Kare Serce Konia

Kare Serce Konia

wtorek, 24 marca 2015

Rozdział 77 [PROLOG]

~Wiki~

    Siedziałam po turecku na podłodze z zeszytem od matematyki, usilnie próbując obliczyć deltę z prostej funkcji kwadratowej. Coś, co przerabialiśmy od ponad roku teraz sprawiało mi nie lada problemy. W końcu zaczęłam skubać kartkę rysikiem od długopisu. Nawet nie zauważyłam, kiedy wyłonił się spod niego koński łeb. Zamazałam rysunek, chcąc uniknąć wrednych komentarzy ze strony nauczycielki. Jednak teraz to wyglądało jeszcze gorzej. Nie przypominało ani konia, ani skreślonego rysunku, lecz brudną plamę. Wywróciłam oczami korektorując dzieło.
Jak ja mam zdać maturę, pomyślałam zirytowana, kiedy nie mogę się na niczym skupić? Wtedy nowa myśl niespodziewanie mnie nawiedziła: Nie zdam. Po wypadku opuściłam dużo lekcji, większości zaległości nie nadrobiłam do dziś, a odkąd Dasha zdziczała praktycznie w ogóle przestałam się uczyć. NIE ZDAM. A skoro nie zdam, to po co się uczyć...? Będę na to miała cały kolejny rok.
Zamknęłam zeszyt, a oczy mi się zaświeciły kombinatorsko. Może więc odłożyć te głupoty i zrobić coś szalonego?
Uśmiechnęłam się pod nosem.

~Iza~

Siedziałam na łóżku uparcie wykonując zadania z fizyki z bryły sztywnej. Wszystko mi wychodziło idealnie i po każdym kolejnym zadaniu mruczałam z zadowolenia. Nawet nie zwracałam uwagi na to, że cały czas muszę podglądać wzory z zeszytu. Zrobiłam już z milion zadań - przynajmniej tak mi się wydawało - kiedy zadzwonił mój telefon. Odebrałam szybko, szczęśliwa że mogę się oderwać od nauki.
~ Siemka ~ usłyszałam w telefonie głos Bartka. ~ Tata prosił, żeby ci przekazać, czy nie mogłabyś wpaść do stajni.
- Nie da rady - westchnęłam.
~ A to czemu?
- Bo ciągle nie mogę zapamiętać jaki jest wzór na moment bezwładności w ruchu obrotowym pręta obracającego się wokół swojego środka.
~ Ee... Co?
Zaśmiałam się do słuchawki. Świetnie zdawałam sobie sprawę z tego, że Bartosz chodził do klasy biologiczno-chemicznej - fizyki na oczy nie widział od pierwszej klasy liceum. Dlatego czasem z Wiką lubiłyśmy się z nim drażnić i rzucać teksty, których nie rozumiał. A potem się wspólnie z tego śmialiśmy. Teraz towarzystwo nam się posypało, a i życie było trudniejsze niż ten rok temu...
- To jest mat-fiz, tego nie ogarniesz - zaśmiałam się i bardziej poważnie dodałam: -To znaczy, że nie dam rady. Może jutro.
~ Jutro ojca może nie być przez prawie cały dzień. Ma parę spraw do załatwienia. Jadę z nim. Ale jeśli uda ci się wpaść, to dobrze. Zajęłabyś się końmi.
Zaaprobowałam ten pomysł krótkim mruknięciem i w słuchawce zapadła niezręczna cisza. Oglądałam swoje paznokcie - długie, błyszczące, idealnie spiłowane, pomalowane malachitowym lakierem pękającym nałożonym na cytrynowy zwykły lakier i wzmocnione bezbarwnym. Ograniczony kontakt z końmi zaczął zmieniać nie tylko mój charakter, lecz także wygląd. Moje długie, lśniące włosy zawsze były rozpuszczone, bez śladu piachu lub słomy, a niegdyś połamane paznokcie z postrzępionymi śladami po lakierze, obecnie wyglądały jakbym codziennie chodziła do manicurzystki. Koleżanki z klasy zauważyły tą zmianę i zaczęły mnie komplementować i szukać ze mną kontaktu, ja jednak się izolowałam od tego rodzaju towarzystwa. Owszem, byłam ładna, ale za jaką cenę? Cholernie brakowało mi koni. Zapach słodkich, damskich perfum wydawał się okropny, gdy nie mogłam co dzień wdychać zapachu koni.
Zdając sobie sprawę z narastającego milczenia zastanawiałam się, co teraz robi Bartek. Jest w gabinecie i ogląda czubki swoich butów? A może przechadza się korytarzem stajni, przystając przy jednym z boksów i głaszcząc jego mieszkańca, przy okazji bawiąc się kosmykiem jego grzywy? Musiał rozmawiać ze mną przez słuchawki, gdyż dźwięki z otoczenia były idealnie wyciszone.
Przełknęłam ślinę i postanowiłam się odezwać.
- A co słychać u twojej dziewczyny? - wymyśliłam na poczekaniu.
~ Wika... ~ Wypowiedział to imię jednocześnie smutno, łagodnie oraz z nutką melancholii. W końcu otrząsnął się z zamyślenia i przybrał agresywną postawę. ~ Po pierwsze, nie jest moją dziewczyną. A po drugie czy to ja mam wiedzieć co u niej? Przypominam - Ciebie od niej dzieli płot, a mnie jakieś 10 km; ty widzisz się z nią co dzień w szkole, a ja ostatnio widziałem ją przed wczoraj przez kilka minut, zamieniliśmy parę słów, po czym pojechała z moim ojcem wypuścić waszego oszalałego konia.
Westchnęłam. To faktycznie nie było zbyt mądre pytanie. Ale on też był nie w porządku. Od czasu wypadku Wika mnie odpychała. Nie odbierała telefonów, nie wpuszczała mnie do domu, kilka razy z pomocą jej rodziców udało mi się wprosić na siłę, ale już dawno zaprzestałam takich praktyk. A w szkole... Zupełnie mnie ignoruje. Siedzi w kącie z książką, udając że się pilnie uczy, ale wiem, że w rzeczywistości myśli o koniach. Odpycha mnie, kiedy chcę porozmawiać. Straciłam ją, to jasne.
~ W porządku ~ Bartek przemawiał już łagodniej. ~ Muszę kończyć, mam dużo pracy. Do zobaczenia jutro.
Tępe pikanie po drugiej stronie słuchawki wyprowadziło mnie z zamyślenia i sprawiło, że zaczęłam myśleć racjonalnie.
Spojrzałam na walające się po podłodze podręczniki i zeszyty.
Jutro będę w stajni, pomyślałam, ale pierw czekają mnie całe godziny męczarni.

~Wiki~

Od razu zaczęłam wszystko dokładnie planować. Wiedziałam, że Robert z Bartkiem jutro wyjeżdżają na cały dzień. Izy nie było w stajni od kilku tygodni. Ostro wkuwa. Jeśli ktoś ma zdać maturę z każdego z wybranych przedmiotów na ponad 90%, to będzie to właśnie ona. Szczerze ją podziwiałam. Zawsze miałam dobre oceny, ale tak po najniższej linii oporu, nie lubiłam się wysilać.
Mój misterny plan był gotowy. Szczerze mówiąc tym planem był... brak planu. Miałam zamiar pojechać konno na Mazury i odnaleźć Dashę. Nie wiem jak tam dotrę, ile czasu mi to zajmie, ani co potem. Nie miałam nawet pojęcia czy w ogóle odnajdę kopytną przyjaciółkę. Po prostu nie mogłam siedzieć bezczynnie.
Skończyłam zadanie z matmy i doszłam do wniosku, że najwyższy czas iść spać. Jutro mnie czeka wielki dzień.
gify konie
Rano spakowałam do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy - szczególnie wszystkie moje oszczędności i trochę jedzenia o przedłużonej przydatności do spożycia - a następnie jakby nigdy nic wyruszyłam do szkoły. Rodzice nie przeczuwali, że nie zobaczą mnie przez następne kilka tygodni. Poszłam na autobus mając nadzieję, że gdy dotrę do schroniska, Roberta już tam nie będzie.

~Iza~

Wychodząc do szkoły dostrzegłam Wikę. Miałam ochotę do niej podejść, ale postanowiłam zachować dystans. Szłam w takiej odległości od niej by mieć pewność, że mnie nie zauważy. W połowie drogi do szkoły skręciła w boczną ulicę. Bez zastanowienia skierowałam się za nią. Wsiadła do autobusu nr 3 - zawsze nim dojeżdżałyśmy do stajni.
Stanęłam przed ciężkim wyborem. Mogłam albo jak przykładna uczennica trzeciej klasy liceum pójść do szkoły, albo jak dobra przyjaciółka wyruszyć śladem Wiktorii i dopilnować, żeby nie narobiła sobie kłopotów. Wybrałam tą drugą opcję. Wiedziałam, że za dziesięć minut podjedzie na przystanek autobus, który zatrzymuje się co prawda trochę dalej od stadniny niż nasz 3, ale ten zanim dojedzie do końcowego przystanku, wróci po mnie i zawiezie mnie pod schronisko... W grę wchodziła jakaś godzina, a ja nie miałam tyle czasu. Wolałam przejść kawałek więcej. Zrezygnowałam z najprostszej opcji - wejścia do tego autobusu, którym teraz jechała Wika. Nie mogła mnie zobaczyć. Im dłużej będzie myślała, że jest sama, tym dłużej będę mogła obserwować, co zamierza zrobić i wybić jej to coś z głowy.
Wsiadając do autobusu nr 6 dziesięć minut później, nawiedziły mnie pewne wątpliwości. A co, jeśli Wika w ogóle nie jedzie do schroniska? Autobus, do którego wsiadła najpierw zwiedza pół miasta, potem kieruje się pod Equiland, a na koniec mija go i dojeżdża pod stadninę Amandy...

~Wiki~

Wyskoczyłam z autobusu na przystanku przy schronisku. Powoli skierowałam się w stronę stajni. Szłam ostrożnie przez miejsca pełne drzew, unikając łąk i wygolonych obszarów. Nie mogłam zostać zauważona, inaczej cały plan ległby mi w gruzach. Odprężyłam się kiedy tylko dotarłam na dziedziniec stadniny. Samochodu Roberta nie było na parkingu, a stajnia pozostawała zamknięta - na zasuwę tak jak boksy, lecz nie na klucz. Bez problemu mogłam się tam dostać. Otworzyłam drzwi i od progu powitało mnie rżenie kilkunastu koni. Uśmiechnęłam się. Ten dźwięk, ten zapach... Cała aura tego miejsca sprawiała, że od razu chciało się żyć. Stanęłam jednak przed ciężkim wyborem - którego konia wybrać?
Wzięłam z gabinetu Roberta kartkę i długopis, i postanowiłam napisać list, a dopiero potem martwić się koniem.
"Cześć - zaczęłam. - Wybacz, ale..." Nie, to nie tak. Brzmi jakbym odmawiała koledze pójścia z nim na imprezę. Mam! Lepiej będzie "Proszę o wybaczenie w związku z..."
Napisanie listu zajęło mi dosłownie kilka minut. W końcu ukontentowana spojrzałam na niego. Całokształt brzmiał tak:
"Witam. Zwracam się z uprzejmą prośbą o wybaczenie w związku z uprowadzeniem jednego z Pańskich koni. Jest mi on niezmiernie potrzebny w związku z moimi planami na najbliższą przyszłość. Proszę o niezawiadamianie policji, zobowiązuję się do zwrotu wierzchowca w czasie bliżej nieokreślonym. Proszę także o powiadomienie mojej najbliższej rodziny, iż nic mi nie jest, zaś jestem zmuszona do opuszczenia domu rodzinnego przynajmniej na kilka tygodni. Z poważaniem, Wiktoria Maj."
Położyłam list na biurku w gabinecie. Wszystko było gotowe, więc pozostało mi jedynie wybrać i przygotować konia. Zastanawiałam się między Serir a Vancouverem. Marwari była koniem rajdowym, potrafiącym przemierzać długie dystanse. Jednak nie znam jej zbyt długo. Nie wykluczone także, że nie wróciła do dawnej formy. Vancouver bywał porywczy, ale świetnie go znałam. Jeśli jakikolwiek koń ma mi pomóc, to właśnie on.
Wyczyściłam wałacha w boksie,  założyłam mu ogłowie. W siodlarni znalazłam porządne siodło rajdowe. Mieliśmy takie jedno, Robert kupił je kiedyś za bezcen na targu. Doszłam do wniosku, że może się przydać.
Położyłam siodło na grzbiecie wałacha i zamarłam, kiedy zaskrzypiała podłoga przy gabinecie. Wolnym krokiem ruszyłam w tamtą stronę. Aż pisnęłam, kiedy między nogami przebiegł mi nasz stajenny czarno-biały kotek. Głupia, zaśmiałam się w duchu. Nikogo tu nie ma. Jesteś sam na sam ze zwierzakami.
Wróciłam do konia i zaczęłam podciągać popręg.
- Wybierasz się gdzieś?
Te słowa zawisły w powietrzu. Wstrzymałam oddech odwracając głowę i patrząc wprost na najlepszą przyjaciółkę.
- Ja... - zająknęłam się, niezdolna powiedzieć nic więcej. Serce waliło mi jak oszalałe.
- Taaak? -Iza nie miała zamiaru ustąpić. Zamiast tego dodatkowo stanęła między mną a wałachem i złapała go za wodze.
Otworzyłam usta, by wcisnąć jej stek kłamstw, żeby tylko się odczepiła, ale gdy jednak wprawiłam w ruch struny głosowe, z ust wyrwało się jedynie:
- Jadę odnaleźć Dashę.
- I co potem? - zadała pytanie, które nurtowało mnie od samego początku.  - Co chcesz zrobić, gdy już ją znajdziesz?
- Nie wiem... Ale nie zrezygnuję. Zejdź mi z drogi.
Chciałam ją odepchnąć, ale nie pozwoliła mi, a gdy już się odezwała, jej słowa zawisły w powietrzu:
- Jadę z tobą.
gify konie
No to by było na tyle. Po tym jakże długim czasie zebrałam się w sobie i oto jest nowy rozdział. Nie będę się bardziej rozpisywać. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze tu wpada i nie namęczyłam się przy tym rozdziale na marne. Do następnego, kochani (: 
PS komentarze mile widziane, ale to tak na marginesie ;D

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 76 [EPILOG]

~Robert~
- Co z nią zrobisz? - głos Bartosza wyrwał mnie z letargu. Od dłuższego czasu stałem przy pastwisku z głową opartą na skrzyżowanych na ogrodzeniu rękach i obserwowałem Dashę.
- A żebym to ja wiedział... - westchnąłem.
-  Może porozmawiam z Wiką?
- Po co?
- Przekonam ją, że nie ma sensu utrzymywać Dashy przy życiu...
- Bartuś, kiedy ty wreszcie zrozumiesz, że naprawdę nie potrzebuję czyjejkolwiek zgody w sprawach związanych z losem moich koni?
Uśmiechnąłem się na widok jego zmieszania. Nie potrzebowałem zgody Wiktorii, by uśpić Dashę. Po prostu nie chciałem tego robić, dlatego podjęcie decyzji zostawiłem Wice - osobie, której najbardziej na świecie zależało na utrzymaniu klaczy przy życiu. Podzieliłem się tym z synem. Najpierw myślał, że żartuję, a potem mruknął coś o obowiązkach i zniknął w stajni.
- Dasha. - Cmoknąłem. - Chodź, księżniczko.
Klacz zastrzygła uszami i odwróciła się do mnie zadem.
Wpadłem na pewien pomysł, postanowiłem zadzwonić do Wiki.
~Wiki~
- Tato - powiedziałam, wchodząc do salonu. - Podwieziesz mnie do Equilandu? - Widząc zszokowanie na twarzy rodziców dodałam szybko: - Wiem, że się ostatnio głupio zachowuję, ale tęaknię za końmi. A teraz nie mam zamiaru jeździć, naprawdę. Po prostu Robert chce ze mną porozmawiać. Miało być jutro po szkole, ale skoro dziś mam czas...
- Zjedz obiad, to pojedziemy - oznajmił ojciec.
Siadłam i wzięłam do ust pierwszy kęs.
- To jest zimne - mruknęłam.
- Godzinę temu nie było - zakończył temat ojciec.
***
- Przyjadę po Ciebie za godzinę - powiedział tata parkując na terenie schroniska. I lepiej, żebym cię nie zobaczył na koniu, bo dostaniesz szlaban na wszystko. Będziemy cię wypuszczać z domu tylko do szkoły, a i wtedy któreś z nas będzie cię odprowadzać, czekać pod szkoła, żebyś aby nie uciekła i wracać razem z tobą do domu.
Wywróciłam oczami zażenowana.
Miałam serdecznie dość tych ich zakazów. Byli zupełnie przeciwni moim jazdom konnym, wiedziałam to. Ale ta propozycja z jeżdżeniem u Amandy... Przegięcie. Skierowałam się w stronę stajni. Już miałam tam wejść, kiedy zobaczyłam Roberta stojącego przy pastwisku i omal nie wpadłam na Bartka.
- Wiki! - uśmiechnął się do mnie.  - Kope lat, kochanie. - Rozłożył ramiona jakby chciał mnie objąć.
- Daruj sobie - ostudziłam jego zapał. - Umówimy się na spotkanie kiedy indziej. Mam godzinę, a muszę oorozmawiać z twoim ojcem.
-Coś... wspominał. Jest...
- Wiem - rzuciłam i pobiegłam na łąkę.
- Wiktorio, szybko przyjechałaś - zaczął Rob.
- Starałam się - ucięłam. - O co chodzi?
- Zastanawiałem się, co zrobić z Dashą. Minęło dużo czasu, co dzień próbowałem z nią pracować. Ten koń nigdy więcej nie zaufa człowiekowi. Widzę to w jej oczach. Ale nie mogę jej za to zabić. Nie zrozum mnie źle, ale to z rąk ludzkich odniosła szkodę. Wiem, że nie chciałaś, to był wypadek. Ale ciebie obwinia. Warto wspomnieć, że już raz człowiek ją zawiódł, ona jednak zgodziła się Wam zaufać.
- Chcesz powiedzieć - przerwałam - że zaufała nam, a my ją zawiodłyśmy i na tym koniec, tak? Nie ma szans?
- Tak...  Iza mnie prosiła, żebym pozwolił jej odejść, bo cieepi zamknięta na wybiegu, przerażona. Ale ja tego nie zrobię. To znaczy pozwolę jej odejść, ale nie umrzeć. Chcę ją wypuścić, tak jak kiedyś Furię.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Takiej propozycji najmniej się spodziewałam. Zresztą padła już kiedyś, odrzuciliśmy ją.
- Nie przeżyje na wolności - skwitowałam.
- Skąd wiesz?
- Może udaje niezależną, ale obecnie ma pod nosem trawę, siano i wodę. Jak ty to sobie wyobrażasz? Gdzie znajdzie pożywienie?
- Wypuścimy ją przy dzikim stadzie, będzie się trzymała razem z nim, da radę.
- A co, jeśli ją odrzucą?
- Wika! Zostawmy to naturze. Wolisz, , żeby zginęła na wolności, czy została dobita przez człowieka, bo boi się ludzi? Zawsze istnieje ryzyko, my je podejmijmy.
-Kiedy chcesz ją wypuścić?
- Dzisiaj. A ty jedziesz ze mną. Dzwoniłem do Izy i jej to proponowałem, ale nie chciała. Z tobą wolałem porozmawiać w cztery oczy, żebyś nie mogła się tak łatwo wycofać.
Wbiłam wzrok w ziemię, myśląc intensywnie o tym, co usłyszałam. Może faktycznie nie da się jej pomóc. Usłyszałam, jak w mojej głowie ktoś mówi "Jeśli ją kochasz, to pozwól jej odejść".
- W porządku - zgodziłam się. - Daleko jedziemy? Na Mazury, to jakieś 5 godzin drogi. Zadzwoniłem do twojego taty jak tylko wysiadłaś z samochodu. Wyraził zgodę.
***
Musieliśmy uśpić Dashę, by w ogóle pozwoliła do siebie podejść, nie mówiąc o zapakowaniu do przeczepy. Na początku mieliśmy ją tylko odurzyć, jednak nawet na wpół przytomna z uginającymi się pod nią nogami była na tyle silna, by boleśnie ukąsić mnie w ramię. Pomagał nam weterynarz. Najpierw ją uśpił, a potem pomógł zapakować nieprzyromnego konia do przyczepy.
Kiedy wyruszyliśmy oboje siedzieliśmy w ciszy. Wspominałam te najlepsze momenty spędzone z klaczą. Przed oczami wciąż miałam obraz zwycięskich zawodów i roześmianych twarzy dwóch nastolatek. Albo nasze pierwsze spotkanie... Kiedy to po raz pierwszy zachwycił mnie widok karej klaczy, tak brudnej i zabiedzonej, a jednak wspaniałej. Chwile, które spędzałam na oswojeniu jej, a potem treningu.
Po policzku spłynęła mi samotna łza, odwróciłam twarz ku oknu, by Robert tego nie zobaczył. Przez chwilę miałam wrażenie, że znowu jestem piętnastolatką, która wraca ze stajni z przyjaciółką po informacji o odesłaniu na rzeź jej ukochanej klaczy. Kiedy to z Izą udawałyśmy, że wyglądamy przez okna z dwóch różnych stron auta, by ukryć wzbierające w oczach łzy. Tymczasem byłam osiemnastolatką, która za dwa miesiące zdaje maturę, a potem powinna wyjechać na studia. Kogo w takich okolicznościach obchodziłby koń, którego i tak długo bym nie widziała...
Potrząsnęłam głową, by uspokoić myśli.
-wszystko w porządku? - spytał Robert.
- Tak, zmęczona jestem.
Ha, zmęczenie to najlepsza wymówka. Można pod nim ukryć łzy w oczach, smutek, osowiałość, rozkojarzenie, senność... Teraz jednak nie chciałam kłamać. Marzyłam, by znaleźć się już w domu, w łóżku.
***
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Robert.
Zamrugałam gwałtownie. Musiałam się zdrzemnąć, nawet nie wiedziałam, kiedy tu trafiliśmy. Dopiero teraz zauważyłam, że z tyłu samochodu dobiega dziwne stukanie. Dopiero po chwili sobie zdałam sprawę, że to Dasha się obudziła.
- Kara szaleje - zauważyłam.
- Od godziny. Tłucze się coraz mocniej, bałem się, że rozwali przyczepę zanim dojedziemy. Nie jest niczym przywiązana. Szybko opuścimy trap i pozwolimy jej wyskoczyć. Nie powinna chcieć nas zaatakować,  więc jak położymy trap na ziemi odskakujemy do tyłu i się nie ruszamy. Jasne?
Skinęłam głową.
Tak eż zrobiliśmy. Dasha stała łbem przy wyjściu, spocono, spięta na ugiętych nogach. Wyglądała na gotową do oddania skoku w stronę wolności, jednak tkwiła w bezruchu.
- Co jest? - spytałam. - Nie wyjdzie?
- Cierpliwości.
W dali zamajaczyło stado dzikusów. Podjechaliśmy najbliżej jak się dało bez niepokojenia ich.
W tym momencie Dasha odbiła się i pogalopowała w stronę koni, nawet się nie oglądając wstecz.
- Żegnaj, koniku - powiedział Robert.
- Żegnaj - powiedziałam na głos. A w myślach dodałam: do zobaczenia wkrótce, piękna.

KONIEC TOMU TRZECIEGO

-----
Rozdział zawdzięczacie Koniowatej xD Szczerze mówiąc nie chciało mi się pisać i nabazgrałabym coś pewnie dopiero po feriach. Ale jak się ma taką motywatorkę to i rozdział w 2 dni się napisze. Jest krótki, przykro mi. Nie mogłam bardziej polać wody. Na początku miałam nie opisywać wypuszczenia Dashy, ale jak zobaczyłam ile wyszło, postanowiłam to dodać. Wybaczcie też brak korekty rozdziału. Piszę z tableta, kompa nie miałam w rękach. Czcionkę, gify, wyjustowanie... zrobię jak będę na kompie.
A co o mnie? Wypadałoby coś napisać, w końcu długo się nie odzywałam. A więc niestety tych złych wiadomości jest więcej niż dobrych. Mamy czarny tydzień w stajni. Bagatelka, kobyłka na której jeździłam trochę na początku grudnia, była w ciąży. Rodziła w poniedziałek. Co się potem okazało ciąża bliźniacza. Jedno źrebię urodziło się martwe, drugie zmarło w środę :'( I dziś dowiedziałam się, że Bagatelka się źle czuje. Całkiem możliwe, że nie urodziła łożyska, a w takim wypadku już po niej. Nie znam jej zbyt długo, jeździłam na niej ze 4 razy. Ale już ją zdążyłam pokochać i nie wyobrażam sobie jej stracić. A jeszcze przed tym wszystkim, w zeszły piątek, trzeba było uśpić jedną klacz. Nie znałam jej zbyt dobrze, to był konik fundacji (mają u nas kilka koni). Dosyć stary, nie miała siły się już podnieść... Tak więc jestem ostatnio w podłym humorze. Jeśli Baggie umrze.. Sama nie wiem, co zrobię :(
A z dobrych rzeczy... Jestem trzecia w klasie pod względem średniej. 4.75. Nie wiem, jakim cudem, wcześniej ledwo się doliczyłam 4.5. No ale nie narzekam. Chociaż gdzieś to mam, skoro i tak nic mi nie wychodzi, a to tylko papierek. Bo i nawet stypendium nie dają na semestr.
A tak poza tym to ferie spędzę w stadninie hucułów na podkarpaciu. Umówiłam się z właścicielką na wolontariat typu praca za jazdę. A tymczasem odliczam dni do ferii, bo nie mam już siły na nic. Czuję się wykończona fizycznie i psychicznie. Jeszcze 2 tygodnie, byleby to przeżyć.
Wybaczcie mi te wywody, ale musiałam się wyżalić. Ale już kończę, bo znowu dopisek będzie dłuższy niż rozdział xd
PS to rozdział pisany w 100% na spontana. Na pomysł wypuszczenia klaczy a także to, co będzie działo się później wpadłam wczoraj podczas pisania.
Ps 2 coraz krótsze robię te sezony XD Ten ma tylko 11 rozdziałów. No, miałam zamiar ciągnąç go dalej, ale doszłam do wniosku, że to najlepszy moment do zakończenia, bo teraz akcja ulegnie małej zmianie ;)

piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział 75

~Wiki~

Już chyba po raz dziesiąty wzięłam telefon do ręki. I tak tym razem posunęłam się dalej, niż przez wcześniejsze 9 razy - udało mi się nawet wykręcić numer do Roberta, ale brakło mi odwagi, by wcisnąć zieloną słuchawkę. Zacisnęłam palce na urządzeniu, tym samym wciskając klawisz blokady, przymrużyłam oczy.
- Kogo ja oszukuję... - mruknęłam do siebie, rzucając telefon na biurko na tyle delikatnie, by go nie uszkodzić, ale i tak z taką siłą, że wypadła bateria.
- Wiktorio - mama niespodziewanie wtargnęła do mojego pokoju. - Będziesz łaskawa wreszcie zejść na kolację? Wołam Cię od pół godziny.
- Jestem... zajęta.
Mama obrzuciła nerwowym spojrzeniem mój pokój. Łóżko, które dwie godziny temu ładnie posłałam teraz wyglądało, jakby stoczono na nim wojnę. Prześcieradło- jedyne, co na nim leżało - było pogniecione i ściągnięte z połowy łóżka. Kołdra zsunęła się na podłogę, a poduszki zalegały na drugim końcu pokoju. A od chwili na biurku leżały nie tylko porozrzucane papiery - zeszyty szkolne, szkice koni, zwinięte w kulkę nieudane rysunki - lecz także telefon, z klapką i baterią w innych miejscach. Sama nie wiem, kiedy to wszystko zrobiłam. Od godziny ostro ze sobą walczyłam, nie zauważyłam nawet, kiedy mój pokój zaczął wyglądać jak pobojowisko.
- Właśnie widzę... - Mama odetchnęła głęboko. - Posprzątasz tu po kolacji, zapraszam - otworzyła na oścież drzwi, wykonując zapraszający gest ręką w moim kierunku.
Warknęłam, ale zeszłam na dół. Podczas kolacji też uciekałam myślami.
- Ziemia do Wiki - usłyszałam za uchem głos taty.
- Co? - potrząsnęłam głową odganiając myśli.
- Pytałem, czy nie wybierasz się na konie.
Wzruszyłam ramionami. Od kiedy go obchodzi moje życie jeździeckie?
- Mam zakaz wstępu do schroniska - oznajmiłam starając się, by mój głos brzmiał obojętnie. Udało się. Chociaż wystarczy jeden telefon, by to zmienić, dodałam w myślach.
- Kto mówi o schronisku? Zmarnowałaś tam tyle czasu... Szkoda, że tam jeździłaś i pracowałaś. Omal nie zginęłaś, te konie są niebezpieczne.
Co on chrzani? To nie brzmi jak zwykłe kazanie, jakich zresztą było wiele.
- Widziałem się dzisiaj z panią Leszczyńską. Powiedziałem jej, co się stało. Zapraszała Cię do siebie. Jeśli już musisz jeździć, to lepiej na jej idealnych koniach, a nie jakichś bestiach wyciągniętych spod noża.
No way! Mój tatuś zwariował.
Podniosłam się gwałtownie. Miałam nadzieję stworzyć efekt filmowy, przewracając krzesło podczas wstawania. To jednak jedynie lekko się odsunęło, niwecząc moje plany.
- Amanda uprzykrza mi życie odkąd pierwszy raz wsiadłam na konia. Jak niby wyobrażasz sobie naszą współpracę?
Wyobraziłam sobie siebie w Green Trees. Siedzącą na koniu pokroju Dayrei, z Amandą stojącą na środku ujeżdżalni i wykrzykującą: "No ruszże tego konia. Batem go i jedź. Masz to przeskoczyć. Co to znaczy, że za wysoko? Przykop jej to i dwumetrowy mur przeskoczy. Nie wiem, jak ty żeś wcześniej jeździła. Masz szczęście, że od teraz ja cię będę uczyć."
Otrząsnęłam się z odrazą na tą myśl.
- Jesteś nienormalny - rzuciłam i odeszłam do swojego pokoju, zostawiając nietkniętą kolację. Pół godziny dłubania widelcem w parówce, a mój żołądek pozostał pusty. Niemal czułam, jak rodzice za moimi plecami wymieniają zdziwione spojrzenia.
Jeden telefon, pomyślałam, rzucając się na łóżko, i pozbędę się wszystkich swoich problemów. Nikt mi nie każe jej ubić osobiście! Nawet bym nie widziała, jak umiera... A co by się zmieniło? I tak teraz nie mogę nawet jej zobaczyć, pogłaskać... Ukryłam twarz w poduszce. Więc dlaczego to takie trudne?
Zadzwonił telefon. Wzdrygnęłam się gwałtownie. Wystraszył mnie nagły dźwięk mojego dzwonka, ale większą trwogę wywołał u mnie brak świadomości, kto dzwoni. Może Iza przekazała Robertowi, że chcę z nim porozmawiać o uśpieniu Dashy i ten sam postanowił się ze mną skontaktować? Sięgnęłam po komórkę i zerknęłam na wyświetlacz: Iza S. Odebrałam.
- Cześć... - rzuciłam niepewnie.
~ Byłam w stajni, widziałam Dashę - oznajmiła głosem tak obojętnym, że nie mogłam odczytać z niego żadnych uczuć.
- I jak? Pracowałaś z nią?
Miałam głęboką nadzieję, że nie mówi mi tego przypadkowo. Czyżby nastąpił jakiś przełom w pracy z nią?
~ I nic. - Drugie pytanie zignorowała.
- Jak to...?
~ Nie toleruje mnie równie bardzo jak ciebie. O ile wcześniej może bym z nią do czegoś doszła, teraz mnie nienawidzi. Nie potrzebnie czegokolwiek próbowałaś. ~ Zdziwiły mnie pretensje w jej głosie. Zawsze starała się hamować emocje mówiąc albo głosem zupełnie neutralnym, albo z lekkim uśmiechem nawet wówczas, gdy siedmioletnia córka sąsiadów zalała herbatą jej nowiutkiego iphone'a.
Zawahałam się przez chwilę. Gdy wreszcie chciałam powiedzieć coś w swojej obronie, w słuchawce usłyszałam przerywany sygnał. Rozłączyła się.
Miałam odłożyć telefon, kiedy znów zaczął dzwonić. Robert... Przełknęłam ślinę i postanowiłam odebrać.
- Tak...?
~ Wiktorio... przyjedź jutro po szkole do Equilandu. Musimy porozmawiać.
gify konie
Strasznie krótko, strasznie beznadziejnie, wybaczcie, że musiałyście to czytać... W sumie nie musiałyście... xd Dalej jestem zakompleksiona, ale pomyślałam, że coś tam nabazgrzę. Więc dzięki, jeśli ktoś dobrnął do tego momentu. Następnym razem będę zamieszczać ostrzeżenia o beznadziejności rozdziału przed jego rozpoczęciem ;) To chyba tyle, chociaż raz postaram się wstawić dopisek krótszy od rozdziału xd

środa, 24 grudnia 2014

Merry Christmas everyone!

Witam. Chociaż blog nadal jest zawieszony nie mogłam dopuścić do tego, by nie wstawić życzeń świątecznych (: Przypomniałam sobie o tym w piątek przed ósmą, kiedy to o 11 wyjeżdżam. Ale lepiej późno niż wcale. Nie wyobrażam sobie nie złożyć życzeń.

Stołów pięknie ozdobionych, jadłem suto zastawionych
i prezentów z dwa tuziny, niech zazdroszczą Ci z rodziny.
Żadnych sporów, żadnych kłótni i niech nikt nie będzie smutny.
Grunt to dobre wieść pożycie, a karpiowi daruj życie.
I każdemu przyjaciela takiego, co czasami łzę ociera.
I wszystkiego co Wami trzeba, no i może gwiazdkę z nieba.

Życzę Wam, byście te święta spędziły w gronie najbliższych, w radości i spokoju. Życzę dużo weny pisarskiej, czasu i cierpliwości do realizowania swoich pasji. A także sukcesów w jeździe konnej. I do usłyszenia w przyszłym roku, niech będzie jeszcze lepszy niż ostatni.

Edit 27.12.14 godz. 11:39
Ustawiłam opcję auto-publikacji na 24 grudnia o 23:59. Aczkolwiek wcześniej tego nie próbowałam i coś nie wyszło. Dziś wchodzę i widzę, że się nie opublikowało :/ Więc niestety życzenia trafią na bloga spóźnione.

wtorek, 25 listopada 2014

100 lat to za mało...

gify urodziny... bo do setki zostało jeszcze ,,tylko" 98 :D

Witam Was, kochane, na drugich urodzinach Karoszka. Wiem, że kiepsko zaczęłyśmy, w końcu w zeszłym tygodniu odeszłam z bloggera. Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałam o rocznicy. Przypomniała mi Koniowata, za co jeszcze raz dziękuję :) Chcę, korzystając z okazji, podziękować też drugiej osobie, z zupełnie innego powodu. Kiedy Koniowata powiedziała mi o rocznicy, zupełnie nie pamiętałam którego to. Wahałam się między 25 a 27 listopada. Tak więc postanowiłam sprawdzić datę opublikowania pierwszego rozdziału i przy okazji rzuciły mi się w oczy komentarze. Nikki, to do Ciebie należy pierwszy komentarz na tym blogu. Nie wiem, jak mogłam nie zwrócić na to uwagi przez dwa lata XD Teraz i Tobie dziękuję :*

gify urodziny
Wypada podziękować wszystkim innym, którzy tu ze mną są, bo potraciłam czytelników, przykra prawda. Norka, Arya, Tunguska, Areo, Spencer, Universe... wybaczcie, że nie podziękuję każdej z osobna, lecz takie podziękowania zachowam sobie na koniec drugiego sezonu. Teraz nie mam na to zbytnio miejsca.

Nie będę się dziś zbytnio rozpisywać. Lepiej Wam to pokażę.
Oto mój ulubiony wektor. Jedyne moje dzieło, które mi się podoba. Jeden obrazem z miliona, ale ważne, że jest jakiś, który lubię. Stoi u mnie na półce w szafirowej ramce. Format A4, do tworzenia wykorzystany ołówek (niewidoczny w efekcie końcowym) i czarny mazak.
Być może już Wam go pokazywałam, ale nie jestem pewna. Konik z tym kolorem i dzikim wyglądem przypomina mi trochę Dashę. Stwierdziłam więc, że pasuje. 
Dziś narysowałam tą karteczkę z nazwą bloga. Nie jest może zbyt twórcza, ciężko było coś wydumać w 20 min. Ale zrobiłam to, by jakoś uczcić te urodziny. Od dziś ten obrazek - ta a la Dasha - zostaje patronem bloga. Będzie widniał pod stronami, nad rozdziałami. W wolnej chwili ładniej go obrobię. Teraz, hm... zdjęcie robione w świetle żarówki, które przysłaniałam sobą, do tego pod kątem i widać kawał dywanu.
Jestem z Wami już dwa lata. Nie wiem, czy dotrwam do trzecich urodzin, ale Kare Serce Konia jeszcze na długo pozostanie w moim sercu.
No to ja Was już zostawiam. Nie wiem, kiedy jeszcze coś napiszę, jeśli w ogóle. 
PS gdyby ktoś jednak chciał złożyć jakieś życzenia urodzinowe, to pod tą notką spokojnie można to zrobić ;)

Rozdział 74 - edycja specjalna ;D

Rozdział dedykuję Koniowatej. Gdyby nie Ty, ten post nie pojawiłby się w przeciągu najbliższych tygodni, a o urodzinach Karusa przypomniałabym sobie długo po fakcie. Dziękuję :*

~Wika~

- Chcesz powiedzieć, że Iza nie ma w tej sprawie nic do gadania? - spytałam, a on pokiwał głową. - Życie Dashy leży w moich rękach... W takim razie jeszcze sobie pożyje. Nie zamierzam jej skrzywdzić. Nigdy. Jedno tylko mnie interesuje... Jak klacz ma złagodnieć, skoro mam bezwzględny zakaz wstępu do niej?
Robert rozłożył ręce w bezradnym geście.
-Będzie to praktycznie niemożliwe. Nie łudź się, że wpuszczę do niej Izę, po tym, co ty odstawiłaś.
Zacisnęłam zęby we frustracji. Potrzebuję cudu, pomyślałam.
- A więc życzę miłej pracy - odezwałam się z ironią w głosie - Mnie czeka dłuuugi, słodki urlop... A teraz zejdź mi z oczu. Możesz zawołać Izę.
- Oj, Wiktorio, nie przebierasz w słowach. W porządku. Przekaż Izie, że wracam do stajni, wróci autobusem. - Rob skrzyżował ręce na piersi i wyszedł z sali.
Westchnęłam, czekając na przyjaciółkę.
Iza wbiegła do sali, krzycząc, że tak jej przykro. Nie wiedziałam, co ma na myśli, więc spytałam.
- No... - odparła, jakby to było bardzo oczywiste - Nie wierzę, że już nie będziesz pracowała w Equi. Musimy coś zrobić z Dashą...
- Podsłuchiwałaś! - nie mogłam uwierzyć własnycm uszom.
Przyjaciółka uśmiechnęła się niewinnie.
- Może troszeczkę... - pokazała odrobinę rozchylając palec wskazujący i kciuk. -  Co z tym zrobimy? Poświęcisz Dashę, żeby wrócić do pracy?
Wyprostowałam się dumnie, nie zwracając uwagi na ból w kościach. 
- Zapomnij.

~Robert~

Był środek dnia. Jakub znajdował się teraz w szkole. Bartek, który powinien studiować, a zdecydował, że poświęci się pracy w schronisku, pojechał po dostawę paszy. O tej godzinie nie prowadziłem żadnych jazd. Krótko mówiąc- siedziałem sam z końmi. Snułem się po stajni, szukając sobie zajęcia. Właśnie zamiatałem korytarz, uciekając myślami gdzieś daleko, kiedy z zamyślenia wyrwało mnie donośne rżenie. Wyjrzałem ze stajni, żeby zobaczyć, co się dzieje. Kilka godzin wcześniej przeniosłem Dashę na okrągły wybieg obok stajni. Pastwiska znajdowały się daleko. Zdecydowanie poza moim zasięgiem. Znając Wiktorię, mogłaby się tam zakraść i próbować pracować z klaczą, co mogło się skończyć tak, jak ostatnio, a nawet gorzej. Chciałem więc mieć Karą bliżej siebie. Doprowadzenie jej tu zajęło mi niemal trzy godziny. Musiałem rozstawić zaimprowizowane ogrodzenie - wbite w ziemię kijki związane dwoma sznurkami - między bramami pastwiska i ujeżdżalni. Dopiero wtedy mogłem ją tu zagonić. Jedyną wadą lonżownika było to, że całe podłoże stanowił piach. Ani źdźbła trawy. Więc jeszcze przed jej wprowadzeniem rozsypałem tam siano , a teraz postanowiłem dostarczać jej paszę treściwą i wodę.
I tak jak myślałem - Dasha powodowała ten hałas. Galopowała dookoła swojego nowego wybiegu, rżąc wniebogłosy. Wyglądała, jakby sama ze sobą wykonywała join-up: galopowała przed siebie, potem gwałtownie zmieniała kierunek i dalej biegła niemal przytulając się do płotu.
- Ej, wariatko - zawołałem, zostawiając miotłę opartą o ścianę stajni i zmierzając w jej kierunku. - Spokojnie, nikt cię nie goni.
Stanąłem przy ogrodzeniu wybiegu, krzyżując ręce na ostatniej desce płotu. Dasha zatrzymała się jak zaklęta tam gdzie stała, po czym wycofała się kilka kroków tak, by dzieląca nas odległość była jak największa. Wbiła zad w ogrodzenie widocznie żałując, że nie może uciec dalej, niż te 20 metrów.
- Już dobrze, nic ci nie zrobię. Spokojnie. 
Dasha uniosła lekko przednie nogi, zadzierając łeb do góry. Południowe słońce odbijało się w jej zmierzwionej grzywie, pełnej kołtunów, w które wplątane były gałązki, trawa i piach.
- Jesteś taka piękna... - westchnąłem. - Mogłabyś przestać stroić fochy i dać się porządnie wyczesać. 
Poruszyłem się niespokojnie, na co klacz odskoczyła, stanęła dęba jeszcze wyżej, a jej oczy błysnęły białkami. Odszedłem kilka kroków w tył. Wystarczająco, by poczuła się swobodniej. Znów zaczęła galopować po kole.
- Tak się chcesz bawić? - do głowy przyszedł mi nowy pomysł. Poszedłem do stajni. Wziąłem z siodlarni lonżę i długi bacik.
Odetchnąłem głęboko, stając przed wejściem na lonżownik.
Raz się żyje, pomyślałem.
Otworzyłem bramkę, wsunąłem się do środka i zamknąłem ją za sobą. Zaciskając dłoń na bacie, zmierzałem w stronę środka wybiegu. Bałem się, że klacz spróbuje mnie zaatakować, więc byłem gotów się bronić, ale nie zrobiła nic podobnego. Okrążała wybieg galopem, zapewne szukając kątów, w których mogłaby się ukryć. Odkrywszy, że stając w każdym miejscu przy ogrodzeniu dzieli ją ode mnie równy dystans, jedynie galopowała szaleńczo w kółko. Zrobiłem krok w jej stronę, a ona gwałtownie zmieniła kierunek i pognała w drugą stronę. Jej kopyta wzbijały w powietrze tumany kurzu.
Nie wiem ile ją tak ganiałem. Miałem wrażenie, że minęły przynajmniej ze dwie godziny. W końcu tak jak stałem wypuściłem z ręki linę i pochyliłem się, oddychając ciężko. Myślałem, że zaraz wypluję płuca. A tym czasem Dasha nawet nie skierowała ucha w moją stronę. Plamy potu perliły się na jej ciemnej sierści, dyszała równie ciężko jak ja. Ale wiedziałem, że jest silniejsza ode mnie. Mogła wytrzymać jeszcze dużo więcej takiego biegu. Powinien popracować z nią ktoś, kto ma lepszą kondycję niż ja.
- Poddaję się - powiedziałem na głos. - Nie chcesz współpracować? To siedź tu sama i użalaj się nad sobą.
Podniosłem swoje rzeczy i bezceremonialnie wymaszerowałem z wybiegu treningowego.

~Iza~

Od co najmniej trzech godzin próbowałam namówić Wiktorię, żeby uległa. Nie chodziło mi o przyjaciółkę. Ta mogłaby wytrzymać dużo więcej czasu bez pracy w schronisku, żeby uchronić ukochaną klacz. Ale przecież widziałam Dashę! Jej już się nie da pomóc. Chce być wolna. Naprawdę wolna. Brak ludzi  w najbliższym otoczeniu nie uszczęśliwi jej, jeśli będzie miała marne... przeliczyłam w myślach, wiedząc, że Rob puścił klacz na lonżownik. 314 metrów kwadratowych przestrzeni. Co to dla niej jest...
- Wiki, ona się męczy - powiedziałam. - Jesteś egoistką, utrzymując ją przy życiu. Pomożemy wielu innym koniom...
Wiktoria zastanowiła się przez chwilę.
- Zgoda - oznajmiła głosem tak obojętnym, iż nie mogłam odgadnąć, co czuje. - Wieczorem zadzwonię do Roberta.
gify konie
Welcome, welcome. Obiecywałam notkę na grudzień, ale ktoś mi przypomniał, że przecież dziś mamy wyjątkowy dzień. Nie wypada drugich urodzin bloga obchodzić w zawiasach. Tak więc oprócz dodatkowej notki, którą chcę dodać, postanowiłam skończyć ten rozdział. Ten jeden raz zrobię wyjątek.
Zauważcie, że po raz pierwszy pojawia się narracja od Roberta.Wyszło mi to dość marnie, nastolatka raczej nie za bardzo zna myśli faceta w średnim wieku xd Ale potrzebowałam tego do opowiadania. Czasem będę robić takie wyskoki poza główne bohaterki. W zależności od potrzeb opowiadania. Nie zdziwcie się, jeśli kiedyś strzelę rozdział z perspektywy Dashy ;) Oczywiście, gdybym wróciła na bloggera... Na razie nie mam ochoty.
To chyba tyle, spróbuję teraz przygotować tą specjalną notkę. Nie wiem, jak mi to wyjdzie, gdyż już dość późno, a muszę się pouczyć fizyki. Ale... urodziny bloga są raz na rok, chrzanić pracę, moc i energię kinetyczną ;)
PS w komentarzach - jeśli ktokolwiek w ogóle miałby ochotę to skomentować - prosiłabym o odnoszenie się jedynie do treści rozdziału. Życzenia urodzinowe przyjmę w notce, którą spróbuję stworzyć do wieczora (;
PS 2 Jako, że bloga bardziej tworzą czytelnicy niż autorzy, jak myślicie - co będzie z Wiką i Dashą? Nie musicie pisać niewiadomo ile. Wystarczą pomysły. Chcę wiedzieć, czy jestem przewidywalna. Bo bezwzględna bywam }:)
PS 3 rozdział specjalnie zakończyłam w takim momencie. Teraz w każdej chwili mogę wrócić. Ale jeśli dalej będę miała taki zapał jak teraz, to cóż... Wielcy pisarze tego świata kończą w takich momentach. Taki DIY* dla czytelnika, każdy ma okazję domyślić się, co było dalej.

* Do It Yourself - (ang) zrób to sam

piątek, 21 listopada 2014

to by było na tyle...

Kończę z pisaniem. Mam dość. Jakieś 60 min temu uświadomiłam sobie, że nie będę Was zmuszać (nigdy nikogo nie zmuszałam, ale jak tam kto pisanie tego gówna odbiera) do czytania, skoro i tak nie umiem pisać. Mam dość mówienia, że piszę, a potem odbierania z polskiego ocen poniżej 4. 3+ z analizy tekstu i 2 (chyba moja pierwsza dwója z polskiego w życiu. Z matmy i fizy się trafiają, ale polski??) z kartkówki? Fajnie. Gdzieś mam taki interes. Ocena powinna motywować ucznia, a nie - tak jak w moim przypadku - zniechęcać. Nie mówię, że jak skończę z pisaniem to nagle zacznę dostawać piątki, ale przynajmniej zaoszczędzę parę cennych godzin. [Dodałabym "skoro i tak nikt tego nie czyta", ale dopiero co przerabiałam to samo z dziewczynami i prawie się obraziłam o taki tekst z ich strony, a powodem moich wywodów nie jest mała liczba czytelników.] Ten czas mogę poświęcać na coś, co umiem robić najlepiej... hm... leżenie? Spanie? W sumie nie przychodzi mi do głowy nic innego.
Do końca listopada nie piszę, i tak szkoła sprawia, że nie wiem, w co ręce włożyć. W grudniu pojawi się jedna notka, bo jest już prawie gotowa. A potem nie wiem. Na razie nie usuwam blogów.
To tyle na razie. Muszę się szykować, bo za 2h jadę na konie, a mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Życzę miłego dnia :)
PS post pisany w afekcie, pod wpływem silnego wzburzenia. Autorka zastrzega sobie prawo do powrotu na bloga/-i w czasie bliżej nieokreślonym.
Edit 12:38
Najlepiej w ogólę ulotnię się z bloggera. Nie miejcie mi więc za złe, że nie będę nie tylko pisać, ale też czytać (a nawer jeśli czaswm coś przeczytam, to nie będę się pokazywać.). Tej części też dotyczy "PS".

poniedziałek, 3 listopada 2014

Rozdział 73

~Wiki~

Otworzyłam powoli oczy, a z ust wyrwało mi się cichutkie jęknięcie. Oddychałam z trudem, chociaż nie to było najgorsze. Najbardziej zmartwił mnie ból... wszystkiego. Głowa paliła, jak gdyby ktoś ją przypalał żelazem. Reszta ciała nie mogła jej dorównać, ale widocznie próbowała. Kręgosłup był sztywny jak metalowy pręt grubości nogi od stołu; ręce i nogi, a nawet powieki zdawały się ważyć z tonę. Leżałam na plecach. Spróbowałam zmienić pozycję, co wywołało kolejną falę bólu. Próbując go złagodzić przygryzłam dolną wargę tak mocno, że poczułam w ustach cierpki smak żelaza. Próbowałam znów jęknąć, ale zaciśnięte wargi stłumiły dźwięk. W końcu zrezygnowałam z jakiejkolwiek próby poruszenia się. W zamian zaczęłam mrugać szybko, rozganiając mgiełkę przed oczami. Dalej widziałam niezbyt ostro, ale wystarczająco, by się rozejrzeć. Teoretycznie. Ostatecznie pozostawał jeszcze jeden problem - nie mogłam odwrócić głowy. Kąciki gałek ocznych miałam zamroczone, więc nic nie dawało zezowanie na boki. Tak więc pozostało mi podziwianie pięknego, białego i śmiertelnie nudnego sufitu.
Co się ze mną stało?, zaczęłam rozmyślać.
Pamiętałam, że chciałam jechać z Izą do Equilandu, a może już pojechałam... Miałam jedną czarną dziurę w głowie. Ostatnią rzeczą jaką pamiętałam było odrabianie lekcji przed wyjazdem.
Iście niebezpieczne zajęcie, zadrwiłam. Spadłam z kanapy, czy zadźgałam się długopisem?
- Wiktorio! - Moja mama podbiegła do mnie, klękając przy łóżku, pocałowała mnie w czoło i wzięła za rękę. Nie wiedziałam, skąd się tu znalazła, najpewniej właśnie weszła do pomieszczenia i zobaczyła, że mam otwarte oczy. - Kochanie, jak się czujesz?
- Bywało lepiej - wycharczałam. Byłam zdumiona siłą, a raczej jej brakiem, z jaką wypowiedziałam te słowa. Jakby mówienie było wręcz mistrzowskim wyczynem. - Co się... stało?
- Nie pamiętasz?
Chciałam pokręcić głową, ale nie mogłam jej nawet ruszyć, za to po ciele rozniosła się kolejna fala bólu. W końcu mruknęłam przecząco, nie chcąc zmuszać się do mówienia.
- Po powrocie ze szkoły wzięłaś się za odrabianie lekcji. Potem przyszła Iza i pojechałyście do stajni. Jeśli chcesz wiedzieć, co się działo dalej, zapytaj wtajemniczonych. Do mnie zadzwonił Robert Orlik i poinformował, że jesteś w szpitalu na OIOM-ie z rozległymi obrażeniami. Nie dopytywałam się o szczegóły. Zrozumiałam tylko, że tak cię poturbował ten cholerny czarny koń.
- Mamo... to nie tak... - starałam się bronić Dashę.
- Jak nie tak?! Przecież nic nie pamiętasz. Pęknięta czaszka, dziura z tyłu głowy, wstrząs mózgu i obrażenia kręgosłupa, a ty mi mówisz, że to nie tak? Pomyłką jest istnienie tego... zwierzęcia! Kiedy mają zamiar go ubić? Gdy wreszcie kogoś zabije?!
Miała rację, nic nie pamiętałam. Miałam nadzieję dowiedzieć się więcej od Izy. Ktoś musi mi wyjaśnić, co to wszystko znaczy. Mama otworzyła usta, jakby chciała jeszcze coś mówić, lecz w tej chwili na salę wszedł lekarz. Zmierzył nas wzrokiem, po czyn zwrócił się do kobiety obok mnie:
- Pani już wszystko wyjaśniłem. Teraz proszę nas zostawić samych. Chcę porozmawiać z pani córką.
Odprowadzałam mamę wzrokiem. Choć nie widziałam zbyt wiele, wydawało mi się, że w otwartych drzwiach stoi moja przyjaciółka i bacznie nas obserwuje. Szczerze mówiąc to z nią teraz wolałabym porozmawiać niż z człowiekiem, który zaraz zacznie wymieniać co mi jest i od samego słuchania wszystko zacznie mnie boleć.
- Nieźle się załatwiłaś, Wiktorio - zaczął lekarz. - Kiedy moi koledzy przywieźli cię karetką, kręcili głowami z powątpiewaniem. Widać było, że nie dają ci większych szans na przeżycie. Chirurdzy wcale nie byli innego zdania. Do dziś nie wiem, coś ty zbroiła, ale cokolwiek by to było, miało tragiczne skutki. Podobno spadłaś z konia, tak twierdził twój ojciec. Przyjechał karetką razem z tobą i twoją siostrą.
Już miałam mówić, że przecież jestem jedynaczką, kiedy przypomniało mi się, iż mój tata przecież wtedy był w pracy. Miałby przyjeżdżać do stajni tylko po to, by przejechać się karetką? Szybciej by mu było jechać samochodem prosto do szpitala z pracy. Robert, skwitowałam w myślach. Nie chciał mnie zostawiać. Postanowiłam nie demaskować swojego "pracodawcy".
- Tak więc musiałaś upaść na kamień - doktor opowiadał dalej. - Takowy wyjęliśmy z twojej głowy. Rozciął skórę, wgniótł czaszkę i utknął w ranie. Masz może zaburzenia wzroku? - chwilę walczyłam ze sobą, by w końcu wydusić krótkie "mhm". - Tak też myślałem. Kamień uciskał nerw wzrokowy. To przejdzie, ale na razie możesz widzieć podwójnie albo niewyraźnie. To chyba tyle, a propos głowy. Zaszyliśmy ranę, zabandażowaliśmy ci głowę na tej wysokości i wsadziliśmy ją w kołnierz, żeby odciążyć kark. Masz wstrząs mózgu, możesz jeszcze czasami tracić przytomność lub wymiotować, ale przeżywając pierwsze dwie doby zadecydowałaś, że jeszcze trochę pożyjesz, przynajmniej dajemy na to 90% szans - uśmiechnął się do mnie. - Jakieś pytania?
Ta lekarska gadanina całkowicie namieszała mi w głowie. Spróbowałam to sobie jakoś poukładać. Miałam kołnierz, to stąd ta sztywność karku i brak możliwości odwrócenia głowy. Zmusiłam się do maksymalnego wysiłku, by pomacać głowę. Poczułam pod palcami szorstki bandaż. Spojrzałam na dłoń i zobaczyłam spływające po niej krople krwi. Szybko wstrząsnęłam dłonią i znów była w normalnym kolorze. Jeśli skórę bladą jak pergamin można nazwać "normalną".  Przez chwilę miałam wrażenie, że leżę na trawie, nie w łóżku, oglądając zakrwawioną rękę. Ale zamrugałam i obraz zniknął.
- Wszystko w porządku? - zaniepokoił się lekarz.
- E... tak. Dlaczego nie pamiętam wypadku?
- Nie pamiętasz, naprawdę? To pewnie na skutek wstrząsu mózgu. Niewykluczone, że nigdy sobie nie przypomnisz, ale to tylko chwila przed wypadkiem. Jeszcze coś?
- Powiedział pan, że przeżyłam dwie doby? Ile byłam nieprzytomna?
- Dokładnie trzy dni i dwie noce, ale do końca pierwszego dnia zostało tylko kilka godzin, więc w sumie można liczyć dwie doby. Nie ukrywam, że nas to zszokowało. Nie dawaliśmy więcej niż 10% na to, że ockniesz się przed końcem miesiąca. Nie przyszło nam do głowy cię sztucznie uśpić, a niestety... to może być osłabiające dla organizmu.
Nie spodobało mi się to, co usłyszałam. Nie dość, że lekarz trochę mieszał w opowiadaniu o mnie, to jeszcze się dowiedziałam, iż cud, którym było moje wczesne przebudzenie, może mi zaszkodzić.
- Uśpicie mnie z powrotem? - spytałam, z zapartym tchem oczekując odpowiedzi.
- Nie - uciął. - Zaryzykujemy i zobaczymy jak dasz sobie radę.
Aaaaha, pomyślałam. Pewnie, ryzykujmy. W najgorszym razie umrę, a co tam.
- To tyle z mojej strony - oznajmił w końcu. - Siostra chce się z tobą widzieć. Poprosić ją?
Czekałam na to od samego początku, toteż od razu się zgodziłam.
- Wika! - Iza wbiegła do pomieszczenia i kucnęła przy łóżku. Miałam wrażenie, że chce mnie przytulić, ale widocznie zmieniła zdanie widząc, w jakim jestem stanie. - Jak się czujesz?
- Błagam, umiecie tylko o to pytać?
- Widziałam, jak leżałaś pod dębującą Dashą, mam prawo wiedzieć,czy wszystko w porządku.
- Wyliżę się. Możesz mi powiedzieć, co tam się stało? Ja... nie pamiętam.
Iza wzruszyła ramionami.
- Byłam zajęta karmieniem koni. Kiedy cię ostatnim razem widziałam przytomną, wskakiwałaś Dashy na grzbiet. Zrzuciła Cię, a potem poszłam po Roberta, który właśnie wrócił do stadniny. Wezwaliśmy karetkę i podaliśmy się za rodzinę, żeby pojechać z wami, a potem dostać informacje o twoim stanie. W międzyczasie Rob powiadomił twoich rodziców uprzedzając, że podał się za ojca.  W szpitalu od razu wzięli cię na stół operacyjny, doprowadzili do porządku twoją głowę. A potem czekaliśmy, aż się obudzisz. To chyba tyle.
Miałam nadzieję poznać więcej szczegółów z wypadku, ale musiało mi wystarczyć to, co usłyszałam. Dlaczego miałabym znienacka wskakiwać na grzbiet przerażonej Dashy? Przecież to by tylko zwiększyło jej traumę.
- Gdzie Robert? - spytałam.
- Nie mam pojęcia - przyznała. - Powinien tu być dziesięć minut temu. Pewnie stoi w korkach, ale niedługo dotrze. Na twoim miejscu bym się nie cieszyła - dodała, widząc mój uśmiech. - Lepiej byś na tym wyszła, gdybyś się w ogóle nie obudziła. Robert wczoraj zemścił raz za razem, rozwalił komputer, kiedy w złości strącił go z biurka. To nie będzie przyjemna rozmowa...
- Co z Dashą? - spytałam nagle. Bałam się, że wściekły Robert mógłby zrobić coś, co mi się nie spodoba. 
Koleżanka wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok.
- Izz? - nacisnęłam na nią.
- Żyje - mruknęła. - Nic jej nie zrobił, jeśli chcesz wiedzieć. Przynajmniej nie zrobi jej więcej niż Ty. - wzdrygnęłam się zaskoczona a Iza mówiła dalej, - Teraz Dasha nie ucieka, tylko atakuje. I ludzi, i koni. Trzeba podać jej końską dawkę środka uspokajającego, żeby pozwoliła zostawić sobie wodę na pastwisku. Robert kupił pistolet na strzałki i ją usypia, kiedy musi. Kara nie pozwala się nikomu zbliżyć, nigdy nie pozwoli. Gratuluję.
Nie wierzyłam w to, co usłyszałam. Wiedziałam, że nie oswoję jej w jakiś cudowny sposób, ale żeby aż tak pogorszyć sprawę... Postanowiłam się wycofać z prób pomagania Dashy. Jej okiełznanie zostawię Izie. Chciałam to powiedzieć, kiedy na salę wszedł Robert.
- Zostawisz nas samych? - poprosił Izę. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, zwrócił się do mnie - Co ty sobie myślałaś? Sama omal nie zginęłaś, koń zdziczał do reszty, a Iza cały czas obwinia siebie za to, co się stało. Myśli, że gdyby zwróciła na ciebie więcej uwagi, nie poszłabyś do tego diabła. Jakbyś miała z pięć lat i była zależna od niej.
- Nie chciałam... - wyrwało mi się.
- Której części tej przygody nie chciałaś? Próby oswojenia dzikiego konia na własną rękę, czy może wylądowania w szpitalu? Jeśli tylko tego drugiego, to jednak chciałaś. Długo zastanawiałem się nad tym, co mam z tobą zrobić. Nie zamierzam krzyczeć ani się denerwować, bo to nic nie da. Nie zabiję też Dashy, przynajmniej nie bez twojej zgody. Chociaż powinienem zrobić to wszystko, i to na raz. Kiedyś już ktoś zginął, kiedy zostawiłem takiego konia jak Dasha.
Domyślałam się, iż Rob myśli teraz o swojej zmarłej córce.
- Pewnie Iza ci się nie przyznała, ale próbowała pracować z Dashą, kiedy ty leżałaś w śpiączce, zaraz po wypadku na zawodach. Skończyło się tym, że wylądowała na sali szpitalnej obok ciebie. Ciężko mi powiedzieć, czy ma słabszy refleks od ciebie, bo ty po takim czymś wyszłabyś bez szwanku, czy po prostu nie doceniła jej wtedy, bo nie wiedziała, jak bardzo klacz ucierpiała w wypadku. Tak więc myślałem jak sobie z tym poradzić. Postanowiłem zawiesić cię w twoich obowiązkach.
- To znaczy? - nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale byłam pewna, że to nic dobrego. 
- W największym skrócie - nie chcę cię widzieć w schronisku. Nie będziesz tam pracować ani nawet przychodzić w odwiedziny. Zawieszam cię na czas nieokreślony. Albo dopóki ktoś w cudowny sposób nie poskromi waszej karej piękności, albo dopóki nie dostanę od ciebie - tylko od ciebie i od nikogo innego - pisemnej zgody na uśpienie Dashy.
gify konie
Witam, witam :) I to by było na tyle. Przyznaję bez bicia, że nie mam pomysłu na dalsze rozdziały. Kiedy postanowiła pisać regularnie, dokładnie opracowałam tylko te dwa - ten i poprzedni.
I to nie do końca, bo w pierwszej wersji Robert miał jej zrobić wielką awanturę i jeszcze chciałam gdzieś tam wepchnąć Izę. Cóż, będę improwizować, jak zwykle zresztą. Wymyślę coś w trakcie pisania :) A tym czasem do usłyszenia.
Edit 3.11.14
Cóż, nie wiem, dlaczego ten rozdział jeszcze nienzostał opublikowany.  Data poprzedniego pokazuje 17 październikq, ten rozdziqł miał się pojawić półtora tygodnia póżniej, a minęły już ponad 2. Mój sprzęt jest beznadziejny -,- A może to ja już nie kontaktuję... Nie mam czasu na odpoczynek, po 21 zasypiam w fotelu i mam bolesną świadomość tego, że dnia mi brakuje na wszystko, co powinnam zrobić. Oprócz nauki są w końcu też przyjemności. Ostatnio kupiłam sobie 5 książek o koniach (najnowszą cz. Heartlandu, dwie najnowsze cz. Jinny z Finmory i dwie części Akademii Canterwood), gdybym mogła, siedziałabym non stop, żeby je przeczytać. Wczoraj skończyłam Heartland, teraz kończę pierwszą cz. Canterwood. Ale dalsze czytanie poczeka przynajmniej do dłuiego weekendu w przyszłym tygodniu. A z drugiej strony dalej piszę, na to też przydałoby się znaleźć czas...
Ale jeszcze tylko półtora miesiąca i weekend ^_^ urodzony optymizm xD Im więcej mam nauki, tym bardziej potrzebuję koni. Każda jazda jest dla mnie regeneracją sił po całym tygodniu. Nawet jeśli nie robię nic szczególnego. Dwa tygodnie temu jeździłam na Panamie i bardzo ją polubiłam, a ostatnio ku mojemu niezadowoleniu dostałam Klarę. Ale ostatecznie nie żałowałam. Skakałyśmy parkurek i pierwszy raz od dawna zaloczyłam okser. Powoli, ale się rozwijam ;)
To tyle, następny rozdział pokawi się za 1-2 tyg.

piątek, 17 października 2014

Rozdział 72

~Wika~

Wychodząc ze stajni zorientowałam się, że nie mam kasku. Sprzęt zostawiłam w przebieralni, miałam na sobie tylko moje czarne sztyblety i bryczesy w bordową kratę z pełnym lejem.
Powinnam po niego wrócić, podpowiadał mi zdrowy rozsądek. Dasha jest niereformowalna, może się zrobić naprawdę niebezpiecznie.
Już-już chciałam pójść po kask, kiedy w końcu pokręciłam głową do samej siebie. Szkoda czasu, pomyślałam.
- Dasha mi nie zrobi krzywdy - powiedziałam na głos. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że próbuję przekonać o tym bardziej siebie samą.
Spokojnym krokiem poprowadziłam Kantę na pastwisko. Zabezpieczyłam wyjście, żeby żaden z koni nie mógł się wydostać. Zdjęłam klaczy kantar. Na początku miałam zamiar z nim jeździć, ale pozbycie się całego sprzętu zminimalizuje ryzyko, że Dasha mnie zauważy. W końcu uchwyciłam się grzywy u nasady szyi klaczy. Odbiłam się mocno od ziemi i zręcznie wciągnęłam się na grzbiet kobyłki. Odetchnęłam po chwilowym wysiłku.
- To szukamy twojej koleżanki - szepnęłam do Kanti, każąc jej ruszyć stępem.
Nie spieszyłyśmy się jednak, chciałam ją najpierw rozgrzać.
Stępowałyśmy z dala od Dashy. Cały czas targał mną niepokój. A co, jeśli się nie uda? Takbym chciała, aby wszystko było jak dawniej...
W końcu zaczęłyśmy się zbliżać do Karej. Nie reagowała na nas. Co prawda obrzucała Kanti nieufnym spojrzeniem, ale pierwszy raz od wypadku widziałam ją z tak bliska z postawionymi uszami i spokojnym wzrokiem.
Cały czas milczałam i starałam się ukrywać za szyją siwuski. Dasha nie mogła mnie zauważyć, inaczej wszystko zaprzepaszczę. A tak naprawdę sama nie wiedziałam, co mam zamiar dalej robić. To, że nie ucieknie widząc innego konia nie znaczy, że oswoi się z ludźmi.
Pożyjemy, zobaczymy, pomyślałam, przechodząc do kłusa.
Zatrzymałam Kanti zaraz obok Karej i dałam jej więcej swobody. Mogła robić, co chciała. Oba konie pasły się spokojnie, a ja poczułam się jak za dawnych czasów, kiedy jeszcze w Świecie Rumaków dosiadałyśmy koni na pastwiskach - najczęściej Broszki - i obserwowałyśmy jak światło zachodzącego słońca bawi się w końskich grzywach...
Nagle powietrze rozdarł huk. Nie był to bardzo głośny dźwięk. Mogłam zgadywać, że wydobył się z podjeżdżającego na parking samochodu Roberta. Ale dla koni było to zbyt wiele. Obie klacze wystrzeliły galopem. Chociaż udało mi się nie spaść, straciłam równowagę i przechyliłam się niebezpiecznie w prawo. Miałam szczęście, że obok biegła Dasha. A może i nieszczęście? Gdybym spadła z drugiej strony, być może nic by mi nie było. Zależy jakbym upadła. Ale wpaść pomiędzy kopyta dwóch rozpędzonych koni...?
Wyciągnęłam błyskawicznie obie ręce i uchwyciłam się grzywy Dashy. Wyczyn na miarę najlepszych kaskaderów. Lewą nogą oplotłam grzbiet Kanti, tyłek powoli zjeżdżał mi po jej boku, większość tułowia wisiała w powietrzu, zaś ręce ściskały grzywę Dashy w taki sposób, że prawy łokieć opierał się o jej kłąb. Wystarczyło, że konie by pobiegły w różnych kierunkach, żebym zrobiła sobie krzywdę.
Jeśli przyjdzie mi teraz zginąć, pomyślałam, powinni postawić mi za to pomnik. Zachwycające poczucie humoru, w stosunku do okoliczności...
Wydawało mi się, że słyszę, jak ktoś wykrzykuje moje imię. Zignorowałam to jednak. Miałam nadzieję, że nikt mnie teraz nie widzi.
Dasha poczuła się zagrożona i potrząsnęła łbem. Nie mogąc się ode mnie uwolnić wystrzeliła ze wszystkich czterech nóg do góry przez co dystans dzielący oba konie stał się zbyt duży. Reszta mojego ciała rozstała się z grzbietem Kanti. Gdybym miała chwilę na zastanowienie, w tym momencie opuściłabym się na ziemię i zostawiła rozpędzone rumaki. Jednak moje dłonie wciąż kurczowo ściskały czarną grzywę.
Wisiałam teraz przy boku Dashy. Zamachnęłam się i przerzuciłam prawą nogę nad jej grzbietem. Wreszcie mogłam bezpiecznie usiąść. Albo raczej wygodnie, bo bezpieczne to w dalszym ciągu nie było. W końcu siedziałam na Dashy - najdzikszym koniu, jakiego w życiu spotkałam.
Klacz nie zamierzała poddać się bez walki. Jeden baranek, drugi, trzeci... Następnie zaczęła obracać się wokół własnej osi. Objęłam ją za szyję, opierając się sile dośrodkowej. Nagle zatrzymała się gwałtownie, w tej samej chwili strzelając z zadu. Tego już nie wytrzymałam. Spadłam prawie pod samą Dashę. Upadłam na plecy i gwałtownie wypuściłam powietrze. Serce waliło mi jak oszalałe. Poczułam coś ciepłego i mokrego z tyłu głowy. Sięgnęłam tam ręką, by po chwili zobaczyć, jak spływają z niej czerwone krople, ba!, wręcz strumienie. Dłoń, którą przyłożyłam do tylnej części głowy była teraz cała we krwi. A nie to było najgorsze. Nade mną, w słonecznej poświacie górowała Dasha. Stała na zadnich nogach, młócąc przednimi w powietrzu. Pokrywały ją dziwne białe, lśniące łaty. Przez chwilę myślałam, że to pot, ale odwróciłam na moment wzrok i zauważyłam, że cały świat jest w takich plamach.
To ja tracę wzrok, zorientowałam się.
Widziałam, że przednie nogi Dashy szykują się, by opaść na mnie z pełnym impetem. Wtedy nasze spojrzenia spotkały się. Przypomniałam sobie, ile razy patrzyłam w te oczy - oczy pełne łagodności i miłości, choć zawsze skrywały cień dzikości. Teraz widziałam w nich tylko strach i nienawiść. Jednak na chwilę coś się w nich zmieniło. Wyglądały jak ślepia dawnej Dashy. Jej kopyta opadły trochę niżej, po czym znów wystrzeliły do góry, by zaraz opaść obok mnie, nie czyniąc mi krzywdy. Kara odwróciła się gwałtownie i pogalopowała na drugi koniec pastwiska.
Odetchnęłam głęboko, świadoma, że Dasha właśnie darowała mi życie. Moje serce gwałtownie zwolniło biegu i poczułam, że tracę przytomność.

~Iza~

- Iza? - spytała Karina.
- E... co mówiłaś? - otrząsnęłam się z zadumy.
Wracałam do nowej koleżanki myśląc o Wice i nawet teraz, stojąc przy Karinie, sens wypowiadanych przez nią słów rozpływał się gdzieś w powietrzu.
- Pytałam - odparła, starannie wypowiadając każde słowo - ile paszy trzeba dać Broszce. Tak się zastanawiałam... Ona nie pracuje, ale w końcu jest chora...
- Złamana noga to nie koniec świata - ucięłam. - Ja ją nakarmię.
Dalej pracowałyśmy już w ciszy. Cały czas zastanawiałam się nad tym, jak potraktowałam Wiktorię. Mogła poczuć się odrzucona.ale z drugiej strony ona poszła sobie z Bartkiem, zostawiając wszystko na mojej głowie.
- A ty jak myślisz? - spytałam Broszkę, gładząc ją po czole, kiedy Karina zniknęła w paszarni, poza zasięgiem słuchu. - Co mam zrobić?
Gniadoszka zamrugała spokojnie i złapała wargami za rękaw mojej bluzy.
- Nie pomagasz - skrzyżowałam ręce na piersi, odwracając się do niej tyłem.
Już miałam odejść od klaczy, by razem z Kariną przygotowywać pasze dla innych koni, kiedy poczułam mocne uderzenie w plecy. Jakąś sekundę później zorientowałam się, że leżę niemalże krzyżem w poprzek korytarza, na którym przed chwilą spokojnie stałam. Nade mną usłyszałam rżenie, zaś z naprzeciwka dobiegł mnie głośny śmiech. Broszka miała niezły ubaw ze swojego dowcipu, bo - jak łatwo się domyślić - to ona poczuła się zaniedbana i uderzyła mnie twardym łbem, żeby skupić na sobie moją uwagę. A zaraz z siodlarni wyszła Karina, którą zainteresowało rżenie klaczy. I rozbawił ją widok mnie leżącej na podłodze.
- Nie wylegujemy się - zawołała, hamując śmiech. - Do roboty.
Podała mi rękę i podniosłam się do pionu.
- Nie wiem, co oni dodają do tej wody - próbowałam drążyć temat - ale napiłam się łyka już i mam zaburzenia równowagi.
Obie na raz zaczęłyśmy się zwijać ze śmiechu. Chociaż mój żart mnie nie rozbawił i wątpie, żeby śmieszył koleżankę. Po prostu obie przypomniałyśmy sobie jak wyglądałam rozłożona na ziemi.
Wtedy po raz pierwszy tak mono zatęskniłam za Wiktorią. W końcu to my zawsze razem wybuchałyśmy śmiechem, nawet z takich głupot.
Zobaczę, co ona znowu wymyśliła, pomyślałam.
Najpierw musiałam dopilnować karmienia koni. Nie znam jeszcze zbyt dobrze Kariny, nie mogę jej do końca ufać. Sprawdziłam naszykowane przez nią paszę i kazałan Jakubowi,  który właśnie wszedł do stajni, by pomógł Karinie wsypać nasypać porcje do żłobów.
Wybiegłam ze stajni, idąc na ujeżdżalnię. Oczekiwałam, że tam znajdę moją przyjaciółkę. Myliłam się. Maneż był pusty, jeśli nie liczyć wróbla siedzącego na drągu jednej z treningowych przeszkód.
Dasha!, olśniło mnie.
Pobiegłam w stronę pastwisk. Byłam jeszcze daleko, kiedy je zobaczyłam. Wika siedziała, a wręcz wisiała u boku Kanti, która galopowała obok Dashy. Dziewczyna ściskała obydwiema rękami grzywę Karej. Hanowerka była wściekle przerażona, broniła się jak mogła. Wiedziałam, że gdyby Wika spadła pomiędzy kopyta dwóch pędzących koni, mogłaby nie mieć czasu ani okazji, by tego pożałować. Nawet nie miała kasku.
Wykrzyknęłam jej imię, ale nie zwróciła na mnie uwagi. Pobiegłam w jej kierunku. Gdybym była mądrzejsza, od razu pobiegłabym po Roberta. W końcu sama mogłabym jeszcze pogorszyć sytuację. Ale w takich chwilach działa się impulsywnie. Kto myśli logicznie patrząc, jak jego przyjaciółka próbuje pozbawić się życia?
Byłam już przy pastwisku, kiedy potknęłam się i upadłam. Gdy następnym razem spojrzałam na Wiktorię, siedziała na grzbiecie Dashy. Kara klacz wytrwale się przed nią broniła.
Dalsze rzeczy działy się szybko. Kilka baranów, upadek, stanie dęba, odwrót klaczy. Kiedy dobiegłam na miejsce, Wiktoria leżała nieprzytomna na ziemi. Była taka bezwładna, a z głowy sączyła jej się krew. Musiałam wezwać pomoc...
A może najpierw zabiorę ją zza zasięgu kopyt dwóch koni?, pomyślałam. A co z Kanti? Kij z tym, lecę po Roberta.
gify konie
Obiecuję, więc jestem xD Nie wiem, na ile utrzymam tą regularność, ale na blogu mam jeszcze jeden gotowy rozdział, a 74-ty zaczęty. I staram się poświęcać na pisanie każdą wolną chwilę, lepiej mieć kilka notek na zaś, niż marnować czas, a potem robić miesięczne przerwy. Tutaj nie będę się bardziej rozpisywać. Za półtora miesiąca kończymy dwa latka, ale to jest jeszcze troszkę czasu. Życzę miłego weekendu (:

niedziela, 5 października 2014

Rozdział 71

~Wika~

Szłam cały czas za Bartkiem, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Przeszliśmy przez całą stajnię, aż w końcu doszliśmy do biura. Roberta w środku nie było. Bartek złapał mnie za rękę, przeprowadził przez cały pokój i posadził na obrotowym fotelu przed biurkiem z komputerem. Uniosłam brew pytająco. Doczekałam się wyjaśnień. Na ekranie komputera widniała nowiutka strona internetowa naszego ośrodka. 
- Sam ją zrobiłeś? - spytałam zaskoczona. Pokiwał głową.
- Reklamujemy się - Bartek puścił do mnie oczko. - Jak ci się podoba?
Przeglądałam uważnie wszystkie podstrony, ciekawa co mogę tam znaleźć. Bartek opisał dokładnie naszą działalność, podał cenniki za świadczone usługi. Stworzył także zakładki każdego ze stacjonujących u nas koni. Nie chciało mi się ich czytać. Przeglądałam je od niechcenia, szukając Dashy. Nie znalazłam. Zrobiło mi się trochę przykro. Czyżby i on spisał Karą na straty? Może nie jest konikiem szkółkowym, co jednak nie znaczy, że można ją ot tak pomijać. 
- Jak ci się podoba? - spytał ponownie.
Zamrugałam szybko, wyrwana z letargu. Spojrzałam na niego i po chwili odwróciłam wzrok. 
- Może być - odburknęłam.
- Co jest nie tak?
- Raczej czego nie ma.
Wstałam z krzesła, szykując się do opuszczenia pomieszczenia.
- Nie wiem, czego nie ma - odparł, a ja byłam pewna, że wiedział - ale myślę, że powinnaś rzucić na to okiem.
Otworzył jakiś plik w urządzeniu. Przyjrzałam mu się od niechcenia i zamarłam. Był to zwykły program graficzny, jednak to, co w nim zobaczyłam zaparło mi dech w piersiach. Na środku znajdowało się zdjęcie Dashy stojącej dęba, otoczonej dookoła zielenią. Nad nią widniały zielone litery składające się na ,,Equiland".
- Nie zrobiłem jej zakładki, bo nie wiedziałem, co w niej napisać. Podchodziłem do tego kilka razy, z każdym kolejnym kończyłem coraz bardziej zrezygnowany, gapiąc się na pusty ekran. Pomyślałem, że ty to napiszesz najlepiej.
- Bartuś! - Rzuciłam mu się na szyję.
Widziałam, że chce mi coś powiedzieć, ale przez chwilę się wahał. W końcu nachylił się nade mną.
- Jestem pewien, że dasz sobie z nią radę - szepnął mi do ucha. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
Chłopak wyprostował się spojrzał mi w oczy, jakby chciał jeszcze coś mówić, po czym najzwyczajniej w świecie opuścił gabinet.
W korytarzu usłyszałam tętent kopyt. Bartek nie zdążyłby jeszcze wyprowadzić żadnego z koni, pomyślałam. Czyżby Iza już skończyła?
Weszłam między rzędy boksów. W rzeczy samej, moja przyjaciółka prowadziła Serir, a za nimi szła Karina.
- Izz... - zaczęłam. - Przepraszam, że ci nie pomogłam. Ja...
- Daj spokój, było fajnie - przyjaciółka obdarzyła mnie lekkim uśmiechem. - Zajmiemy się końmi, ty masz wolne do następnej jazdy, czyli za... - spojrzała na zegarek - godzinę.
Przez chwilę nie wiedziałam, co mam zrobić. Iza mówiła szczerym, sympatycznym głosem, jednak nie mogłam pozbyć się uczucia, że właśnie zwolniła mnie z opieki nad końmi. A wiedziała, jak ja to kocham. Miałam zaprotestować, ale ostatecznie zmieniłam zdanie. Zauważyłam inne przeznaczenie dla mojego wolnego czasu. Pokiwałam ochoczo głową i zniknęłam im z oczu. 
Pobiegłam na pastwiska. Zręcznie kluczyłam między wieloma ogrodzonymi obszarami, szukając tego właściwego. Denerwowała mnie trochę ilość należących do Equilandu małych pojedynczych pastwisk, lecz było to konieczne. Dobro koni było dla nas najważniejsze, a czasem trzeba wypuścić na padok konia, który nie lubi się z innymi. Tak jak w przypadku Dashy. Chociaż stroniła od innych koni nie była dla nich niebezpieczna, więc czasem pozwalaliśmy jej się z nimi paść. Najczęściej jednak stała sama na przeznaczonej specjalnie dla niej łące. 
Właśnie tej łąki szukałam. Dasha stała w rogu ogrodzenia, odwrócona zadem w moją stronę. Początkowo mnie nie zauważyła. Szłam wzdłuż pastucha, starając się poruszać jak najciszej. W pewnym momencie nastąpiłam na gałązkę. Klacz wystrzeliła wgłąb pastwiska, wymachując tylnymi nogami. Odprowadziłam ją tęsknym spojrzeniem. Przypomniałam sobie jak wspaniale się czułam, kiedy gnałam na jej grzbiecie po parkurze. Teraz nie mogłam nawet do niej podejść.
- Dasha! - zawołałam półszeptem, stając tam, gdzie ona stała chwilę temu.
Klacz odwróciła łeb w moją stronę, przyciskając uszy do czaszki. Chociaż stała prawie po drugiej stronie padoku, nie dało się nie zauważyć błyskających białek oczu  na tle czarnej sierści.
- Co ja mam z tobą zrobić? - spytałam bezradnie. - Dasha... - powtórzyłam.
Kara po chwili straciła zainteresowanie mną. 
W pewnej chwili przyszedł mi do głowy świetny pomysł. Pobiegłam do stajni zastanawiając się, który z naszych koni jest najspokojniejszy i tolerowany przez Dashę. Odpowiedź była prosta - Kanti. Dasha ją lubiła, a poczciwa, stara klaczka dała się prowadzić nawet bez siodła i ogłowia. Dziwiło mnie, że jeszcze nie znalazła domu. 
Szybko wyczyściłam Kantę w boksie i założyłam jej kantar. Dopięłam do niego wodze. 
- To sobie pojeździmy, misiu - Uśmiechnęłam się, klepiąc siwuskę po szyi. 
-  Co z nią robisz? - spytała Iza, zaglądając do nas do boksu. 
- Idziemy sobie pojeździć - odpowiedziałam krótko.
- W kantarze na oklep? - uniosła brew.
Nic dziwnego, że była zaskoczona. Świetnie wiedziała, że nie cierpię jeździć bez siodła i nie najlepiej kieruję koniem nie mając do dyspozycji wędzidła.
- Tak - oznajmiłam głosem nieznoszącym sprzeciwu. - Mam jeszcze czterdzieści minut wolnego, nie?
Iza wzruszyła ramionami. Miałam wrażenie, że chce coś powiedzieć, ale zaraz zawołała ją Karina krzycząc coś o ilości paszy, którą trzeba dawać koniom. Izabela zostawiła mnie i dołączyła do nowej koleżanki. Ja zaś ruszyłam w stronę wybiegu Dashy.
----------
Rozdział gotowy od półtora tygodnia, ale nie publikowałam go z nadzieją, że jeszcze coś dopiszę. Ostatecznie stwierdziłam, że jednak. Nic więcej nie wymyślę. Co mogę dodać jeszcze od siebie? Cóż, w szkole ciężko. Nawet mając do nauki tylko 3 przedmioty. Z angielskiego w 3 dni przerobiłam całą gramatykę , co uznaję za mały cud, bo nie mogłam się na to zdobyć od 9 lat, a teraz nawet mieszane tryby są mi niestraszne :D Ale pani nam obiecuje minimum (!) jedną kartkówkę tygodniowo z phrasali i idiomów, nie ma to jak 6 angielskich tygodmiowo :))
Z matmy jest najlżej, przynajmniej na razie. Chociaż tyle, bo matematyk też mam 6 w tygodniu.
Najciężej mam z fizyką, to moje najgorsze 4 godziny w tygodniu :/ ale jakoś dam sobie radę, muszę...
Staram się też być ten raz w tygodniu w stajni. Z jazdą idzie mi coraz lepiej,. Rzeczy, które kiedyś sprawiały mi wielkie problemy, teraz przychodzą z łatwością. Może szału nie ma, ale jestem zadowolona :) Tylko to mi zostało po tym, jak mimowolnie zaczęłam rezygnować z rysowania i pisania.
Ech... nic mi się nie chce. Ale jeszcze tylko 9 miesięcy nauki, a w międzyczasie święta jedne, drugie, ferie i masa długich weekendów xD
Ok, dość lania wody. Powiedziałam to, co chciałam. Na koniec chcę jeszcze poprosić o głosy w nowopowstałej ankiecie. Stwierdziłam, że znajdę czas na pisanie na jednym blogu. Drugiego zawieszę na czas nieokreślony. W razie nadmiaru wolnego czasu popiszę i na tym, ale wiadomo, że bardzo rzadko. Zaś na blogu, którego wybierzecie postaram się pisać regularnie; średnio raz na dwa tygodnie.
To tyle. A więc do następnego, moi drodzy :)
Edit: 6.10.14
Czy ja mam zaburzenia wzroku? Serio, nic nie piłam... ostatnio xD A jednak przy liczbie wyświetleń widzę minimum jedno zero więcej, niż na to zasługuję. 20.000! :o Jesteście cudowni, wspaniali i dzięki Wam za to :* Jak już mówiłam nie zasłużyłam sobie na to, ale postaram się zmienić (chociaż mogę brzmieć jak pozytywka powtarzająca tą samą melodię). Tacy świetni czytelnicy zdecydowanie motywują ♥