszła w moje ślady.
Przywitało nas radosne rżenie Dashy. Tak bardzo miałam ochotę sobie pojeździć, ale wejście na posesję to jedno, a zabranie konia to drugie. Nie odważyłabym się tego zrobić bez wiedzy i zgody Roberta. Siadłyśmy na ogrodzeniu ujeżdżalni.
-Jak myślisz, kto to zrobił?- spytała Iza wskazując resztki stajni. Nie odpowiedziałam.- Myślisz, że to Olga?
-Olga? Niee- wymusiłam lekki śmiech.- Może była na nas ciut zła, ale ona jest sympatyczna. Nawet ją lubię.
-Czy my rozmawiamy o tej samej Oldze?- Iza uniosła brew.
-Oj, daj spokój. Nie jest taka zła. Jest leniwa i brak jej naszej pasji, żeby nawet obornik z uśmiechem mogła wywozić, ale nie chciała, by koniom się coś stało.
-Ale przystawiała się do twojego chłopaka.
Z całej siły przyładowałam Izie łokciem w bark. Poleciała na dół, między konie, które rozbiegły się uniemożliwiając jej ,,miękkie lądowanie" na grzbiecie któregoś z nich.
-Jeszcze raz nazwij Bartka moim chłopakiem, a rzucę cię Dashy na pożarcie- wycedziłam przez zęby.
-Powiedziałaś ,,Bartek"-uśmiechnęła się złośliwie, wstając z ziemi.- Mogło być ,,Bartuś", ale też brzmi sympatycznie.
-Milcz- warknęłam.
Nie miałam zamiaru pozwalać, by Izka się ze mną drażniła. Chociaż, mimo naszej przyjaźni, często sobie docinałyśmy w żartach, na punkcie Bartosza byłam szczególnie drażliwa.
Zobaczyłam samochód Roberta podjeżdżający pod bramę, więc zeskoczyłam z ogrodzenia i postanowiłam skończyć temat.
gify konie
Nie mogłam się powstrzymać z tą odpowiedzią Wiki (to na lekcji). ;) Kilka tygodni temu moja koleżanka nieźle się popisała na kartkówce. Aż pani czytała na głos. Pytanie: ,,Kto był przywódcą powstania styczniowego?", odpowiedź: ,,Przywódcą powstania styczniowego był Putin." xD Klasa miała niezłe zbity, a jedna dziewczyna do dziś woła na nią Putin ;) Spoko, zważywszy na to, że ,,przecież Putin żyje" (jak to podsumowała historyczka), a powstanie styczniowe było w XIX w. xD

A rozdział jest dosyć krótki i, użyję tu sławnego w naszym gronie zwrotu, "niczego nie wnosi", ale chciałam już go opublikować ;)

Hmm... Dzisiaj miałam jechać na konie, ale PADAŁO! -,- Miałam jeździć po 2 razy w tygodniu, a zważywszy na to, że już dwie jazdy mi przepadły (jedna dziś, a druga w sobotę bo miałam dni otwarte w liceum), to powinnam jechać dwa tygodnie po 3 razy. Yhm, ciekawe, czy mama by poszła na coś takiego. Finansowo wychodzi na jedno, a  jej też zależy, żebym przed obozem nauczyła się jeździć. Muszę z nią pogadać :D

Ostatnio (w piątek przed egzaminami) nieźle się popisałam na historii. Rysowałam sobie konika na lekcji (na końcu zeszytu), bo mi się nudziło. A siedziałam w pierwszej ławce przy biurku. W pewnej chwili pani spojrzała na mnie i zamknęłam zeszyt, ale za późno. Nie obeszło się bez komentarza: ,,Marika, weź mi tu nie rysuj Kasztanek Józefa Piłsudzkiego, tylko słuchaj." Wszyscy wybuchnęli śmiechem (a koleżanka obok mnie robiła to samo i nic jej pani nie powiedziała -,-). Na szczęście mało komu chciało się siedzieć na ostatniej lekcji w piątek i było tylko 10 osób.

A'propos rysunków, coś Wam obiecywałam. Proszę bardzo. Z pewnych przyczyn (które podam pod bohomazami), niektóre są specjalnie dedykowane. Dziś będą 4 rysunki, w tym 2 z dedykiem. A więc:


,,Firnen" dla Aryi Drottning (już Ty dobrze wiesz, dlaczego ;) ) A, jakbyś pytała, pomalowałam tło na zielono- zamiast smoka- bo przy malowaniu łuski by się rozmazały, a nie mogłam zostawić wszystkiego białego, bo smok się zlewał z tłem :)


,,Knabstrup" dla Koniowatej (w końcu doczekałaś się i możesz zobaczyć... konia bez kolan :-O [ xD ].Jest jedynie łokieć na jednej nodze ;) )


A to (dedyk dla wszystkich) ,,Mustang"- pierwowzór Dashy. Zanim zaczęłam pisać bloga obmyślałam historię, a jej głównym bohaterem (na miejscu Dashy) był ogier pinto o imieniu Mustang. Potem stwierdziłyśmy, że lepsza będzie klacz, więc jest klacz, a chciałyśmy, żeby koń był dobry w skokach, więc dałyśmy hanowerkę :)


,,Karo"  dedykowany wszystkim. :) A o nim to jest dłuższa historia. Ostatnio zaczęłam pisać książkę i, jeśli wytrwam do końca i będzie dość dobra, mooooooooooooooooooże kiedyś ją wydam. Jeśli nie- będziecie mięli kolejnego badziewiastego bloga mojego autorstwa do czytania :P Głównym bohaterem książki będzie ogier fryzyjski Karo. A rysunek ma być okładką książki (na którą dziś sobie kupiłam zeszyt, bo nie chce mi się włączać kompa za każdym razem, jak będę miała ochotę sobie popisać ;) )
PS jakie tło by Wam tu pasowało? Myślałam o jakimś ciemnym, jak np. w ,,Dziedzictwie (które pozowało do pierwszego rysunku):

ale ledwo udało mi się rozróżnić nozdrze, sierść i grzywę. A bardzo jasne mi nie pasuje. A więc co myślicie? Pytam konkretnie o kolor i odcień :)

Następna partia przy następnej notce. Chcecie? Czy lepiej nie zaśmiecać serwera?



1~~~https://encrypted-tbn3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcRxtbTFngzmGY6k4v1M6mhxUD8Nk2agAEvuYsjas6UM3lzecQsLrg~~~

czwartek, 25 kwietnia 2013

Rozdział 32

~Wiki~

Siedziałam na ogrodzeniu lonżownika, gdzie znajdowali się wszyscy nasi kopytni podopieczni. Nogi miałam skierowane do środka ujeżdżalni, oparte na jednym z drągów. Miałam ochotę puścić konie na padok, żeby mogły sobie pobiegać, ale niedługo miał przyjść weterynarz, a nie chciałyśmy potem ich ganiać po wielkiej przestrzeni. Czułam, że ktoś do mnie podszedł od tyłu. Nie musiałam się oglądać, żeby wiedzieć, że to Bartek. Kuba nocował u kolegi (to dlatego nie przyjechał z ojcem i bratem) i jeszcze nawet nie dotarła do niego informacja o pożarze stajni. A Robert z Izą gdzieś wybyli, jedynie zostawiając mnie do doglądania koni. Bartosz zaś szwendał się tu i tam... Wyciągnęłam rękę, by przejechać palcami po grzbiecie przechodzącej obok Dashy. Westchnęłam.
-Co teraz?- spytałam. Miałam nadzieję, że on zrozumie, o co mi chodzi: co z końmi, co ze stajnią, co z nami.
-Nie wiem- szepnął.- Naprawdę nie wiem...- siadł obok mnie.- W najgorszym razie będziemy musieli zrezygnować z prowadzenia schroniska.
Odepchnęłam się od ogrodzenia, lądując pomiędzy Esemesem a Bellem. Przestraszone zwierzęta umknęły w dwóch różnych kierunkach.
-A co z końmi?- spytałam.- Dacie je na targ i te najszczęśliwsze podzielą los Joya sprzed trafienia do schroniska? Nie powiem głośno tego, co stanie się z tymi pechowymi...
-Nie!- Bartek nie zeskoczył z ogrodzenia. Wręcz przeciwnie. Zdenerwowany zacisnął palce na górnej desce.- Nic takiego nie powiedziałem.
-Ach tak? To może mi powiesz, co chcesz z nimi zrobić? Od miesięcy próbujecie znaleźć dla nich dom. Jakim cudem, ja się pytam, chciałbyś oddać W DOBRE RĘCE tak na zawołanie 13 koni?
-Nie chcę... Ale ich dobro jest najważniejsze. W tym schronisku, w którym byłyście szukając informacji o Broszce, mają kilka wolnych boksów. Mogliby wziąć trochę naszych koni. Tych o najmniejszych szansach na znalezienie domu, na przykład Dashę. Ale na razie nie musimy o tym myśleć. Mamy już maj. Teraz będą najcieplejsze miesiące w roku. Konie mogą żyć na pastwisku. Zresztą zimą też by mogły tu być. A ty jak myślisz?- milczałam.- Wiki, powiedz coś!
-Coś- mruknęłam.- Co byś chciał usłyszeć? Jestem totalną idiotką, bo ktoś podpalił stajnię pod moim nosem?!
-Przestań, to nie twoja wina! Mogłyście zginąć razem ze wszystkimi końmi... Ktoś chciał was zabić!
-Nie...!- dostałam nagłego olśnienia.- Właśnie temu komuś chodziło o to, żeby nas tam nie było...
-O czym ty mówisz?
-Z ziemi nie widać stryszku, na którym spałyśmy.
-Ale widać boksy z końmi.
Wspięłam się na grzbiet Dashy. Położyłam się na niej w taki sposób, że policzek przyciskałam do czarnej szyi klaczy. A nogi zwisały mi po jej bokach jak podczas jazdy.
-No właśnie- pobawiłam się uchem Karej. Kątem oka dostrzegłam, że Bartek marszczy brwi.- Komuś oto chodziło. Może nie chciał skrzywdzić nas, ale konie skazał na pewną śmierć.
-Co za człowiek chciałby zabić tyle zwierząt?!- chłopak zeskoczył na ziemię, płosząc Dashę. Oplotłam rękami jej szyję, dzięki czemu udało mi się utrzymać.
Zignorowałam jego pytanie. Zobaczyłam moją przyjaciółkę idącą w naszą stronę.
-Iza- rzuciłam od niechcenia, zwracając na nią uwagę Bartka. Po czym zwróciłam się do dziewczyny:- I jak?
Wzruszyła ramionami. Oczekiwałam odpowiedzi, ale jej nie dostałam.
-Izz?- ponagliłam delikatnie.
-Jeśli to faktycznie było podpalenie- oznajmiła- i czyimś celem była śmierć koni, to będziemy mieć ogromne szczęście, jeśli przeżyją do końca wakacji- zdawało mi się, że w jej oku błysnęła samotna łza, ale zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Widać przyjaciółka maskowała wszelkie uczucia pod maską obojętności, a w rzeczywistości miała ochotę wsiąść na konia i rozpłakać się galopując przed siebie.
Odwróciła się na pięcie i odeszła. Ale po chwili się zatrzymała i odwróciła głowę.
-Wracam do domu- rzuciła przez ramię.- Robert mnie odwiezie. Przyjdź do mnie, jak wrócisz.
Odprowadziłam ją wzrokiem. Nie miałam zamiaru odchodzić, a słowa Izabeli sprawiły jedynie, że miałam ochotę zamieszkać na ujeżdżalni, by po prostu móc ochronić konie.
Minęła zaledwie chwila, gdy przyszedł weterynarz. Następne trzy godziny spędził na badaniu koni. Nie chciałam mu przeszkadzać, więc poszłam do psów. Wcześniej o nich nie myślałam. Dopiero teraz zauważyłam, że są zamknięte w kojcu, chociaż ja puszczałam je wolno. Musiały znać podpalacza i pozwolić mu się zamknąć.
W końcu weterynarz skończył badać konie.
-Czy macie tu jakieś ciężarne konie?- spytał.
-Tak- odparł bez zastanowienia Bartek.
O czym on mówi, zastanawiałam się. W pierwszej chwili nie zorientowałam się, o którego konia mu chodzi.
-Serir- wyjaśnił.
Całkiem o niej zapomniałam.
-Tak?- weterynarz uniósł jedną brew.- Ja widziałem dwie klacze. Serir owszem. Ale jeszcze tą karoszkę-wskazał stojącą w dali Dashę.
Zachłysnęłam się. Nie zapomniałam incydentu z ogierem Amandy, ale miałam nadzieję, że jakoś to się ułoży. Cóż... wychowamy jej źrebaka. O ile do tego czasu jeszcze będziemy MY... Bo nie wiem, czy schronisko długo będzie jeszcze istniało. Potrzebujemy pieniędzy, pomyślałam. Pieniędzy, żeby zbudować stajnię od fundamentów, bo tej starej nie da się już odbudować, pieniędzy, żeby pomagać kolejnym koniom.
gify konie
Często w życiu są chwile, gdy zastanawiamy się, czy przy otaczających nas wydarzeniach nie majstrował ktoś z góry. W tym momencie właśnie przybiegła do mnie Iza wymachując mi przed oczami swoim laptopem (na terenie schroniska było dostępne wi-fi). Skąd ona się tu wzięła?, pomyślałam.
-Nigdy nie uwierzysz!- piszczała radośnie.- Jesteśmy uratowani!
-Izz, spokojnie- powiedziałam.- Zepsujesz go- wskazałam laptopa- a ja i tak nic nie rozumiem.
Położyła sprzęt przede mną, a nim zdążyłam zobaczyć, co mi pokazuje wtrąciła:
-Jedna z nas musi tylko wygrać i milion w kieszeni.
Spojrzałam na ekran z ogłoszeniem o mistrzostwach Polski w skokach konnych i przeczytałam to, co było napisane większymi literami.
Czekamy na najlepszych jeźdźców i konie w kraju. 
Główna nagroda to milion złotych.
Uważnie przyjrzałam się przyjaciółce.
-Ty to się dobrze czujesz?- spytałam.
-Jak najbardziej!
Dotknęłam jej czoła, po czym odskoczyłam, wstrząsając dłonią i udając oparzoną.
-Au, parzy!
-Ha ha ha... haflinger ci zwiewa- zażartowała.- Co w tym pomyśle jest nie tak? No co?
-Hmm...- udawałam, że się zastanawiam. Po czym zaczęłam wyliczać na palcach:- Nie mamy trenera, pieniędzy, konia, predyspozycji, osiągnięć...- właśnie skończyły mi się palce (jednej ręki) i pomysły.
-Takie samouki jak my nie potrzebują trenera. Pieniędzy dużo nie potrzebujemy, a te niezbędne grosze wyżebrzemy od rodziców. Koni mamy aż za dużo, oczywiście weźmiemy Dashę. Jedynie pod koniec jej ciąży i niedługo po narodzinach źrebaka znajdziemy jej zastępstwo, żeby zdobyć odpowiednie osiągnięcia. W międzyczasie zdobędziemy jeszcze ZOJ. Wiiiki, proszę, zgódź się. Zawody są organizowane w marcu. Te przegapiłyśmy, na następne pewnie nie zdążymy wszystkiego załatwić. Ale za dwa lata...
-Widzę, że wszystko już przemyślałaś? Niech będzie. Nie mamy szans, ale zgoda.
Przyjaciółka rzuciła mi się na szyję.
gify konie
Jak tam u Was przed dłuuugim weekendem? Ja jutro nie idę do szkoły. :D Odpoczywam po egzaminach. 3 dni egzaminów kolejno od humana, przez ścisłe, do języka. Teraz już po wszystkim i mam wolne. Chociaż przed każdym z dni egzaminów miałam się relaxować. Mamusia kazała mi włączyć komputer i nie myśleć o egzaminach <3 W weekend mam zamiar zaliczyć 2 jazdy :) A dzisiaj doszły zamówione kilka dni temu czapsy, więc strój do jazdy mam już prawie kompletny. Brakuje mi jeszcze sztybletów.
A teraz odpowiem na komentarze spod poprzedniej notki, ponieważ nie wiem, czy tamtą zakładkę ktoś czyta:
~Arya Drottning
A gdzie jedziesz na obóz? Do Wiączynia Dolnego k. Łodzi :)
Poza tym nie martw się, znam osoby, które pojechały na obóz, a w życiu na koniu nie siedziały.Niby tak, ale wtedy jest bardzo mało jazd (podstawowy jest 1h/dzień, średnia 2h/dzień, a zaawansowany 3h/dzień)
~norka 98
Mam prośbę założyłam niedawno bloga możesz na niego zerknąć. Pewnie :) Blog bardzo fajny, ale uważaj na błędy. ;)
~Flicka 22
Trzymam kciuki, chociaż ja też za kilka dni piszę egzaminy XD Ooo, jakie egzaminy?
Ciekawa jestem co miałaś na myśli, że coś porobisz z Wiki. Nie powiem :-$ Ale nie musi to być coś z Wiką. Ja już mam dokładnie opracowane zakończenie: cele, przyczyny, przebieg, skutki. Ale nie powiem jak zakończę ;P
~Bez Imienna
A ja piszę do was z wanny xd dosłownie... Tym rozdiałem [aaaaa topiew sie!11] mnie nieźle zaskocyłaś. Później coś dopiszę bo trochę się podtapiam,ale to szczegół. Niektórym to dobrze. :P A ja wiercę się na fotelu i tylko dorabiam się odcisków w miejscach, gdzie nie pasują tik-taki xD A utopiłaś się już, czy jeszcze żyjesz? Bo ja tu czekam na to coś, co chciałaś dopisać ;)
~Spirit
Nie wieże, jakim cudem ty masz taki talent do pisania? Ja? Że j..ja?! [zachłystuje się i wybucha śmiechem]. Droga Spirit, przecież ja nie umiem pisać! I cały czas przystaję przy swoim. Każdy z Waszych blogów jest lepszy od mojego.
~Anonimowy
Usunęłaś rozdział 32? Why? Wybacz, ale zapomniałam właśnie tegoż dopisku pod notką. Rozdział był opublikowany tak krótko (nie więcej niż 2 minuty) iż myślałam, że nikt go nie zauważył i bezkarnie będę mogła go poprawić i wstawić jeszcze raz ;)

Uff. To chyba tyle. Jeśli ktoś jeszcze oczekiwał odpowiedzi, to proszę się kłócić w komentarzu pod tą notką. Wszystkie te odpowiedzi będą też dostępne w zakładce (bo nie mam nic lepszego do roboty niż bawienie się blogiem ;) )To publikuję!

PS może wezmę przykład z Koniowatej i zaprezentuję Wam jedno z moich arcydzieł (o głowie jak pół kłody [tego samego konia] i nogach rysowanych jak po linijce bez kolan itp.) Najpierw je stworzę, a potem znajdę aparat ;) Ale nic nie obiecuję ;P

niedziela, 21 kwietnia 2013

Rozdział 31

Hey, Hi, Hello! :D
Ostatnio coś się obijam z tymi notkami. Pisząc ten rozdział nie mam pojęcia, jak wiele miejsca zajmie i czy zakończę w nim ten wątek, ale mam nadzieję, że zostaniecie ze mną nawet jeśli będę się ociągać i rozdrabniać rozdziały. (; To tyle na wstępie. No to do napisania na końcu notki! (:
I moja niespodzianka od strony narratora ;)
gify konie

~Wiki~

Błyskawicznie znalazłyśmy się na dole. Po drodze żadna nie śmiała się odezwać choć słowem. Dobiegłam do boksu Dashy. Zdenerwowana zaczęłam majstrować przy zasuwie od boksu. Zaklęłam głośno gdy ta, jak na złość, zacięła się i nie chciała ustąpić.
-Daj, ja spróbuję- zaproponowała Izabela. Zręcznie przesunęła zasuwkę i drzwi boksu otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
-Dzwoń na straż- poleciłam, sięgając do łba Dashy, żeby złapać za założony jej kantar.- Ja wyprowadzę konie. Ty zadzwoń i dołącz do mnie.
Kara wyszła bez większego problemu. Widziałam strach w jej oczach, to pewnie przez ten ogień, ale całkowicie mi zaufała.
-Dobry konik- szepnęłam jej do ucha.
Puściłam ją wolno. Miałam nadzieję, że lęk przed ogniem nie pozwoli jej się zbliżyć do stajni. A gdybym ją przywiązała do drzewa czy płotu to, w razie komplikacji, nie mogła by uciec. I wróciłam do stajni. Płomienie sięgały już dachu, nasze pięterko, to na którym spałyśmy, już się zawaliło. Iza zadzwoniła po straż pożarną, a my musiałyśmy uratować resztę koni. W stajni było teraz 13 koni (bez oswobodzonej Dashki 12). Miałyśmy pełne ręce roboty, a mogłyśmy też same ucierpieć.
Wyprowadzałyśmy je kolejno. Cieszyłam się, że w stajni nie ma już Furii, a Dasha jest już nieźle ułożona, bo nie mogłybyśmy sobie pozwolić na zmaganie się z wściekłym koniem. Tutaj liczyła się każda sekunda. Musiałybyśmy ją zostawić na pewną śmierć, czego nie wybaczyłybyśmy sobie do końca życia.
Stajnia zaczynała się powoli walić. Deski leciały z dachu. Ostatni raz obejrzałam się za siebie, obrzucając wzrokiem wszystkie boksy. W żadnym z nich nie zauważyłam koni. Zanim wyprowadziłam ostatniego Blacka, Izie udało się zgromadzić wszystkie konie na ujeżdżalni. Znajdowała się ona w takiej odległości od stajni, że nie było najmniejszego prawdopodobieństwa, że miałaby się zająć ogniem, a dzięki temu konie nie rozbiegały się. W końcu mogłyby uciec nawet z terenu stadniny i pobiec do lasu, a my nie miałybyśmy ochoty przeszukiwać całych hektarów lasów.
Puściłam Geldinga do innych koni. Izka spojrzała na nie uważnie.
-Na pewno żaden już nie został?- spytała. Pokręciłam głową.- Czternaście- oznajmiła zaniepokojona.- Jednego brakuje.
-Jak to?- nie wierzyłam.- Dasha, Chantell, Broszka, Nell, Serir, Dirty, Black, Es, Carmen, Kanti, Dracon, Bell,- podliczyłam wszystkie konie.- A gdzie Vancouver?!
-Myślałam, że ty go brałaś...
-Nie! Nie widziałam go od dawna- wstrzymałam powietrze, po czym wypuściłam je głośno.-Musiał zostać w stajni!- pobiegłam w stronę ognia.
Rzuciłam się na pomoc mojemu wałaszemu ulubieńcowi. Iza pobiegła za mną. Jednak ja ją wyprzedziłam. Zdążyłam prześliznąć się pod walącą futryną. Izz krzyknęła, kiedy stos płonących desek spadł jej przed twarzą. A ja po prostu zostałam odcięta od świata. Deski zablokowały to wyjście. Byłam sama w ognistej pułapce. Żyć, nie umierać, pomyślałam. Czułam, jak bije mi serce. Obrzuciłam wzrokiem wszystkie boksy. Nadal nie zauważyłam wystającej z któregokolwiek z nich końskiej głowy. Czyżbym wpakowała się w tarapaty bez powodu? Vancouver miał łagodny charakter, aczkolwiek był typem samotnika. Może od razu uciekł i Izie nie udało się go zauważyć? Co prawda nie przypominam sobie, żebym go wyprowadzała albo widziała wśród innych koni, ale może byłam zbyt przerażona, by zwrócić na to uwagę.
-Vancouver!- zawołałam zrozpaczona, ukrywając usta w dłoniach, gdy napadł mnie atak kaszlu. Usłyszałam wtedy za sobą stłumione rżenie. Odwróciłam się i zobaczyłam... wstającego kasztanka.
-Och, koniku!- krzyknęłam.- Ale ja byłam głupia!
Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby zobaczyć, czy któryś z koni czasem się nie położył.
-Wyjdziemy z tego, Van- szepnęłam, nie bardzo wierząc w swoje słowa. Chyba bardziej siebie próbowałam przekonać, niż wałacha.
Jedno wiedziałam na pewno, nie możemy zostać w tym miejscu. Belki nad głową konia już zajęły się ogniem i zaraz na nas spadną. Zawsze chciałam umrzeć z końmi, pomyślałam, ale w swoich planach nigdy nie uwzględniałam spłonięcia żywcem... Pociągnęłam łagodnie za kantar kasztanka. On jedynie zadarł łeb do góry i niemal stanął dęba.
-Nie!- rzuciłam surowo.- Stój!
Zdjęłam bluzkę. I tak mi było gorąco, a miałam inne plany co do niej. Włożyłam rękawy bluzeczki za paski policzkowe kantara, jej dół za nachrapnik, a górę za nagłówek. W ten sposób zasłoniłam mu całe pole widzenia i nie tak łatwo mógł się oswobodzić. Zszokowany opuścił głowę i postawił szerzej nogi, by lepiej utrzymać równowagę. Pociągnęłam lekko za kantar, a Vancouver postąpił krok w moim kierunku. Choć byłam przerażona wcale niemniej od konia, starałam się cały czas do niego mówić. Miał wiedzieć, że jestem obok i go nie zostawię.
Drzwi wyjściowe ze stajni, jak już wcześniej wspominałam, zostały całkowicie skasowane. Były tak zasypane, że nie miałam szans nimi wyjść. Ale zostały jeszcze drzwi od strony ujeżdżalni. Podeszłam tam i szarpnęłam za klamkę. I nic. Musiały zostać zablokowane od zewnątrz. W dali słyszałam syreny strażackie, ale nie miałam nawet co czekać na pomoc. Odwróciłam Vana tyłem do drzwi i przysunęłam go bardziej do nich.
-Potrzebuję twojej pomocy- powiedziałam.- Kopnij. Wyrzuć nogi za siebie. To proste. Podkute kopyta dadzą radę paru deskom. Tylko to zrób!
On stał niewzruszony. Wypuściłam powietrze przez zęby. Klepnęłam go w zad, pobawiłam się ogonem, przejechałam ręką po udzie. Nawet nie drgnął.
-No dalej!- Zarżał cicho, strzygąc uszami.- Tak chcesz grać? To zaraz zobaczymy- wdrapałam mu się na grzbiet. Musiałam jedynie uważać, by przypadkiem nie przycisnąć łydek do jego boków. Koń nic nie widział, więc po takim poleceniu mógłby nas zanieść prosto w ogień, w którym skąpana była cała druga część stajni. Żałowałam, że nie miałam wodzy. Mogłabym je zaciągnąć mocno uniemożliwiając mu ruch do przodu, a potem pokombinować przy tylnych nogach. Może nie byłoby to dla niego zbyt przyjemne, ale uratowałoby mu życie. I mi też przy okazji- Vancouver! Przyłóż się!- wiedziałam, że moje krzyki nic nie dadzą, ale pozwalały mi się ciut uspokoić.
W końcu udało mi się przyjąć tak niewygodną pozycję, że wałach nie mógł tego znieść. Strzelił baranka, a opadając, wyrzucił tylne nogi za siebie, wybijając deski od 1/3 wysokości drzwi. Gdy był w górze, iskra osiadła na mojej bluzce, która po chwili się zapaliła. Szybko za nią złapałam i wyrzuciłam ją za siebie, nim zdążyła oparzyć konia.
Obróciłam Vancouvera i kłusem najechałam na dziurę w drzwiach. Niestety była za wysoko, by przejść nad nią. Musieliśmy skoczyć. Na szczeście drzwi były na tyle wysokie, że spokojnie nam na to pozwoliły. Odetchnęłam głęboko gdy znalazłam się poza stajnią. Pogładziłam czule szyję kasztana. Chciałam go ocalić, a ostatecznie to on uratował życie mnie.
Właśnie dojeżdżaliśmy na koniec przedsionka zakończonego lonżownikiem, gdy cały dach stajni runął. Zostały tam tylko ,,poobgryzane" cztery ściany palące się jak zapałki. Westchnęłam smutno.

~Iza~

Zatrzymałam się ze ślizgiem, gdy stos desek upadł przede mną, oddzielając mnie od przyjaciółki. Z ust wyrwał mi się cichy krzyk. Przecież ona jest nienormalna!, stwierdziłam ze złością. Zamiast mu pomóc zginie razem z nim. Gdzie ta pomoc jest? Spojrzałam w stronę koni. Wszystkie stały spokojnie. Jedynie Dasha wierzgała i rzucała się po całej ujeżdżalni. Wyglądało to tak, jakby ona jedna zdawała sobie sprawę z tego, co grozi jej pani.

Postanowiłam zadzwonić jeszcze po Roberta. Wolałam go nie niepokoić, ale straży coś się nie śpieszy, a Wika tam zaraz spłonie żywcem.
~Że co?!!!~usłyszałam, gdy opowiedziałam wszystko przez telefon Orlikowi.
-Nie mam czasu tego powtarzać. Jesteś tu potrzebny. Błagam!
~Spokojnie, Izabelo. Już jadę, a ty nie waż się ruszyć z miejsca. Wiktoria da sobie przez chwilę radę, a nie chcę, żebyć się w coś wpakowała.~ rozłączył się.
Pewnie, pomyślałam. Bo ja teraz usiedzę w miejscu. Spacerowałam niespokojnie koło ujeżdżalni, aż wreszcie postanowiłam usiąść. Poszłam z drugiej strony stajni (przed zawalone drzwi), żeby stracić z oczu obie ujeżdżalnie i przestać myśleć o koniach.Trawa w miejscu, gdzie siadałam była zwęglona. Ale znajdowała się w bezpiecznym miejscu, a nie zamierzałam odchodzić jeszcze dalej. Wtedy coś ukłuło mnie w siedzenie. Podniosłam to coś. Kawałek plastiku. Obróciłam go w palcach. Nie wyglądał podejrzanie. Ale pachniał benzyną. Rozejrzałam sie i kilka metrów dalej zobaczyłam odrzuconą zakrętkę. Najpewniej od tego, czego kawałek teraz trzymałam w ręce. A więc to nie był przypadek...
W powietrzu rozległ się dźwięk straży pożarnej. Odetchnęłam. Już prawie, Wiki, pomyślałam. Wytrzymaj jeszcze trochę.
Usłyszałam huk. Brzmiało, jakby ktoś czymś twardym uderzył w drewno. Spojrzałam w stronę stajni. Wciąż stała tam, gdzie powinna, ale jej dach wyglądał jak knot świecy. Mimo czarnej nocy od stajni bił wielki blask. Wtedy powietrze rozdarł jeszcze jeden huk i cały dach się zapadł. Patrzyłam tam przerażona. Po policzkach spłynęły mi łzy. Nigdy bym nie pomyślała, że przyjdzie nam się rozstać tak szybko- mnie i Wice. Będąc w stajni nie mogła tego przeżyć. Ani Vancouver, za którego zginęła.
Strażacy wypadli ze swoich samochodów, zabierając się za gaszenie pożaru. Również Robert podjechał. Chociaż mieszkał niedaleko, teraz wziął samochód. Wybiegł z niego razem z Bartkiem. Obaj zmierzyli wzrokiem pozostałości stajni.
-Czy ona...- spytał Robert, ogarniając wszystko, co się stało.
-Była tam- szepnęłam, nie mogąc dodać nic innego.
Bartek objął mnie ramieniem i też zaczął płakać. Robert poszedł w stronę tego, co kiedyś było stajnią. Chciał ukryć swoje samopoczucie.
Wtedy kątem oka zauważyłam biegnącego do nas koni. Jeden z tamtych się uwolnił, pomyślałam. Nie miało to dla mnie teraz żadnego znaczenia.
-Ktoś umarł?- usłyszałam z boku znajomy głos.
-Tak- wyjąkałam.- Wiki.
-Nie wydaje mi się, żebym nie żyła- usłyszałam z rozbawieniem.
-Wiki, ty żyjesz!- krzyknęłam radośnie. Moja przyjaciółka siedziała teraz na stojącym obok nas Vancouverze
-Przepraszam serdecznie- odparłam sarkastycznie.- Widzę, że wam już się zaczęło się układać- wskazałam przytulających się Izę i Bartka.
-Nie, to nie tak- Izz odepchnęła chłopaka.- A jak to się stało, że przeżyłaś?
Opowiedziałam jej wszystko. Robert stał obok i uważnie słuchał. Gdy skończyłam spytał:
-Jak myślicie, co było przyczyną pożaru?
-Podpalenie- odparłam, wyjmując z kieszeni i kładąc na otwartej dłoni kawałek plastiku i zakrętkę od kanistra z benzyną.
gify konie
Notka miała być już w piątek i była wtedy skończona, ale ehh... nie ma to jak problemy z netem. Komputer nagle przestał widzieć wi-fi i nie mogłam połączyć się z żadną siecią. A prawie już skończyłam notkę. Właśnie zaczęłam narrację Izy (która mimo iż mojego autorstwa, była tą niespodzianką), kiedy to się zepsuło. Więc skończyłam notkę w wordzie, żebym mogła ją opublikować nawet jeśli nie będę miała czasu. Po prostu kopiuj>wklej>opublikuj. Ale wczoraj też mi internet nie działał. A dzisiaj cudownie sam się naprawił. Ot taka złośliwość rzeczy martwych... Dobra, już się wyżaliłam. Więc przechodzę do konkretów.
Notka jest o wiele krótsza niż zamierzałam (a byłaby jeszcze krótsza, gdybym wykorzystała mój pierwszy pomysł i dała tylko narrację Wiki). I jest też mało realna, a ogólnie typowe zdarzenia jak z filmu sensacyjnego, gdzie bohater w ostatniej chwili wybiega z płonącego budynku, po czym ten wybucha. xD Ale nie miałam weny na zakończenie tej części, a nie chcę uśmiercać Wiki... przynajmniej na razie ;) Nie zdradzę, jakie mam co do niej plany dalej, ani tym bardziej jak skończy się ta część opowieści. A koniec jest już niedaleko. Planuję jeszcze zrobić półtora roku czasu opowieści, ale będzie dużo dopisków typu "tydzień później", "miesiąc później" itp. 
Dobra, to ja już kończę, bo zaraz przez przypadek coś sypnę, a zakończenie tego jest ściśle tajne ;) Tzn. tego tomu (części), bo planuję zrobić dwie, z dużym poślizgiem czasowym... Ups [zatyka sobie usta ręką]. To ja naprawdę muszę kończyć. 
Bye. (:
PS życzcie mi szczęścia na tej mini-maturze (tj. egzaminach gimnazjalnych). ;) Jesteście mi to winni, bo zamiast zakuwać wzorów, słówek (angielki), dat to ja pisałam tą notkę, a teraz piszę do niej dopisek (niemal długości notki xD ). Cała ja. Wszystko lepsze od nauki (;
PS2 Zapomniałam o najważniejszym. W sobotę byłam na koniach! Pierwszy raz w tym roku (kalendarzowym). Mój ćwiczebny wygląda jakbym w życiu na koniu nie siedziała, a za niecałe 3 miesiące mam obóz jeździecki, ale trudno się mówi. To nie moja wina, że prawdziwa zima trwająca zawsze maksymalnie miesiąc w tym roku, kiedy akurat uczyłam się jeździć konno, miała ochotę potrwać sobie do początku kwietnia. [To tak a propos złośliwości rzeczy martwych]. :/

piątek, 12 kwietnia 2013

Rozdział 30

~Wiki~

Położyłyśmy się na sianie w naszej ,,kryjówce". Czułam się tak wspaniale! Chociaż... coś nie dawało mi spokoju. Może to ogólne poruszenie wśród koni. Szczególnie Dasha była niespokojna. Chciałyśmy nie spać całą noc, ale miałyśmy baaardzo ciężki dzień, a jutrzejszy wcale lżej się nie zapowiadał, więc nie mogłyśmy sobie pozwolić na odrzucenie odpoczynku. A Kara strasznie rżała i spacerowała po boksie.
-Och!- westchnęła Iza, łapiąc słomę w dłonie i przykładając sobie do uszu.
-Zobaczę, co u niej- zaoferowałam i zeszłam.
Wyszłam przed stajnię, żeby się rozejrzeć. Na zewnątrz było jeszcze jasno, ale  z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej. Robert dopiero co wyszedł ze schroniska do domu. Psy pozostawały zamknięte w swoich kojcach, zastanawiałam się, czy je wypuścić i zrobiłam to. Lepsza taka ochrona niż żadna. Psiaki z jazgotem mnie obskoczyły. Upewniłam się, że mają jedzenie i wodę (konie już były nakarmione) po czym wróciłam do stajni, zobaczyć co z Dashą. Klacz na mój widok automatycznie się uspokoiła.
-Co jest, koniku?- spytałam, głaszcząc czarny jak noc pysk.- Śpij, Da, to może jutro pojedziemy na przejażdżkę. Co ty na to?
Klacz cofnęła się o krok i zarzuciła głową.
-Chcesz miętówkę?- spytałam, podając Dashy cukierek. Wzięła go ode mnie, ale nie wyglądała na pocieszoną.- Dobranoc , skarbie- powiedziałam i wspięłam się do Izy.
Dasha już później była spokojna. My zaś po chwili już spałyśmy. A Iza nawet spała już kiedy do niej dołączyłam.
gify konie
Obudziło mnie przeraźliwe rżenie. Brzmiało tak, jakby do stajni wpadła nagle sfora wilków i zaczęła konie obdzierać ze skóry.
Otworzyłam oczy poczułam się jak we śnie. Zamiast ujrzeć drewniany dach stajni zobaczyłam tumany dymu. Co tu robią chmury?, zastanawiałam się. Mój mózg musiał być dość długo niedotleniony, bo nie pracował tak jak powinien. Zakasłałam raz, bo coś zapiekło mnie w gardle, a tym kaszlnięciem wzbudziłam mocny atak kaszlu. Wszystko, co działo się dookoła dopiero teraz zaczęło na mnie oddziaływać. Z piekących oczu płynęły łzy, podrażnione gardło usilnie broniło się kaszlem.
Z całej siły przycisnęłam rękę z bluzką do ust, filtrując powietrze.
-Iz!- krzyknęłam, nie odrywając ręki, tarmosząc koleżankę.- Iiiiiza!
Koleżanka otworzyła oczy i zareagowała tak gwałtownie jak ja. Odetchnęłam na ten widok. Bałam się, że moja przyjaciółka zaczadziła się na dobre i już się nie obudzi. Ale skąd wziął się ten dym, który omal nas nie zabił (miałam pełną świadomość, że to ich rżenie, szczególnie najgłośniejsze Dashy, obudziło mnie na czas). Spojrzałam w dół bojąc się tego, co tam zastanę.
-Izz- wysapałam przerażona.- Musimy wyprowadzić konie- nie widziałam swojej twarzy, ale musiała się zrobić śmiertelnie blada. Izka patrzyła na mnie oczekująco. Ja siedziałam z brzegu, więc ona nie zobaczyła tego, co ja.- Stajnia płonie...

C.D.N. ...
gify konie
Miał to być jeden długi rozdział, ale ponieważ dość długo mnie nie było (zdaję sobie z tego sprawę), a moje notki ostatnio były baaardzo długie, to tutaj daję wstęp do tego, co będzie się działo dalej :D
+ nowa aktualność (:

wtorek, 2 kwietnia 2013

Rozdział 29

---Wiki---
Słysząc to aż się zachłysnęłam.
-Do mnie?- spytałam,  gdy udało mi się uspokoić.
Nie przypominam sobie, żebym wywieszała ogłoszenia o organizacji sabatu czarownic, pomyślałam. Na pewno ktoś mnie wrabia. Ta myśl od razu poprawiła mi humor. Nawet się uśmiechnęłam. Ale i tak Olga jest niczym w porównaniu z Amandą.
-Tak, do ciebie.
-A więc słucham.
-Więc widzisz... Trafiłam ostatnio na wspaniałego konia, którego wysłali do rzeźni. Żal mi konika, ma dopiero 3 lata i wątpię, żeby kiedykolwiek był ujeżdżony. Wykupiłam go z rzeźni. Pieniądze nie grały roli. Ale chcę wiedzieć, czy jeśli przywiozę go do was, pomożecie mi go ujeździć. Bo tata chciał mi kupić konia, ale nie dałby mi takiego dzikusa, to jest diabelski koń i muszę go oswoić, jeśli chcę go zatrzymać- wszystko to powiedziała niemal na jednym oddechu jak dziecko, które właśnie zobaczyło w sklepie nową zabawkę i z całej siły próbuje przekonać rodziców do jej kupna.
-Czekaj... Czy ja dobrze zrozumiałam? Zamiast kupić sobie drogiego araba ty wolisz konia, którego najpierw trzeba wykupić z rzeźni, a potem oswoić?
-Czy to źle?
-Nie. Nie wiem... Przyprowadź konika, a zobaczymy, co da się zrobić.
-To ja zaraz wracam- Olga wsiadła do swojego samochodu i odjechała z piskiem opon.
Zakasłałam, gdy opony uniosły w górę tumany kurzu.
-Co ona tu robiła?- Bartek wyszedł ze stajni i domyśliłam się, że specjalnie wcześniej się nie pokazywał, bo zobaczył Olgę, ale musiał nie słyszeć naszej rozmowy. Więc powiedziałam mu wszystko.- Chyba nie zamierzasz się zgodzić?
-Tak się składa, że zamierzam.
-Wiki, nie możesz jej ufać. Nie węszysz tu jakiegoś podstępu?
-Skąd?! Jestem bardziej ufna od ciebie.
-Chyba raczej naiwna.
Puściłam ten komentarz mimo uszu.
-A tak w ogóle to czemu z nią zerwałeś?- zadałam pytanie, które męczyło mnie już od dawna.
Bartek obrócił głowę wpatrując się w galopującego pod Jakubem Vancouvera. Przez chwilę też na nich patrzyłam, ale odpowiedź nie nadeszła, więc w końcu spuściłam głowę.
-Spoko- powiedziałam łagodnie.- Powiesz jak będziesz miał ochotę.
Chociaż Bartek wciąż patrzył na angloaraba, zauważyłam, że uśmiechnął się z wdzięcznością.
Nie chciał o tym mówić i rozumiałam. Chociaż wciąż, a nawet ze zdwojoną siłą, nurtowało mnie, dlaczego ze sobą zerwali. Spróbowałam połączyć to z brakiem zaufania Bartka do Olgi. Może ona go w czymś oszukała?, pomyślałam. A może chodziło o konia? Chociaż to drugie dość szybko wykluczyłam. Bartosz kocha konie, ale wątpię, by zerwał z nią z ich powodu. W końcu pozwolił jej wsiadać na konia w szpilkach, a to jest niebezpieczne również dla zwierzęcia. Czy ja się kiedyś tego dowiem? Czas pokaże...
Na parking wjechała elegancka przyczepa do przewozu jednego konia. Bartek szybko zniknął w stajni. Z szoferki wysiadła Olga. Była sama. W żadnym razie nie wydawało mi się dziwne, że wróciła tak szybko. Stwierdziłam, że może podczas rozmowy z Bartkiem czas szybko mi zleciał. Obrzuciła mnie figlarnym spojrzeniem i radośnie otworzyła przyczepę.
-Chodź, Es- łagodnie wyprowadziła konia z przyczepy.- Dalej, malutki.
,,Zaparkowała" przede mną ślicznego ogierka.
-Wiki- powiedziała z dumą w głosie.- To jest Esemes.
Konik był śliczny. Miał niewiele ponad 155 cm. Jego sierść była siwa, miał też mączne chrapki. Ze swą wygiętą szyją i delikatnie wklęsłym profilem ciut upodabniał się do araba, ale nie mogłam sobie przypomnieć jaka to rasa.
-Śliczny- powiedziałam, wyciągając do niego rękę. Zapomniałam, że konik przecież miał być ,,humorzasty". Ale nic mi nie zrobił. Dał się nawet pogłaskać po pysku.- Jaka to rasa?
-Emm... To był ten... chyba alter real.
-Ach, no tak. Alter. Jest bardzo spokojny, w przeciwieństwie do tego, co mówiłaś.
-Na ziemi tak. Jest przyjazny i chciałby, żeby tylko go głaskać. Ale nie idzie się go dosiąść. Jak myślisz, czemu trafił na rzeź? Jego właściciele nie potrafili nawet go zajeździć.
-Zobaczę, co da się zrobić. Możesz go u nas zostawić. Wróć za kilka dni- odwróciłam się, żeby odprowadzić konia do stajni, ale Olga zastąpiła mi drogę.
-Kilka?- spytała.- Ale kiedy ja mam czas do jutra!- przycisnęła rękę do ust jakby nie chciała, bym o tym usłyszała, ale było już za późno.
-Co masz na myśli?- ktoś ubiegł moje pytanie. Odwróciłam się i zobaczyłam Izę.
No tak... Izz już od dłuższego czasu ciężko harowała w stajni, podczas gdy ja się leniłam i sobie urządzałam pogawędki najpierw z Olgą, [wcześniej jeszcze prowadziłam lekcję Kaśki (chociaż to nie było takim obijaniem się, ale różnie można by to odebrać, tym bardziej, że nie żądałam zapłaty od dziewczynki)] potem z Bartkiem, a teraz znów z Olgą. Ciekawe czy to czysty przypadek, że do nas przyszła (może po prostu usłyszała głos Olgi), czy może wreszcie chciała mi nawtykać jak to się obijam. I miałaby rację...
-Ekhm...- przez chwilę się zawahała, po czym wyrecytowała sztucznie- mój tata powiedział, że mam mieć konia do jutra. Poprosiłam go o Esemesa, ale wiedział, jaki charakter ma ten koń i stwierdził, że jeśli do jutra nie zostanie oswojony, sprzeda go z powrotem na rzeź i tyle. A mi naprawdę na nim zależy- uśmiechnęła się, pokazując przy tym zęby.
-Niech będzie- odpowiedziałam.- To wróć jutro- zobaczyłam, że Olga chce zaprzeczyć, więc ją ubiegłam:- To może długo potrwać, a nie lubimy pracować z końmi, szczególnie takimi dzikimi jak mówisz o Esie, gdy ktoś patrzy się nam na ręce. Więc żegnam.
Chyba stwierdziła, że to dobre wyjście, bo pożegnała się i odjechała.
-Powiedz to- powiedziałam do Izy jednocześnie głaszcząc Esa i sprawdzając, czy nie ma on na ciele jakichś ran.
-Co?- Izz też pogłaskała siwka.
-Wydrzyj się na mnie, poubliżaj mi. Powiedz, że jestem świnią, bo zmusiłam cię do ciężkiej pracy, a sama nic nie robiłam.
Moja przyjaciółka się roześmiała.
-Po pierwsze do niczego mnie nie zmuszałaś. Robiłam to, co sama chciałam. A po drugie... myślałaś, że przyszłam się na ciebie wydrzeć? O nie. Z drugiej strony stajni, tam gdzie jest więcej miejsca (i tak wielka przyczepa ledwie się zmieściła), przyjechali goście. Pamiętasz tych, którzy wzięli La Mange i Sprite'a?
-Pewnie. To oni przyjechali.
-Taak!- jej twarz rozjaśnił wielki uśmiech.- Zgadnij co.
-Biorą Disney'a i Wesuvia?- pamiętałam jak obiecali, że to zrobią.
-A także Lemo, Cinkę i Nell.
-Nie!- nie wierzyłam własnym uszom.
-Tak!- krzyknęła podskakując do góry z podniecenia.
Lemo i Cinka byli dwoma kucami connemara w średnim wieku. On siwy jabłkowity, ona bułana. Trafiły do stadniny jeszcze przed naszym przyjściem, były nawet jednymi z pierwszych Equilandowych podopiecznych, ale trochę się o nich dowiedziałam. Podobno te kuce- oboje od tej samej matki- kiedyś chodziły razem w dorożce. Tak przepracowały niemal 10 lat, ale praca była bardzo ciężka. Czasem kucyki zmuszano do całodniowej forsownej pracy, podczas której musiały przebiec kilkadziesiąt kilometrów. Po całej dekadzie zaczynały mieć problemy zdrowotne i nie mogły już pracować. Właściciel postanowił ich sprzedać, ale stwierdził, że za kruche kucyki nie dostanie zbyt dużo pieniędzy, więc wpadł na świetny (jego zdaniem) pomysł, by utuczyć kucyki. Przez pół roku obficie ich karmił, czasem nawet, gdy nie chciały jeść, wpychał (dosłownie) w nich jedzenie  jak w gęsi na pieczeń. Po tym wszystkim kucyki zwiększyły swą wagę o niemal 100 kilo, więc właściciel mógł za niezłą kasę sprzedać ich na mięso. Gdy tu trafiły ledwo mogły chodzić. Robert wróżył im małe szanse na przeżycie z takim otłuszczonym sercem i innymi narządami, ale nie mógł przejść koło nich obojętnie.W końcu nie były zbyt stare, miały wtedy 15 i 16 lat, a była w nich wielka wola życia. Teraz już ważyły tyle ile powinny, były w pełni zdrowe i cieszyłam się, że komuś się spodobały.
-To wspaniała wiadomość!- zawołałam.
-Wiem- dlatego do ciebie przyszłam.- Ja już się pożegnałam z końmi, teraz twoja kolej. Może zróbmy tak- ja zajmę się treningiem Esemesa, chociaż potrzeba cudu, by w jeden dzień zajeździć konia, który nigdy wcześniej nie miał na sobie siodła, a ty pożegnaj się z końmi i pomóż naszym gościom ,,załadować" je do przyczepy.
Zgodziłam się z tym i od razu poszłam do stajni.
-Miło państwa znowu widzieć- powitałam ich.- Jakie konie państwo biorą?
-Właśnie się zastanawiamy- odparła dziewczyna, która przyjechała do nas i tamtym razem- czy lepszy będzie Lemo, czy Cinka. On ma lepszą budowę, a ona ładniejszą maść.
Zacisnęłam zęby, starając się nie odpowiedzieć jakoś nieuprzejmie. Co za... człowiek ocenia konie po maści. Szczególnie tak wspaniałe i potrzebujące domu jak te kucyki.
-Mogą państwo wziąć ich obydwoje. To rodzeństwo, jest między nimi tylko rok różnicy, a są ze sobą bardzo związani.
-No tak, bierzemy oba- powiedział mężczyzna, a zwracając się do córki dodał:- Przecież ci mówiłem, że potrzebujemy dwóch kucyków.
-A Disney?
-To nie kucyk, to szetland. Nam przydadzą się konie do nauki jazdy, Disney będzie jedynie dla małych dzieci.
-Bierzemy- odpowiedziała na moje pytanie matka dziewczyny- Wesuvia, Disney'a, Nell, Cinkę i Lemona.
-Już się robi- patrząc w stronę siodlarni zawołałam- Chłopcy, może byście pomogli?!
-Wybacz, Wiki- powiedział Jakub, wyglądając z siodlarni, ale nie mamy czasu. Iza niech ci pomoże- i znów zniknął mi z oczu.
Westchnęłam. No dobrze. Dam sobie radę. Chociaż z prawą ręką w gipsie nie będzie zbyt łatwo. Każdego z koni pojedynczo wyprowadzałam z boksu i wprowadzałam do przyczepy, gdzie zabezpieczałam go przed drogą: zakładałam derkę, owijki na nogi i przywiązywałam za uwiąz. Podczas prowadzenia każdego z koni trzymałam w prawej dłoni palcat (palce były w pełni sprawne i nie były w gipsie). Nie zamierzałam go używać, ale przydawał się, gdy któryś z koni odmawiał wejścia do przyczepy (oczywiście nie biłam go wtedy, jedynie lekko sobie pomagałam). Po godzinie wszystkie konie znalazły się bezpiecznie w przyczepie. Nowi właściciele Nelki i innych koni zapłacili nam za nie kilkanaście tysięcy. Co prawda Robert (który też był zbyt zajęty by mi pomóc, jak wszyscy, którzy nie mają czasu gdy trzeba odwalić czarną robotę) wyjaśnił im, że adopcja koni nie jest odpłatna, ale oni po prostu chcieli nas wspomóc finansowo. Zapłacili więc Robertowi i odjechali. Wtedy zobaczyłam, że Iza, bez żadnych sztucznych pomocy, galopuje na tym ,,diabelskim koniu". Co prawda ogierek nie był doskonałym wierzchowcem, ale gdyby pochodził trochę pod siodłem na pewno nauczyłby się tego i owego.
Podeszłam do ogrodzenia ujeżdżalni. W ręku wciąż miałam palcat. Iza mnie zauważyła i poprowadziła konika w moją stronę.
Chciała coś powiedzieć, pewnie skomentować słowa Olgi o nieokiełznanej bestii, kiedy nagle Esemes wbił kopyta w ziemię, zatrzymując się z galopu. Iza ledwo się utrzymała w siodle po tak niespodziewanym zatrzymaniu. Potem jeden baranek, drugi... dziewczyna z całej siły przytrzymała się siodła.
-Izz!- zawołałam wystraszona, kładąc obie ręce (nawet tą złamaną) na szczycie ogrodzenia, a był to gest, na który Esowi zupełnie odbiło. Przez chwilę myślałam, że widzę przed sobą mustanga a nie alter reala.
-Rzuć to do jasnej... ekh, ekh...!!!- krzyknęła, odchrząkując na koniec i tłumiąc to, co miała ochotę wykrzyczeć.
Zmrużyłam brwi patrząc w dłonie. Palcat! No tak. Rzuciłam bacik w głęboką trawę, a gdy tylko zniknął z pola widzenia konia, ten przeszedł do stępa i spokojnie poszedł na przód, czekając na polecenia od swojej amazonki. Ona zatrzymała go obok mnie.
-Dziękuję ci, Wikuś...- mruknęła sarkastycznie.- ... że mnie nie zabiłaś.
-Wybacz- uśmiechnęłam się przepraszająco, głaszcząc ogiera po szyi.- Nieokiełznany, niezajeżdżony, ,,diabelski koń"- podsumowałam.- Palanci. Czy komuś nie przyszło do głowy ćwiczyć z nim bez bata?
-Widać nie. A ja mam duże wątpliwości, czy Es nadaje się dla Olgi. Musimy, dla jej własnego bezpieczeństwa, uprzedzić ją zachowaniu konia przy bacie.
-Jedno mnie zastanawia... Skąd wiedziałaś, że on tak reaguje właśnie na mój palcat?
Iza się zaśmiała.
-To że nie biję koni nie znaczy, że czasem nie jeżdżę z palcatem, szczególnie na trudnych koniach. Zorientowanie się dlaczego on tak szaleje nawet kiedy stoję na ziemi, choć wcześniej był grzeczny, zajęło mi więcej czasu, niż sama jazda. Ale teraz jest gotowy pójść do nowego domu. To co, dzwonimy po Olgę?
-Jasne.
gify konie
Iza znów poszła pracować w stajni, poza tym musiała pomóc Robertowi przygotować Furię do podróży. Udało się ją już wcześniej wysterylizować, a Rob miał całe wolne popołudnie, więc postanowił nas wziąć i odwieść ją do rezerwatu. Zaś ja czekałam na Olgę z Esem u boku. Przy okazji rozsiodłałam go, a na głowę założyłam kantar, którego nie zapięłam zbyt mocno.
Olga do nas przyjechała dość szybko. Niestety ku naszemu niezadowoleniu była razem z Amandą i Dagmarą (o, tej drugiej nie widziałam już od dawna).
-To wy się znacie?- spytałam, szukając w głowie legend albo bajek o 3 czarownicach. Żadnej sobie nie przypominałam.
-Poznałyśmy się kilka dni temu, a teraz przyjechałyśmy razem po mojego konia.
-To  znaczy, że Esemes będzie zakwaterowany u ciebie?- spytałam z rezerwą w głosie.
-Nie, źle mnie zrozumiałaś...
-Zamknij się- mruknęła Olga.
Widząc jej reakcję postanowiłam jednak usłyszeć, co Leszczyńska ma do powiedzenia.
-Nie, niech mówi.
-Jak to?- Amanda uniosła brew.- Ona o niczym ci nie powiedziała? Esemes nie jest biednym, rzeźnym konikiem, a alter realem z krwi i kości. Kilka dni temu wykupiłam go z portugalskiej stadniny. Próbowałam go dosiąść, ale był nieugięty. W ogóle nie wiem jak tam to robili. Znaczy w tej stadninie. Prezentowali mi go pod siodłem. Pewnie go czymś naszprycowali. 
-Nie przyszło ci do głowy, że koń może bać się bata?
-Tam używali bata.
Świetnie, pomyślałam wiedząc, jak u Amandy traktuje się konie jeszcze przed jazdą. Nieźle go załatwili.
Cofnęłam się i wpadłam na Bartka. Stał ze skrzyżowanymi na piersi rękami i z grobową miną wpatrywał się w Amandę. Początkowo chciałam zapytać, czy długo tu stoi, ale zmieniłam zdanie.
-Do czego zmierzasz?- spytałam w końcu.
-To bydle kosztowało mnie grubą kasę i nie zamierzałam się go pozbywać. Wtedy trafiła się Raczyńska w tym swoim drogim autku. Ja kupiłam sobie lepsze i postanowiłam porozmawiać z nową koleżanką. Postawiłam sprawę jasno: jeśli okiełzna tego konia w ciągu doby (nie obchodziło mnie w jaki sposób to zrobi ani czy ktoś jej pomoże) otrzyma mój samochód, jeśli nie- da mi swój. A teraz ona ma dwa samochody, a ja drogiego konia. Albo wiesz co, Olguś- zwróciła się do koleżanki- możesz go sobie wziąć. To tak w ramach tego, że udało ci się tak umiejętnie okłamać nasze bohaterki- uśmiechnęła się, po czym poklepała ogiera na pożegnanie i spytała:- A gdzież to jest Swift? To wy sobie tu rozmawiajcie, a ja idę sobie z nią pogadać.
Patrzyłam na Olgę wzrokiem typu ,,zaraz cię uduszę". Jak mogła tak nas okłamać?! Nie odmówiłybyśmy jej... tak myślę... nawet, gdyby powiedziała, że to jest koń Amandy i poprosiła nas, byśmy z nim popracowały, bo ona sobie z nim nie radzi. To był wstrętny zakład, o którym nic nie wiedziałyśmy.
-Wybacz, że ci nie powiedziałam- Olga złapała Esa za kantar.- Po prostu tak jakoś wyszło. To my już pójdziemy.
-Nigdzie nie pójdziecie- Bartek jednym ruchem ściągnął ogierowi z głowy kantar.
-Bartuś- dziewczyna zamrugała zalotnie.- Czyżbyś chciał mnie zatrzymać przy sobie dłużej? Jestem wolna i możemy do siebie wrócić.
-Mówiłaś, że masz chłopaka- wtrąciłam.
-Tak? A, tego. Już z nim zerwałam- widziałam, że kłamie.
-Wybacz, ale ja już mam dziewczynę- oznajmił Bartek.
-Masz?- spytałyśmy obie w tej samej chwili.
Wtedy Bartek objął mnie w talii i pocałował. Próbowałam się wyrwać, ale gdy to nie podziałało w końcu kopnęłam go w łydkę, co sprawiło, że ustąpił. Co on wyprawia?! Nie mogłam zaprzeczyć, że mi się podobało, ale ja przecież nic do niego nie czuję. Lubię go, nawet bardzo, ale tylko jako przyjaciela. A poza tym nie mogłam pozbyć się wrażenia, że on czuje to samo, a zrobił to tylko dlatego, żeby Oldze szczena opadła.
Raczyńska, nie dając nic po sobie poznać, złapała Esemesa za grzywę i szarpnęła mocno, aż ogier wierzgnął.
-Biorę mojego konia, a wy sobie tu flirtujcie na osobności.
-Nie- odparł spokojnie.- Mam prawo go skonfiskować, zresztą zaraz się zapytamy, czyj będzie koń. Tato!
Robert pomógł negocjować z Olgą. Ze stajni właśnie wyszła Amanda i razem z Olgą poszły (pieszo!) w stronę Green Trees. Postanowiłam iść do stajni i pogadać z Izą o Amandzie.
-Czego ona od ciebie chciała?- spytałam.
-Pytała, kiedy wracamy do domu- odparła, czesząc grzywę Dashy.
-Co powiedziałaś?
-Prawdę. Że teraz będziemy jechać z Robertem i Furią do RPN, zostają tylko chłopcy,  a po powrocie od razu idziemy do domu.
Zdziwiło mnie po co była potrzebna jej ta wiedza, ale nic nie powiedziałam.
Wyszłam przed stajnię, chcąc zobaczyć, jak wygląda sytuacja z Olgą.
-Żebyście tego nie żałowali- odgrażała się dziewczyna.- Mój tatuś może puścić was z torbami. To informacja dla tych, którzy myślą, że to Amanda ma wpływowych rodziców.
-Słuchaj, Olgo- powiedział Robert spokojnie- może przyślij tu rodziców i z nimi sobie pogadam.
Amanda wsiadła do trailera, którym wcześniej przyjechała, trzasnęła drzwiami od niego i odjechała.
Martwiłam się słowami Olgi, ale cieszyło mnie, że Esemes nie trafi w jej ręce. 10 minut później byliśmy już w drodze do rezerwatu.
---2 godziny później---
Otworzyłam trap przyczepy i delikatnie sprowadziłam po nim Furię. Klacz nie miała już na sobie kantara ani niczego innego, więc od razu mogłam ją puścić. Skoczyła przed siebie i galopem, czasem strzelając baranka, pomknęła w las. Cieszyłam się, że taki był jej koniec, że jednak przeżyła, że mogłyśmy patrzeć na jej radość...
gify konie
Oglądałyśmy zachód słońca. Słońce kładące się nad lasem wyglądało przepięknie.
-Ale jestem zmęczona po tym dniu- oznajmiłam.- Co ty na to, żeby tu przenocować?
-Tu to znaczy gdzie?-spytała Izz
-Tu- wskazałam ręką dookoła.- W schronisku, w stajni.
-Czy chcę? Oczywiście! Tylko zapytam rodziców- wyjęła z kieszeni komórkę, wykręcając numer.
-Może napisz esemesa- zażartowałam.
-O nie. Żebyś wiedziała, że Esemesa mam już na dziś dość.
Rodzice nas obu zgodzili się na przenocowanie w stajni. Jedynie nasze mamy uparły się, żeby przywieźć nam szczoteczki do zębów (w stajni była niewielka łazienka: sedes, prysznic i umywalka) i koce. Musiałyśmy się zgodzić, ale uwielbiałyśmy spać wśród koni. Weszłyśmy na niewielkie pięterko w rogu przy suficie, na które wchodziło się po drabinie (uwaga! drabina to nie schody xD ). Kiedyś miało być do składowania słomy, ale wraz ze zwiększającą się ilością koni w stajni słoma przestała się mieścić. Obecnie było tam tylko kilka beli, a ja lubiłam tamto miejsce, bo mogłyśmy zmieścić się tam we dwie, mieć oko na wszystkie konie (bezpośrednio pod nami nie było żadnych boksów) i nikt z dołu nie mógł nas zauważyć. To była taka nasza mała kryjówka.
Cały wieczór śmiałyśmy się i rozmawiałyśmy, po prostu cieszyła nas wizja spędzenia nocy w ukochanym przez nas miejscu. Gdybyśmy tylko wtedy wiedziały, że to będzie dla nas najdłuższa noc w życiu...
gify konie
Ale się rozpisałam. Normalnie materiał na 3 rozdziały ;) Ale teraz staram się wracać do wydarzeń z przeszłości m.in. odwiedzenie Joya, przyjazd tamtych ludzi po kolejne konie, wypuszczenie Furii... Tu wykorzystałam dwa wcześniejsze wątki. I tak mi się dobrze pisało, że wyszedł taki ,,rozdzialik". (:
W następnym rozdziale będzie się działo (: Niestety nie wiem, kiedy on powstanie, bo muszę go dobrze przemyśleć, a za 3 tygodnie mamy egzaminy gimnazjalne (23, 24, 25 kwietnia) i muszę się przygotować. :/
Zauważyliście, że pojawiła się nowa zakładka: ,,Odpowiedzi na komentarze"? Zauważyłam, że na blogu jest dość dużo moich komentarzy. Więc aby je ograniczyć, postanowiłam odpowiadać na wymagające odpowiedzi komentarze, właśnie w tej zakładce. Będzie to miało proste działanie. Piszę nr rozdziału, a pod nim autora komentarza, pogrubieniem przytaczam komentarz (lub fragment na który odpowiadam, bo nie ma sensu przepisywać kilku zdaniowego komcia, żeby odpowiedzieć jednym słowem), a pod nim moją odpowiedź. (:
PS na górze nie chciały mi się już pokazywać wszystkie strony, więc z paska górnego przeniosłam je na linki boczne (: