Kare Serce Konia

Kare Serce Konia

sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 66 [Prolog]

Od razu mówię, że jednak polecam przeczytanie tego prologu. Może on przypominać epilog sezonu 1-go, ale pozmieniam wiele w różnych miejscach, nie tylko wstawka na początku i zmiana zakończenia ;P A poza tym minął niemal rok od zakończenia sezonu nr 1. Na pewno odświeżenie pewnych faktów nie zaszkodzi ;)

~Wiki~

 - Wika, obudź się - coś mnie trąciło w ramię. Zignorowałam to. - Wiktorio, wstawaj! - krzyk był nie do zniesienia.
Gwałtownie przeturlałam się na bok i poczułam, że lecę. Chwilę potem uderzyłam w coś twardego. Jęknęłam przeciągle, otwierając oczy. Leżałam na podłodze, a nade mną rozciągała się miękka kanapa ze schroniskowej siodlarni. Przetarłam oczy. W głowie mi szumiało, widziałam podwójnie. Czułam się, jakbym dostała czymś w głowę. Pamiętałam tylko to, jak Bartek mi się oświadczył, a Iza... skoczyła z urwiska. Zamrugałam przeganiając zaćmę sprzed oczu i zachłysnęłam się. Przede mną stał... Robert! 
- Ty żyjesz - sapnęłam. - Chciałam się mu rzucić na szyję, ale zakręciło mi się w głowie i zostałam na miejscu.
Robert otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi od siodlarni otworzyły się na oścież. Zobaczyłam moją przyjaciółkę, trzymającą za wodze karą klacz.
- IZA! - krzyknęłam na cały głos. Klacz zastrzygła uszami. - DASHA!!!
Poderwałam się z miejsca nie zważając na zawroty głowy i skoczyłam klaczy na szyję. Wtuliłam twarz w aksamitną grzywę.
- Wiki, dobrze się czujesz? - spytał Robert bez cienia cynizmu. W jego głosie słyszałam łagodną troskę.
- Teraz tak - szepnęłam, kiedy miękkie, czarne chrapy łaskotały mnie po szyi. Serce biło mi tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. - Miałam... sen. Chyba. Myślałam, że wy... Wszyscy zginęliście. To znaczy Dasha zginęła na zawodach, ja uciekłam, nie jeździłam konno. Miałam dwójkę dzieci z człowiekiem, który nienawidził koni. Kiedy wróciłam Ty, Robercie nie żyłeś. Bartek prowadził schronisko, które zmienił w luksusową stajnię, a Jakub był frajerem i sukinsynem. Zdradził Izę, a potem zrobił jej dziecko. Ją zwolnili z pracy, bo pracowała w angielskiej stadninie i skoczyła z przepaści razem z ukochanym koniem, którego chcieli oddać pod nóż... - Mówiłam tak szybko, że aż brakło mi tchu. 
Kiedy skończyłam wpatrywałam się w Roberta, ciekawa jego reakcji. Mężczyzna uśmiechnął się pobłażliwie. 
- To by wyjaśniało, czemu przez ostatnie pięć minut snu darłaś się jak opętana. Ale to tylko sen. Kazałem Izie osiodłać Dashę. Może wybierzecie się na przejażdżkę, zanim wrócisz do treningów? Niedługo mistrzostwa.
- Ale Dasha zginie! Nie wystartuję w nich.
Robert położył mi ręce na ramionach.
- To... tylko... sen... - odrzekł spokojnie. - No idź. I baw się dobrze. Wystraszyłaś nas wszystkich tym nagłym omdleniem.
Nie dałam się uspokoić, ale musiałam chociaż zachować pozory. Uśmiechnęłam się przekonywająco i poszłam za przyjaciółką.
gify konie
   Iza była równie wściekła jak ja, kiedy jej powiedziałam o Dashy. Potem pogodziłyśmy się z tą myślą. A mi było łatwiej zrozumieć, czemu omal nie zginęłam podczas pierwszego spotkania z klaczą, skoro chciałam tylko jej pomóc. Niestety nie mogłam odgonić od siebie myśli, że powinna zginąć. I to wiele tygodni wcześniej nim tu trafiła. Jednak teraz nas kochała, a to było najważniejsze.
  Wielkie zawody zbliżały się dużymi krokami. Co dzień trenowałam po trzy godziny na parkurze. Musiałyśmy być najlepsze. I byłyśmy. Iza wydawała się zła, bo nie mogła jeździć na Dashy tyle, ile by chciała. Na moje treningi składały się trzy jednogodzinne jazdy, między którymi robiłyśmy godzinną przerwę. Po ostatniej partii Dasha też musiała odpocząć. Tak więc przez 6 godzin nikt nie mógł jej dosiadać oprócz mnie, a potem zazwyczaj jechałyśmy do domu. Nawet wcześniej, bo nie musiałyśmy czekać aż odpocznie po treningu.
-Najeździsz się na niej do woli po zawodach- pocieszałam przyjaciółkę. 
Chociaż sama miałam wątpliwości. Robert nie chciał słyszeć o mojej rezygnacji z powodu snu. A ja bałam się, że obrócimy to w rzeczywistość.
-Uhm- przytaknęła.- Wiem o tym. Ćwicz spokojnie, Wiki.
Jej głos brzmiał radośnie, ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że stwarzał tylko takie pozory. W końcu oprócz jazdy pozostawało coś jeszcze. W ogóle nie miałam czasu na nic związanego z pracą w Equilandzie. Izabela harowała jak jakiś parobek. Obrabiała konie, czyściła je, czasem dosiadała ich, żeby się rozruszały, te bardziej chore prowadziła w ręku. Przeprowadzała też kilka lekcji jazdy konnej dziennie. Robiła to wszystko kiedy ja, uśmiechnięta od ucha do ucha, śmigałam na parkurze na naszej ukochanej klaczy.
   Pewnego dnia Jakub zaprosił Izę na połowinki. Pamiętałam, że w śnie ucieszyła mnie ta wiadomość. Teraz jednak bałam się o nią. Wolałam, żeby zbytnio się do niego nie zbliżała. A co, jeśli faktycznie zobaczy go całującego się z inną? Nie mogłam do tego dopuścić. 
-Zamierzasz pójść?- spytałam ostrożnie.
-Chciałam, ale kto się zajmie tym wszystkim, jeśli mnie nie będzie? Może ty z nim idź?
Te słowa, pozornie wypowiedziane bez zastanowienia i nuty złośliwości, bardzo mnie zabolały. Nie wiem, czy powiedziała to specjalnie, ale zabrzmiało to dla mnie tak: ,,Nie mogę pójść z Kubą na bal, bo beze mnie sobie rady nie dadzą, za to ty już od dawna jesteś zbędna, więc z czystym sumieniem możesz pójść." Wiedziałam, że coś jej się od życia na leży.
To tylko sen..., pomyślałam. Nic jej nie będzie.
-Izz- rzekłam spokojnie.- Niczym się nie martw. Zrobimy sobie wtedy, ja oraz Dasha, dzień wolny od treningów. Ona odzyska siły, a ja zajmę się wszystkim.
Mruknęła coś bez przekonania, ale przyjęła zaproszenie przyjaciela.
gify konie
---3 miesiące później---
   Wreszcie nadszedł dzień zawodów. Rano całym sercem chciałam dosiąść Dashy, żeby jeszcze poskakać, ale rozum odrzucił tą chęć. Ćwiczyłyśmy przez ostatnie pół roku; teraz powinna jak najbardziej odpocząć. Miejsce zawodów było jakieś cztery godziny spokojnej jazdy samochodem od Equilandu. Zawody zaczynały się o piętnastej. Moi rodzice wyjechali już o dziewiątej. My postanowiłyśmy zostać z Robertem i chłopakami i wyjechać razem z nimi.
-Długo jeszcze?- spytałam zdenerwowana.- Jest za dziesięć jedenasta. Zamierzacie wyjechać o piętnastej? - wciąż miałam na uwadze, że to przez spóźnienie zginęła Dasha i nastąpiły wszystkie komplikacje.- Nie dość, że musimy tam dojechać, to jeszcze przydałoby się rozgrzać Dashę. I ją wyczyścić. Na przykład takie kopyta. Z ubłoconymi nie pojedziemy, bo jeszcze się poślizgnie i... możemy mieć wypadek.
-Dziewczyny!- Robert zacisnął ręce na ogrodzeniu, koło którego staliśmy. Spojrzał w ziemię i odetchnął głęboko.- Zdążymy. Ale błagam was, nie utrudniajcie tego. Nie możemy zostawić siedemnastu koni ot tak, na kilka albo kilkanaście godzin. Musimy tu wszystko ogarnąć oraz poczekać na pana leśniczego, który obiecał doglądać tego wszystkiego. Jeśli chcecie pomóc już teraz oporządźcie Dashę, a potem zapakujcie ją do przyczepy.
Wykonałyśmy polecenie. Było jednak już dwadzieścia po jedenastej, gdy wreszcie wyjechaliśmy. Zadzwoniłam do rodziców i powiedziałam, żeby odebrali mi numerek jak dojadą.
Nasza przyczepa była doczepiana do samochodu osobowego, dzięki czemu mogliśmy jechać w jednym aucie.
gify konie
-Znowu się zaczyna- szepnął Robert. Zdawał się mówić bardziej do siebie.- Mam deja vi, ale oby nie skończyło się to tak, jak ostatnio.
-Wiozłeś kiedyś innych wolontariuszy na zawody i coś się stało?- spytałam.
Chyba dopiero teraz dotarło do niego, że to słyszeliśmy.
-Nie do końca- pośpieszył z wyjaśnieniami Bartosz.
-Bartek...- rzucił Robert ostrzegawczo.
-No co? Tato, one mają prawo wiedzieć. A zbyt długo trzymaliśmy to w tajemnicy. Powiesz im, czy ja mam to zrobić?
-Mów- mruknął mężczyzna.
-Jak wiecie- zaczął Bartek- schronisko jest tu dopiero od niedawna.Wcześniej mieliśmy stadninę na mazurach. I naszego wspaniałego konia Demona...- Przez chwilę się zamyślił.- Wszyscy wołali na niego Demo. Był naprawdę przepiękny... Nawet nie rasowy, ale piękny. O ile dobrze pamiętam matka była oldenburką, a ojciec folblutem. Sierść Demo była jasnobrązowa, wręcz rudawa- jak u kasztana, a grzywa kruczoczarna.
-Bartoszu, do rzeczy- mruknął Kuba.
-Nie przerywaj mu- zaprotestowała Iza.
-Nie, on ma rację- Bartosz potrząsnął głową, przeganiając stare wspomnienia.- A więc Demon, wbrew imieniu był niezwykle spokojnym, ułożonym koniem. Tata startował na nim w tych zawodach co ty, Wiki, teraz.
-I przegrał- dokończyła Iza.
-Ależ nie.- Tym razem odezwał się Robert.- Zająłem pierwsze miejsce.-Zaniemówiłyśmy, a on kontynuował:- Myślicie, że do sukcesu jest potrzebny rodowód? Oczywiście, że nie. Nawet Dasha nie musi być stu procentowym hanowerem, a jak skacze.
-Amanda nie kupiłaby nierasowego konia- wtrąciłam.
-Amanda?
Zapomniałam, że tylko Izie powiedziałam, co usłyszałam tamtego pamiętnego dnia. Nie zwierzyłam się nawet Bartkowi, który ostatecznie widział jak mdleję, ale nie wiedział czemu. Opowiedziałam im wszystko. Robert pokręcił tylko głową smutny, wściekły, zażenowany- tego nie wiedziałam. Widział jaka była Dasha. Był też przy tym, gdy omal mnie nie zabiła. Nic dziwnego, że odjęło mu mowę.
Potem opowieść kontynuował
-Demon stał się bardzo sławnym koniem. Ludzie z całej Polski przyjeżdżali, żeby go zobaczyć, a nawet na nim pojeździć. Był tak popularnym i... dobrym koniem, że braliśmy sto złotych za godzinę jazdy na nim. I to był błąd. Na zbyt wiele pozwoliliśmy ludziom. Domo stał się rozdrażniony, niecierpliwy. Raz, gdy Bartek spróbował na nim pojeździć, ledwo uszedł z życiem. Nasz skokowy misiek stał się godny swego imienia. To, co on robił, było nie do opisania. Wyobraźcie sobie Dashę. Tyle, że od niej wszyscy trzymali się z daleka. Demon nie miał okazji siedzieć w samotności, nie niepokojony przez nikogo. Tak jak mówiłem, Bartek raz miał z nim problemy. Demuś zafundował mu rodeo, a gdy jeździec leżał na ziemi, koń stał nad nim wymachując kopytami. Nikogo nie było w pobliżu. Bartek miał nad tobą, Wiki, tą przewagę, że nie był w kącie. Leżał na środku ujeżdżalni, ze wszystkich stron miał wolną przestrzeń. Udało mu się przeturlać parę metrów i wydostać z ujeżdżalni. Po tym wypadku skończyliśmy z prowadzeniem jazd na Demonie. Ale ludzie wciąż przychodzili. Chcieli robić mu zdjęcia, czasem rzucali w niego kamieniami, żeby pokazał się z innej strony lub poszedł tam, gdzie chcieli. Nie udało nam się do końca nad tym zapanować. Pewnego dnia poszła do niego nasza młodsza siostra Asia, cztery lata młodsza ode mnie. Miała wtedy dziesięć lat.
Sekundę wcześniej kichnęłam, jednak po wzmiance o ich siostrze, o której nigdy nie słyszałam wstrzymałam oddech i odwróciłam głowę, by spojrzeć na Jakuba. On uśmiechnął się smutno.
-Mówiliśmy się, żeby do niego nie podchodziła- kontynuował- ale tak kochała konie... Chciała mu pomóc.- Pociągnął nosem.- Demon potraktował ją tak jak Bartosza, ale nie musiał jej zrzucać ze swojego grzbietu, Aśka nie zamierzała go dosiąść. Stała na ziemi, gdy on ją zaatakował... Bartku?- Jakub nalegał, by to brat skończył opowieść.
-Kuba był jeszcze w szkole- oznajmił sucho Bartosz. Ja wiedziałam, że to wyznanie przychodzi mu z trudem.- Ja wróciłem wtedy wcześniej. Aśka została w domu, bo była przeziębiona, mama była w pracy, tata pojechał po nowego konia. Bo oprócz Demona w naszej stadninie na trzydzieści koni mieliśmy ich jeszcze dwadzieścia. Ale do rzeczy. Zobaczyłem Joankę w chwili, gdy stała pod górującym nad nią ogierem.  Krzyknąłem i rzuciłem się w tamtą stronę. Aśka spojrzała na mnie, w tym momencie Demon ją kopnął w głowę. Miałem do przebiegnięcia kawałek podwórka i część padoku, plus ogrodzenie do przeskoczenia między nimi. Kiedy dobiegłem Demon opuścił już przednie nogi... na mojej siostrze. Złamał jej parę żeber, ale zginęła już od kopniaka w głowę.- Głos mu się załamał.- Spóźniłem się...
-To nie była twoja wina- odpowiedział Rob szybko.- To ja ją zostawiłem. Kamila, moja żona, była wściekła. Wydawało mi się, że nawet nie zapłakała po śmierci córki, a od razu myślała co zrobić z tym wszystkim. Oczywiście ją to dotknęło najbardziej. Już znalazła kupca na całą stajnię ze wszystkimi końmi, kiedy powiedziałem, że nie mam zamiaru tego zostawiać. Zwyzywała mnie od najgorszych, chciała wyprowadzić się razem z chłopcami. Ale oni nie chcieli. To znaczy Bartek był zbyt wstrząśnięty, by sam mógł decydować. Widział w końcu jak ukochany koń zabija jego jedyną siostrę. Chciał iść tam, gdzie brat. A Jakub nie mógł żyć bez koni. Tak więc Kamila odgrażając się odeszła sama. Jednak nam było tu żyć trudniej niż przypuszczaliśmy. Postanowiłem sprzedać stajnię, wyjechać gdzie indziej. Demonowi już nic nie mogło pomóc. Musieliśmy go uśpić. Widziałem jak ta bestia, która zabrała mi córkę i omal nie zabiła syna, zasypia spokojnie. Wtedy stwierdziłem, że w takich wypadkach uśpienie jest bardziej humanitarne niż pozostawienie konia przy życiu. To pewnie wyjaśnia wam, czemu byłem taki wściekły, kiedy zbliżyłyście się do Dashy zanim was zaakceptowała i dlaczego tak bardzo chciałem ją uśpić. To drugie jeszcze rozwinę. Niedługo przed waszym przybyciem Bartosz próbował z nią pracować. Pewny swych możliwości wpakował się jej na grzbiet. Skończył tak jak po przejażdżce na Demonie. Ale gdyby mnie tam nie było, dołączyłby do Joanny. Bez wątpienia uratowałyście Dashę, ale najbardziej ryzykownym sposobem. A jeszcze wcześniej, bo tego nie powiedziałem, po sprzedaży naszej stadniny wyjechaliśmy tutaj, niemal przez przekątną kraju i zbudowaliśmy Equiland. Pomysł na schronisko wziął się właśnie od Demona. Chcieliśmy ratować konie. Dasha była jednym z pierwszych naszych koni. Kiedy braliśmy ją z rzeźni na szprycowali ją tyloma środkami usypiającymi, że sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. U nas ,,wytrzeźwiała" i zaczęła szaleć. Resztę już znacie. Po prostu od tej pory nie startuję w zawodach. Swoje umiejętności wykorzystuję w pracy z końmi, ale nigdy publicznie. Nawet teraz, gdy Equiland przypomina bardziej szkółkę jeździecką niż schronisko, zajmuję się finansami, a to chłopcy prowadzą jazdy.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Kto by pomyślał? Robert miał córkę, która zginęła przez konia, a mimo to miłość do koni zwyciężyła. Dziwne, że zgodził się zostać synom. Sam mógł chcieć zostać z końmi, ale Bartek już parę razy omal nie zginął, nie wiem jak z Jakubem. Miałam zamiar powiedzieć to głośno, ale mogłoby to zabrzmieć oskarżycielsko, a nie chciałam nikogo urazić. Nie musiałam się z Izą porozumiewać słowami, by obiecać sobie, że nie wrócimy nigdy do tematu.
Dalej zastanawiałam się nad moim snem. Łatwo było się domyślić, co jest fałszem. Cały ten sen, czy może raczej koszmar, był bardzo niejasny. Ja na pewno nie patrzyłabym tylko na swoje dobro. Przyjęłam zaręczyny dzień po rozstaniu z mężem, nie mając nawet rozwodu i nie pytając o zdanie moich dużych już dzieci. A Iza? Na pewno zabiłaby siebie, nienarodzone dziecko i ukochanego konia. Konia, który nie przestraszył się jadącego obok głośnego motocykla. Uśmiechnęłam się pod nosem.
To jednak nie ma sensu, pomyślałam. Musze po prostu o tym zapomnieć.
gify konie
Szybciej, szybciej, powtarzałam w myślach. Mieliśmy jeszcze pół godziny do rozpoczęcia zawodów, a do przejechania zostało nam z dziesięć kilometrów. Zdążymy, pocieszyłam się. Wtedy jak na złość usłyszeliśmy trąbienie. Spojrzałam przed siebie i jęknęłam na widok kilometrowego korka.
-Cholera- mruknęłam.
-Delikatnie powiedziane- odpowiedział Robert. Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego zirytowanego. No, może tylko wtedy, kiedy ponaglałyśmy go przed wyjazdem.
Chciałam powiedzieć, że już byśmy byli na miejscu, gdyby mnie posłuchał, wolałam jednak bardziej go nie denerwować
-Otwórz przyczepę- poleciła Iza
-Że co?- spojrzał na nią zaskoczony. Siedziała na przednim siedzeniu, więc nie było to trudne.
-Pojedziemy na Dashy. 
Iza czytała mi w myślach. Sama chciałam to zaproponować, ale trzymałam język za zębami. 
Nie mogę do tego dopuścić. O nie...
-Chcesz jechać po betonie między samochodami?
-Nie do końca. Obok drogi jest las. Pojadę z Wiką na Dashy. Tak będzie szybciej.
-Obiecałem waszym rodzicom, że przyjedziecie całe i zdrowe. Zabiją mnie, jeśli coś wam się stanie- Robert przejechał parę metrów, gdy korek się ruszył, po czym znów stanął.
-Obiecałeś też, że przywieziesz nas tam na czas- przypomniała mu, otwierając drzwi.
-A jeśli zabłądzicie?
-Trafimy- uśmiechnęła się Iza przekonująco.
-Ehh- Robert podał mi kluczyk od przyczepy.- Wejdźcie do niej i ją osiodłajcie. Nie mamy czasu ani możliwości zatrzymywać się na długo. Więc wyprowadzicie ją, jak będzie gotowa.
-Nie - mruknęłam.
-Że co? - oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- Wszędzie jest pełno błota, a my naprawdę nie znamy drogi. Błądząc w lesie na pewno nie zdążymy.
Po długiej kłótni z Izą, siłą, mając wsparcie Roberta, przekonałam ją, żebyśmy zostały.
gify konie
Korek ciągnął się niemiłosiernie, a ja zagryzłam zęby. W końcu w głowie zaczęły kłębić mi się myśli, że może dobrze będzie, jeśli nie zdążymy. Na początku przecież w ogóle nie chciałam startować w zawodach. Widać w tym cały sens. Jeśli chcę zmienić przyszłość, co mi się zaczęło udawać, nie mogę wziąć w nich udziału. Pozostawała jeszcze jedna bardzo ważna kwestia- czy mój sen rzeczywiście mówił o przyszłości, czy to zwykły koszmar, który może zniszczyć moje marzenia o mistrzostwach? 
Wreszcie usłyszałyśmy dźwięki dobiegające ze stadniny, do której jechaliśmy.
-Jesteście!- krzyknęła mama.- Co tak długo?
-Późno wyjechaliśmy, a potem był korek- odpowiedziałam, wyprowadzając Dashę w przyczepy.
-Masz jedynkę, zaraz jedziesz- poinformowała mnie.
-Co?!- nawet zapomniałam poprawić ją, że nie JA jadę, lecz MY. Nie lubię, jak ktoś zapomina o koniach, których dosiadają zawodnicy.- Nie możemy! Dasha nie jest gotowa.
-Było wcześniej wyjechać- wtrącił tata.
-Chciałam- warknęłam.
= Na parkur zapraszamy Wiktorię na klaczy hanowerskiej o imieniu Dasha = oznajmił głos z głośników.
Jęknęłam cicho. Kopyta Dashy były wcale nie w lepszym stanie niż gdybyśmy jechały przez las. Rzuciłam okiem na ogłowie, by wiedzieć, że wszystko z nim w porządku. Zapięłam jeszcze popręg o jedną dziurkę więcej, wcześniej nie miałyśmy czasu go podciągnąć. Potem wskoczyłam na siodło. Kłusem wjechałyśmy na maneż. Rzuciłam na niego okiem. Ujeżdżalnia była trawiasta, odkryta. Trawa wyglądała na mokrą po deszczach, których ostatnio w okolicy nie brakowało. Wiedziałam o tym już w lesie, kiedy miejscami błoto sięgało Dashy do kolan. Co prawda obok była hala, do której byśmy się przenieśli, gdyby padało. Ale nikt teraz nie czuł takiej konieczności, w końcu świeciło słońce. Trawa wyglądała na śliską. Jeszcze z kopytami dokładnie wyrównanymi przez błoto, które zostało na nich jeszcze z poprzedniego dnia... Nie widziałam ich od spodu, ale założę się, że ,,system antypoślizgowy" Dashy właśnie uległ awarii.
Dlaczego nie wyczyściłyśmy jej przed wyjazdem, pomyślałam niepocieszona.
Zaczęłyśmy spokojnie, ale moje obawy się potwierdziły. Ledwie udawało mi się kierować klaczą. Za bardzo przyspieszała, skręcanie przychodziło nam z trudem. Czułam, że zaczyna panikować.
-Spokojnie- poklepałam gorącą czarną szyję.- Uda nam się. Zaufaj mi.
Chyba najpierw ja powinnam zaufać jej..., pomyślałam. Dasha była wspaniałą klaczą, ja jednak trzymałam ją krótko, szarpałam wodze i serce waliło mi za każdym razem, gdy minimalnie przyspieszyła bądź się potknęła. Ona wie, co robi. Nie skrzywdzi mnie
   Już prawie skończyłyśmy przejazd. Zostały tylko dwie przeszkody. Wszystkie inne pokonałyśmy bezbłędnie. Teraz dojeżdżałyśmy do oksera. Miał wysokość około półtora metra i długość jednego metra. Kazałam Dashy zagalopować.
W końcu stwierdziłam, że za bardzo się rozpędziłyśmy. Klacz z każdą sekundą bardziej wyciągała chód. W końcu przejdziemy do cwału. Ściągnęłam wodze, Kara wydała się tego nie zauważyć. Z całej siły wywarłam nacisk na jej zad. Miałam nadzieję, że to ją spowolni. Zamiast tego przysiadła na zadzie, nie dotykając nim ziemi i jadąc na kopytach jak na łyżwach. Ogarnęła mnie panika. Dystans dzielący nas od oksera niebezpiecznie malał. Powinnam zachować zimną krew, uspokoić Dashę, ale nie mogłam. Pozostawała jeszcze jedna opcja. Mogłam ewakuować się z siodła, lądując na bezpiecznej trawie. Ale nie byłabym sobą, gdybym zostawiła Dashę. Siedząc na niej w każdej chwili mogę coś zrobić... Gdyby tylko się dało... Cóż, jak będzie okazja, na pewno jej pomogę. Gdybym ją zostawiła... nie chcę myśleć, co by się stało. Kapitan idzie na dno ze statkiem, pomyślałam, a jeździec upada razem z koniem. Kolejną sekundę później już nie miałam tej możliwości. Klacz potknęła się, a noga utkwiła mi głęboko w strzemieniu. Nie miałam ani siły, ani czasu jej wydostawać. Każda normalna osoba pomyślałaby, że błaźni się przed całą Polską albo chociaż że cały kraj patrzy. Mi nawet nie przyszło to do głowy. Wiedziałam tylko, że widzą mnie rodzice, Iza, Robert, Bartek z Kubą, którzy musieli się o mnie strasznie martwić; a pod sobą mam śmiertelnie przestraszonego konia. Nie dziwiła mnie jej reakcja. Sama nie bałam się tak bardzo nawet wtedy, gdy dawno temu galopowała na mnie wściekła kara hanowerka. Od przeszkody dzieliło nas co najwyżej półtora metra, gdy Dasha skoczyła. Cóż to był za skok! Przez chwilę myślałam, że przeskoczy te trzy i pół metra, lądując po drugiej stronie oksera. Ale żaden koń nie był do tego zdolny, pomijając te najlepsze konie w historii. Jednak los chciał, żeby wylądowała w środku przeszkody. Gdyby upadła na grzbiet, zabiłaby mnie na miejscu. Zginęłabym jak nic przygnieciona z jednej strony twardymi, nierównymi drągami, a z drugiej- półtonowym koniem. Ona jednak postanowiła mnie chronić. Zdecydowała się na o wiele bardziej niebezpieczną sztuczkę. Niebezpieczną dla niej... Stanęła pionowo na przednich kopytach między zrzuconymi drągami. Zauważyłam, że jedną nogę postawiła na drągu. Widać nie trzymała ciężaru nas dwóch lub po prostu resztki oksera jej nie pozwoliły wytrwać w tej pozycji, bo przednie nogi ugięły się pod nią. Wylądowała najpierw na głowie, potem całą siłą przewróciła się na bok, by nie upaść na grzbiet. Uderzyłam głową w toczku o drąg. Z przygniecionej przez Dashę lewej nogi eksplodował koszmarny ból. Prawa ręka zacisnęła mi się na wodzach. Lewą opuściłam trochę niżej, jej palcami pogładziłam gorącą szyję przyjaciółki. Przed oczami widniała ciemność, w uszach mi dzwoniło, z całej siły zacisnęłam zęby broniąc się przed bólem z nogi. Życie ze mnie uciekało. Próbowałam uciec przed tym wszystkim. Tracąc przytomność nie mogłam pozbyć się myśli, że Dasha właśnie uratowała mi życie...
gify konie
Wiem, wybrałam najbardziej przewidywalną wersję, ale nie mogłam wymyślić nic innego xd
Wyjaśniłam też, dlaczego Epilog był taki... jaki był. Niejasny, krótki. I teraz zaczynamy od początku ;) Wycięłam stąd tą część ze szpitalem, bo... po prostu nie mam tego jeszcze dopracowanego. Stwierdziłam, że zakończenie w takim momencie będzie idealne :)
Zapraszam na nowego bloga, którego założyłam z Nikki:
http://horse-tips-for-you.blogspot.com/
Nie jest opowiadaniowy, ale mamy nadzieję, że się spodoba ;)

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Rozdział 65 [EPILOG]

,,Straszną jest rzeczą, kiedy dusza zmęczy się życiem szybciej niż ciało." - Marek Aureliusz

~Wiki~

Oczywiste dla mnie było, że koniem, którego kupimy będzie Highway. Bartosz zaskoczył mnie, kiedy zaoferował, że odda mi go za darmo. Nie wypadało się nie zgodzić.
Następnego dnia, kiedy Magda i Rafał czyścili Higha, Bartek odciągnął mnie na bok. Poszliśmy do siodlarni, zamknął za nami drzwi. Klęknął.
- Co ty robisz? - spytałam speszona.
- Wiktorio... czy spełnisz moje życiowe marzenie i zostaniesz moją żoną?
Wpatrywałam się w niego chwilę, ale od początku znałam odpowiedź.
- Tak! - krzyknęłam, rzucając się mu na szyję.

~Harry~

Byłem wściekły na Izę. Pojechała do Polski na pogrzeb babci. Na pogrzeb! A wróciła z dzieckiem, w dodatku nie moim. Związek powinien opierać się na zaufaniu. Jak mógłbym jej jeszcze kiedyś zaufać? Może wybaczę, ale nigdy nie zapomnę. Zastanawiałem się, co zrobić ze swoim życiem. Oczywiste było, że będziemy się spotykać niemal codziennie w pracy. Kochałem konie. Jeśli ktoś miał zrezygnować z pracy to właśnie Iza. Przede wszystkim nasza stadnina była bardziej ujeżdżeniowa. A Iza wolała skoki. Nie mieliśmy w stajni nawet dobrych koni do skoków. Więc ja się bardziej nadawałem. Z drugiej strony przychodziłem do tej stadniny od dziecka, to w niej nauczyłem się jeździć.
Wtedy przyszedł mi do głowy świetny pomysł. Jeśli porozmawiam z szefostwem, może ją zwolnią. Mój tata był dobrym przyjacielem szefa. Powinien mnie posłuchać.

~Iza~

Cóż miałam zrobić? Byłam w potrzasku. Nie widziałam z niego wyjścia. Miałam zamiar pójść do narzeczonego i błagać go o wybaczenie. Ale czy się zgodzi? Wiedział też pewnie, że chciałam z premedytacją go okłamać. Musiałam zrozpaczona stwierdzić, że tak było. Gdyby Harry był w pełni zdrowy, wmówiłabym mu, że to jego dziecko. Jakub to palant. W ogóle go nie obchodziłam. Bogaty gnojek, którego kiedyś nawet lubiłam. Próbowałam sobie przypomnieć tego samego chłopca, który niegdyś pracował w schronisku dla koni. Miły, sympatyczny, pomocny, zaangażowany w pracę ze zwierzętami. Nie wiem dlaczego, ale podobał mi się bardziej niż Bartek.
Jeśli nie wiesz o co chodzi, pomyślałam, musi chodzić o pieniądze. Cały świat się teraz na nich opierał. Bartek miał w spadku dostać całą stadninę. Jakub odszedł praktycznie z niczym. Ale nie chciał... Dobrowolnie odszedł ze stadniny. Zamierzał podbić cały świat, mało go obchodziło dożywotnie zbieranie gnoju i ujeżdżanie pół dzikich koni.
Odetchnęłam głęboko, wyjeżdżając samochodem z garażu. Do jutra trwał mój urlop, ale czułam potrzebę spotkać się z końmi. Wiedziałam, że jedno spojrzenie końskich oczu da mi ulgę w problemach.
Po drodze minęłam samochód Harry'ego. Wyglądało na to, że właśnie wracał ze stadniny. Zmusiłam się, by odwrócić wzrok.
gify konie
Dojechałam do stadniny. Wysiadłam z samochodu. Na parking minęłam szefa.
- Izabelo - powitał mnie krótko. - Nie masz jeszcze dziś urlopu?
- Stęskniłam się za końmi - odparłam. - Mogę wziąć Fire'a na  przejażdżkę?
- Jak konie wrócą z jazdy, czyli za jakieś 10 minut, będziemy karmić. Fire stoi w boksie i wolę, żeby przed jedzeniem nie wychodził.
Skinęłam głową. Postanowiłam przywitać się z moim ulubieńcem, a pojeździć jak odpocznie po jedzeniu.
Weszłam do stajni, a w budynku rozeszło się szczere rżenie. Konie, z których większość znała mnie od lat, cieszyły się, że wróciłam. Jednak z drugiego końca stajni roznosiło się nie tylko powitalne rżenie, ale też niecierpliwe uderzanie kopytami w ściany boksu. Zdecydowanym krokiem podążyłam w tamtą stronę.
- Hej, maleńki - powiedziałam, stając przed boksem Fire'a. Zanurzyłam palce w czarną jak noc grzywę ogiera.
Koń spojrzał na mnie i parsknął, dmuchając powietrzem w moją twarz.
Zachichotałam. Zręcznym ruchem odsunęłam zasuwę przy drzwiczkach i wsunęłam się do boksu. Wyjrzałam na korytarz. Chciałam wiedzieć, czy ktoś idzie. Wszędzie dookoła było pusto. Większość ludzi znajdowała się albo na czworoboku, albo w paszarni, przygotowując obiad dla koni. Mogłam więc zrobić to, na co miałam ochotę od wielu godzin. Wtuliłam twarz w grzywę ogiera i dałam ujście łzom. Koń skręcił łeb w moją stronę i skubnął mnie za włosy. Zaśmiałam się przez szloch. To konie zawsze poprawiały mi humor. Kiedyś wiedziałam, że jeśli będę miała umrzeć, to w siodle. Nie wiedziałam jeszcze jak. 
Zresztą... miałam dla kogo żyć, pomyślałam, odgarniając z czoła ogiera kosmyk grzywy.
Wytarłam oczy rękawem bluzki. Musiałam teraz wyglądać okropnie. Rozmazałam się, a Fire teraz też do najczystszych nie należał. Poszłam do łazienki, unikając ludzi jak ognia.
Umyłam twarz i wróciłam do stajni. Konie właśnie były skarmiane, więc postanowiłam nie przeszkadzać. Wyszłam przed stajnię, siadając na ławce i czekając cierpliwie.
- Wiktorio, musimy porozmawiać - powiedział szef, siadając obok mnie. - Zapraszam do mojego biura.
Wstaliśmy, a ja podążyłam w ślad za pracodawcą. 
- Przywitałaś się z tym karym ogierem? - spytał.
- Owszem. Ale nie wiem, po co mnie tu pan przyprowadził.
- Widzisz - odezwał się bardzo czystą angielszczyzną z wyraźnym brytyjskim akcentem - musimy poważnie porozmawiać.
- Tyle zrozumiałam - mruknęłam niezbyt sympatycznie.
- Długo zastanawiałem się, co mam zrobić z Fire'em...
- A co niby miałby pan z nim zrobić? - zaniepokoiłam się.
- Fire się do niczego nie nadaje. Słucha tylko ciebie. Nikt inny sobie z nim nie daje rady. To bestia, nie koń.
Poruszyłam się niespokojnie pod spojrzeniem mężczyzny.
- Przecież nigdzie się nie wybieram. Będę z nim już zawsze.
- Przykro mi. Od dziś tu nie pracujesz.
Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie cegłą w brzuch. Nie mogłam wydobyć z siebie słowa, ani nawet oddychać.
Właśnie mnie zwolnił..., sapnęłam zbita z pantałyku.
Patrzyłam na mojego BYŁEGO szefa, oczekując dalszych wyjaśnień. Gdy nie nadeszły, odważyłam się spytać:
- Co to oznacza dla Fire'a?
- Postanowiłem go sprzedać. Na rzeź.
Zakręciło mi się w głowie. Marzyłam, by teraz paść na ziemię i zginąć. Właśnie zawalił się cały mój świat. Straciłam polskich przyjaciół; narzeczonego, a co za tym idzie także dom, będący własnością Harry'ego; pracę; a teraz jeszcze najlepszego przyjaciela.
- Odkupię go. - Nic innego nie przyszło mi do głowy.
- Za co? Wiem, że nie masz pieniędzy. A poza tym już go sprzedałem. Handlarz przyjedzie po niego za godzinę. Gdybym teraz się wycofał, drooogo by nas to kosztowało - uśmiechnął się porozumiewawczo.
Miałam deja vi. Dawno temu też straciłam ukochanego konia. Co prawda później okazało się, że klacz o imieniu Broszka przeżyła. Ale my przez wiele miesięcy byłyśmy przekonane, że zginęła. Z tą różnicą, że Broszka była ciężko ranna, praktycznie nie mogła chodzić. A Fire... on był jak Dasha. Piękny, młody, zdrowy, w pełni sił... po prostu temperamentny. Co nie znaczy, że powinien cierpieć. Wtedy do głowy przyszedł mi pewien pomysł.
- Mogę się z nim pożegnać? - zapytałam nieśmiało.
- Masz kwadrans - odpowiedział szybko, gestem nakazując mi opuszczenie gabinetu.
Mój ex szef został w gabinecie, jego żony nie było tego dnia w stajni, a nikt inny nie wiedział, że właśnie straciłam pracę. Żadna z krzątających się po stajni osób nie zwróciła na mnie uwagi. Zignorowali to, że wzięłam siodło i ogłowie Fire'a, a następnie poszłam go siodłać.
Właśnie wyprowadzałam ogiera z boksu za przerzucone nad szyją wodze, kiedy na korytarzu stajni pojawił się ten sam człowiek, który piętnaście minut temu mnie zwolnił. Spojrzał na mnie osłupiały. Wskoczyłam na konia, nie zaprzątając sobie głowy strzemionami. Naprędce dałam łydkę do galopu, łapiąc przy tym wodze w obie ręce. Wszyscy uskakiwali przed rozpędzonym koniem. Wyjechaliśmy ze stajni. Przy okazji włożyłam nogi w zwisające po bokach konia strzemiona. Zrobiłam duży półsiad, cały czas poganiając konia. Po drodze minęłam mojego narzeczonego stojącego z motocyklem przed stajnią. Widocznie odstawił samochód i przyjechał swoim ścigaczem. Widząc mnie cwałującą przed siebie, wsiadł na pojazd i pojechał za nami. Wiedziałam, gdzie jedziemy. Wszystko miałam zaplanowane. Niestety nie wchodziło w grę zgubienie Harry'ego. Dotrzymywał nam tempa nawet w zaroślach, ciasnych przejazdach, czy kiedy trzeba było nad czymś przeskoczyć. Nic nie mówił, nawet gdy się zrównaliśmy. Tylko jechał koło nas. Może czekał, aż każę się zatrzymać koniowi?
Zatrzymałam go nad klifowym wybrzeżem. Klif był ogrodzony przez niewielkie, około metrowe ogrodzenie. Przeskoczylibyśmy je bez problemu. Wiedziałam, że teraz nie ma dla nas ratunku.
- Nie zbliżaj się - warknęłam, kiedy Harry zsiadł z pojazdu i postąpił krok ku nam. - Jeden ruch i oboje wpadniemy na skały.
- Nie rób tego, Iza - powiedział ostrożnie, cofając się o krok. - Przez swoją paranoję chcesz zabić też jego?
Prychnęłam rozbawiona. 
- Wyrzucili mnie z pracy a JEGO, chcą przerobić na kiełbasę. Harry... przepraszam - spuściłam wzrok, szykując się na nieuniknione. - Jaaa! - krzyknęłam, dając łydkę do galopu.
Modliłam się w myślach, żeby Fire tylko zechciał przeskoczyć. Zaufał mi bezgranicznie i wybił się nad ogrodzeniem.
gify konie
Tak oto skończyłam sezon :D Musiałam to teraz napisać. Miałam nagły przypływ weny. Najpewniej przyniosło mi ją myślenie o prologu 3-go sezonu, która mam obmyślany w najdrobniejszym calu :3
ŻYCZĘ OSTATNIM ROCZNIKOM GIMBAZY POWODZENIA NA EGZAMINACH! :D

niedziela, 20 kwietnia 2014

Happy Easter!

Aby był to czas uroczy,
Życzę miłej Wielkanocy.
Aby zdrowie dopisało
I jajeczko smakowało,
Aby szynka nie tuczyła,
Atmosfera była miła.
Niech tradycja wodę leje,
A zajączek niech się śmieje!

Życzę Wam, aby te święta były miłe, spędzone w gronie rodziny i przyjaciół. Żeby na stole nie brakowało placków i w ogóle jedzenia ;) No i mokrego dyngusa, kochani! 
Cóż, nie będę się dłużej rozpisywać. Ostatnio mi to nie wychodzi. 
Na zakończenie dam mój rysunek, stworzony wczoraj. Taki trochę nijaki, ale podoba mi się ;)


Rozdział 64

~Iza~

Wpatrywałam się w Harry'ego. A on we mnie. Długi czas żadne z nas nawet nie drgnęło. Wstrzymałam oddech w nadziei, że to wstrzyma czas, a może nawet go cofnie. Może, gdybym się poruszyła, cały urok by prysł i Harry wybiegłby z domu, zrywając zaręczyny i na zawsze znikając z mojego życia... Jednak nic nie trwa wiecznie. Harry wyprostował się, odchrząknął. Myślałam, że coś powie, ale się rozmyślił. Albo mnie tylko się wydawało. Ostatecznie spojrzał na mnie szklistymi oczami, odwrócił się na pięcie i wybiegł z domu, trzaskając drzwiami.
Ale ja byłam głupia, pomyślałam. Jedna, nic nieznacząca noc może mi zniszczyć życie...
Zupełnie pozbawiona sił ległam na łóżku.
Zastanawiałam się, co powinnam zrobić. A może najlepiej będzie, jeśli wrócę do Polski? Bez Harry'ego nie wiem, co tu zrobię.
Tak, stwierdziłam. Powiem Jakubowi, że będzie ojcem. Od niego zależy, co zrobi z tą wiedzą.
Znalazłam telefon i wybrałam numer Jakuba, który podał mi przed moim wyjazdem.
- Jakub Orlik, słucham?- odpowiedział mi ten sam sztuczny głos biznesmena, który wcześniej słyszałam wiele razy. - Halo? - powtórzył, gdy milczałam.
- Cześć - mruknęłam, zbierając w sobie wszystkie siły. - Tu Iza.
- Iza? Jaka znowu Iza?
- Izabela Swift.
- Aa, ta Iza. Tak, kotku, już się stęskniłaś? - Wręcz widziałam jego szelmowski uśmieszek. - Może zadzwonisz później, bo jestem... zajęty. - W tle usłyszałam kobiecy śmiech.
- Jestem w ciąży - wyrzuciłam z siebie.
Po drugiej stronie zapanowała niezręczna cisza. Sekundy ciągnęły się jak całe godziny. Kiedy w końcu Jakub odchrząknął i zmienionym, lecz tak samo nonszalanckim głosem powiedział:
- No i co? Gratuluję serdecznie, a teraz może idź poinformować ojca dziecka?
- TY jesteś ojcem.
Po drugiej stronie rozbrzmiał rubaszny śmiech. Kiedy umilkł, odezwał się po raz ostatni:
- Zabezpieczyłem się, nie, kotku? Skąd mam wiedzieć, czy się z innym nie puściłaś, a teraz chcesz tylko wyciągnąć ode mnie kasę?
Poczułam, jak mi zapłonęły policzki. Gdybyśmy rozmawiali w cztery oczy, uderzyłabym go pięścią w twarz. Brakło mi słów, nie wiedziałam, co powiedzieć. Ale otworzyłam usta, żeby się bronić. Wtedy w słuchawce rozbrzmiało tępe pikanie. Rozłączył się.
W złości rzuciłam telefonem o ścianę patrząc, jak rozbija się i w częściach opada na podłogę.

~Wiki~

Pojechałam na wskazany komisariat odebrać moje dziecko. Cieszyłam się, że tylko tak się to skończyło. Mogło być o wiele gorzej. Gdyby wyjechali za granicę... Magda nie zdołała by mu uciec i do mnie wrócić, a sam Dariusz... rozpłynąłby się bez śladu. Zastanawiałam się, z jakim ja człowiekiem żyłam przez ostatnie czternaście lat. Znałam go tak długo, a jednak... nie znałam w ogóle.
Nienawidzę go, pomyślałam. Zaczęło się od śmierci Dashy, a skończyło na zniszczonym życiu. Przynajmniej moje dzieci muszą mieć lepiej.
- Dzień dobry - powiedziałam, wchodząc na komisariat policji. - Miałam przyjechać... Zatrzymano mojego męża próbującego wywieźć córkę za granicę.
- Tak, pamiętam - powiedział policjant. - Męża aresztowaliśmy. A córka jest tutaj - obejrzał się za siebie.
Podążyłam za jego spojrzeniem i zobaczyłam Magdę biegnącą w moim kierunku. Wpadła mi w ramiona i przytulałyśmy się chwilę.
- Oczywiście chce pani męża oskarżyć o próbę porwania dziecka bez pani zgody? - spytał po chwili policjant.
- Oczywiście - odparłam przez zaciśnięte zęby. - Chcę, żeby zgnił w więzieniu.
Dziesięć minut później siedziałyśmy w samochodzie. Rozmawiałyśmy o tym, co się ostatnio zdarzyło.
- Mamo - szepnęła Magda - jeśli nie chcesz, nie muszę jeździć konno. Nie chcę ci sprawiać przykrości...
- Daj spokój - zaśmiałam się. - Oczywiście, że chcę. Wręcz będziesz jeździć, nawet jeśli nie będziesz chciała. Kupuję nam konia. A twój tata już nam nie przeszkodzi.


gify konie
Wybaczcie, że piszę tak rzadko :( Ale... po prostu nie mam czasu. Liceum mnie dobija. Praktycznie co dzień praktycznie mamy jakiś test, kartkówkę... Jeśli trafi się jakiś luźny dzień, po szkole idę spać i nie wstaję do wieczora. O ile wreszcie wstawałam wypoczęta, po tej zmianie czasu jestem nieprzytomna :'( Ale powoli już liczę czas do wakacji. Zostało tylko 69 dni! :D W tym około z 50 do wystawienia ocen. A my mamy jeszcze matury w maju, więc pełno lekcji przepadnie. Uczymy się głównie do końca kwietnia, potem jakieś kartkóweczki w maju, a w czerwcu ostatnie poprawy.
A teraz do konkretów. DZIĘKI WAM ZA PONAD 16,5 TYS WEJŚĆ!!! :*
Aten sezon już się kończy. Jak dobrze pójdzie, następny rozdział będzie epilogiem. I liczę na to, że z nowym sezonem zacznę pisać z nową werwą i pomysłami ;)

piątek, 7 marca 2014

Rozdział 63

,,Gnać przez wzgórza na grzbiecie wspaniałego konia. Marząc, szukać miłości, do zachodu słońca. To sens życia, to apogeum istnienia."~ Danielle Steel "Palomino"

~Wiki~

Rafał, Magda, Dariusz... Myśli krążyły mi po głowie. Jedyne co czułam to bezsilność oraz tępy żal. Nienawidziłam mojego męża. Wiedziałam już, że nic nie naprawi naszego związku. Chciałam rozwodu, na pewno. Nie dam się udobruchać, nawet jeśli złość mu minie. Ale nie dam też zostawić się z niczym. Że niby on zabierze dzieci, połowę majątku, a ja zamieszkam w kawalerce z kotem? Nonsens. Wstałam i wybrałam telefon do Rafała. Syn odebrał.
- Gdzie jesteś?- spytałam.
~ No... u Kamila. Czy coś nie tak?~ odparł zaskoczony.
Kamil był młodszym bratem Angeliki- koleżanki Magdy. Moje dzieci miały być w tym samym domu, ale słysząc, że Magdy nie ma, całkiem zapomniałam o synu.
- Ojciec zabrał Magdę? - chłopiec przytaknął. - Co powiedział? 
~ Że ma do niej sprawę. Magda nie bardzo chciała iść, ale niemal na siłę wpakował ją do auta.
Na początku zdziwiło mnie, że rodzice Kamila i Angeliki nie zareagowali. Ale zaraz sobie przypomniałam dlaczego. Przecież wiedzą, że Dariusz jest moim mężem.
Dosyć tego!, pomyślałam. Nie pozwolę mu bezkarnie porywać Magdy. Pożegnałam się z Rafałkiem i poszłam na komisariat policji. Opisałam dokładnie, jak było. Powiedziałam o wieczornej awanturze oraz liście od męża, który odebrałam po powrocie z pracy. Policjanci potraktowali mnie bardzo sensownie. Przyznali rację, że żadne z rodziców nie może zabierać dziecka bez zgody drugiego, a po rozwodzie pierwszeństwo ma matka. Obiecali odnaleźć Dariusza i zadbać, by córka do mnie wróciła.
gify konie
Następnego dnia pojechałam do stajni. Musiałam jakoś odreagować. Wiedziałam, że Magdzie nie dzieje się krzywda, więc nie niepokoiłam się.
Wcześniej zadzwoniłam do Bartka, informując o moim przybyciu. Kiedy dojechałam on już trzymał dwa osiodłane konie- Goldie i siwego wałacha.
-Wybierasz się gdzieś? - spytałam.
-Owszem. A Ty jedziesz ze mną. I nie będzie cały czas stępa. Może nawet pojedziemy szybciej niż kłusem... Jeździsz tak jak kiedyś, musisz się po prostu odważyć.
Spuściłam wzrok. Na myśl o galopie coś ścisnęło mnie mocno za żołądek.
- Zrobię to - uniosłam głowę, uśmiechając się nieśmiało.
Nasze konie biegły zgodnie obok siebie. Kłusowały rytmicznie. W mig przypomniałam sobie, jak się anglezuje. Zamiast Dashy widziałam Broszkę. Nasz pierwszy teren, pierwszy galop. Dodało mi to otuchy, a strach zniknął.
- Gotowa? - spytał Bartosz, a ja wiedziałam, o co mu chodzi. Skinęłam głową.- Jedź pierwsza. Będę nad wszystkim czuwał.
Dałam łydkę do galopu, ale Goldie tylko potrząsnęła łbem, wyciągnęła wykrok w kłusie i na tym skończyła.
- Nie mogę!- zawołałam z rezygnacją.
- Pomogę ci. Tylko się trzymaj, a ja ją popędzę.
Zbliżył się i strzelił jej batem w zad. Klacz poderwała się do galopu. Krzyknęłam wystraszona i już chciałam ,,zaciągnąć ręczny", kiedy w końcu wypuściłam zbierane wodze, łapiąc je za samą sprzączkę. Odchyliłam się do tyłu i pozwoliłam się ponieść. Za sobą słyszałam tętent kopyt konia Bartka. W końcu wczułam się w rytm galopu. Przeszłam do półsiadu. Klacz lekko przyspieszyła, a ja poczułam jak moje niesforne włosy targa wiatr. 
- Nie szalej tak! - krzyknął Bartek, kiedy złota klacz jeszcze bardziej wyciągnęła krok. - Bo spadniesz!
- Ja?! - udawałam urażoną, przekrzykując huk wiatru. - No co ty!
Ale siadłam w siodle i kazałam klaczy zwolnić. Czułam, jak zaczynam podskakiwać w siodle. Moje ciało odzwyczaiło się od jazdy, zmęczyło się. Przeszłam do kłusa, a potem do stępa. Siwek zrównał się z Goldie.
- Jak on ma na imię? - spytałam.
- Nigel [czyt. najdżel] - poklepał konia po szyi. 
- A tak w ogóle od kiedy ty jeździsz z batem? Naturalne metody, które stosowaliście w starym Equilandzie szlag trafił?
- Nie mamy tu nerwowych koni po przejściach, które szaleją na widok bata. Nasze konie to typowe rozpieszczone stajenne miśki. Jeśli czegoś nie robią to tylko dlatego, że im się nie chce. Owszem, jeździmy z batami, ale ich nie nadużywamy.
Zasalutował mi batem, a Nigel strzelił z zadu, zrzucając Bartka. Zgięłam się w pół ze śmiechu.
- Nie rżyj tak, tylko pomóż mi stać. - Udał obrażonego.
Wychyliłam się mocno na bok, sięgając do ziemi i podałam mu rękę. Wtedy złapał mnie za dłoń i pociągnął w dół. Spadłam na niego. Zaczęliśmy się turlać po ziemi, a przez leśną ciszę przedzierały się nasze radosne krzyki. Zadzwonił mój telefon
 i podniosłam się szybko. Odebrałam.
~ Pani Domerdz?~ usłyszałam w słuchawce. Przytaknęłam. ~ Tu komisarz Myślnicki. Nasi koledzy zatrzymali pani męża, kiedy próbował przekroczyć granicę polsko-niemiecką. Był razem z córką. Teraz są w drodze na nasz komisariat.
gify konie
   Może i tutaj długością nie grzeszę, ale rozdział jest :3
   Na koniach byłam wczoraj. Chyba pierwszy raz w życiu w czwartek xD Zawsze jeżdżę w piątki albo soboty, jak jeździłam 2 razy w tygodniu, to jeden raz był we wtorek albo środę ;) Ale wczoraj Klara była świetna <3 Trochę bezproblemowego galopu, skoków i od razu życie nabiera barw! :D
   Nie zawieszam blogów tak, jak początkowo planowałam, ale rozdziały będą publikowane bardzo rzadko :( Niestety w szkole tak nas teraz cisną, że w weekendy nadrabiam takie bardziej czasochłonne prace domowe (czytanie lektur, projekty, prezentacje)... A to właśnie weekendy przeznaczałam na pisanie :'( Ale nie martwcie się (jeśli ktoś w ogóle zauważy brak notek, które pojawiają się coraz rzadziej). W maju mamy matury, więc praktycznie cały maj mam luźny. Co prawda nie robią nam miesiąca wolnego, iż, ponieważ , aczkolwiek xD wiele lekcji będzie przepadać i będzie fajnie ;)

niedziela, 2 marca 2014

Rozdział 62

~Iza~

Biegłam gorączkowo przez lotnisko. Wzbierające w oczach łzy sprawiły, że prawie nic nie widziałam. Zamrugałam szybko, zmuszając je, by popłynęły po policzkach. Zacisnęłam wargi, hamując szloch. Przecież to był tylko impuls!, pomyślałam, wściekła na siebie. Jedna chwila. Nie wiedziałam, co robię... Tak naprawdę Harry pozwolił mi zostać w Polsce jeszcze z miesiąc. Załatwił mi urlop, a sam stwierdził, że jest tak zapracowany, że nie moglibyśmy spędzać ze sobą wystarczająco dużo czasu. Jak najbardziej zamierzałam skorzystać. Chciałam opowiedzieć Wiktorii o wszystkim, co spotkało mnie w ciągu ostatnich lat. Ale pojawił się ON i wszystko zepsuł. Życie zdążyło mnie nauczyć, że jedna chwila potrafi wszystko zniszczyć. A ja jednak zignorowałam doświadczenie... A może po prostu potrzebowałam kogoś, kto by mnie podniósł na duchu? Jakkolwiek by nie było, zostałam wykorzystana. Westchnęłam przeciągle, a z ust wyrwał mi się szloch. Kucnęłam przy ścianie lotniska i ukryłam twarz w dłoniach. Muszę się ogarnąć, pomyślałam. Zacisnęłam rękę na rączce walizki i skierowałam się w stronę łazienki. Ochlapałam twarz lodowatą wodą, powtarzając w myślach "Weź się w garść". Gdyby wszyscy płakali nad każdą swoją głupotą, cały świat pogrążyłby się w głębokiej żałobie, a nikt by nic nie osiągnął. Cóż, stało się. Teraz musiałam dumnie unieść głowę i stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami. Poszłam jeszcze do ubikacji. Musiałam wiedzieć, jak wielkie są te konsekwencje- musiałam zrobić test ciążowy.
gify konie
Siedziałam na zamkniętym już sedesie, wpatrując się z oszołomieniem w trzymany w ręku kawałek plastiku. dwie kreski. Powtórzyłam go ze sto razy i tyle samo sprawdziłam na opakowaniu, co oznacza jego wynik. Pozytywny. Byłam w ciąży i to z kim? Z JAKUBEM! Zaprosił mnie do siebie do domu. Chciał porozmawiać, a ja mu zaufałam. Na tym polegał błąd. Wypiliśmy sobie po drinku, rozmawialiśmy na luzie. Ale całe to zwierzanie przybrało nieoczekiwany obrót. Drinki leciały jeden za drugim, a nim się zorientowałam, obudziłam się obok niego rano. Wiedziałam, że do czegoś między nami doszło. Jakub po prostu wykorzystał moją chwilę słabości.
Wszystko stracone, pomyślałam. Teraz moja zdrada wyjdzie na jaw. Harry raczej zauważy, że jestem ciężarna. Chyba, że... Wtedy wpadłam na świetny, według mnie, pomysł. Musiałabym tylko spędzić noc z Harrym, a wtedy wmówię mu, że to jego dziecko. Uwierzy bez wątpienia.
Spojrzałam na zegarek. Za pół godziny miał odlatywać mój samolot. Czas się zacząć szykować.
gify konie

~Harry~

Szczotkowałem właśnie klaczkę Daybreak, ale w ogóle nie mogłem skupić się na pracy. Cały czas myślałem nad rozmową z Izą. Kiedy zadzwoniła do mnie mówiąc, że wraca do domu pierwszym lepszym samolotem, nieźle mnie zaskoczyła. Głos miała jakiś dziwnie zaniepokojony, ale nie chciała powiedzieć dlaczego. Cieszyłem się, że będzie dopiero wieczorem. Musiałem jeszcze coś załatwić- czekała mnie wizyta u lekarza.
Poklepałem Day po łopatce i zostawiłem ją w spokoju w boksie. Szef pozwolił mi wyjść dziś z pracy wcześniej. Czyli pójdę na badania i czekam, aż Iza przyjedzie. Stęskniłem się. Chciałbym, żeby już tu była.
gify konie

~Iza~

Właśnie samolot przystępował do lądowania. Wysiadłam i skierowałam się ku wyjściu z lotniska. Tam powitał mnie Harry. Wróciliśmy do domu. Podróż minęła nam w ciszy. W domu rozpakowałam walizki.
-Jadę do stajni - oznajmiłam.
- Też się cieszę, że Cię widzę po tak długiej rozłące.- Harry oparł ręce na biodrach.
A może jednak czas zrealizować mój plan..., pomyślałam.
-Wiesz co? Jednak zostanę.
gify konie
Obudziłam się koło Harry'ego. Słońce zaczęło już wschodzić.
Teraz druga część planu, pomyślałam, idąc do łazienki. Wzięłam prysznic, ale głównie chodziło mi o to, żeby po prostu spędzić trochę czasu w tym pomieszczeniu. Wiedziałam, że Harry pewnie też już nie śpi. W końcu poszłam do sypialni, siląc się na szeroki uśmiech. Harry właśnie ścielił łóżko. Wiedział, że żadne z nas nie będzie już spało. On o 5 rano musi być w pracy, a ja pojadę z nim, żeby wreszcie zobaczyć ukochane konie.
-Kochanie...- Harry przygryzł wargę na mój widok.
=Muszę ci coś powiedzieć- powiedzieliśmy w tym samym momencie.
-Mów pierwszy - zaproponowałam.
-To może poczekać. A zdaje się, że ty też cow chciałaś mówić?
Westchnęłam głęboko i na jednym oddechu wykrzyczałam.
-Jestem w ciąży, będziemy mieli dziecko! Nie cieszysz się...? - dodałam widząc, jak mój narzeczony zaciska usta w wąską linię  i wbija wzrok w ziemię.
-Chciałem ci powiedzieć, że wczoraj przed twoim przyjazdem byłem u lekarza. Izabelo, jestem bezpłodny...
gify konie
Od razu mówię, że nie- nie pominęliście żadnej notki xD Po prostu nie jestem dobra w pewnego rodzaju scenach, więc postanowiłam je pominąć. No i stwierdziłam, że tak doświadczonym czytelnikom-pisarzom nie trzeba podawać wszystkiego na tacy, więc na początku notki pozwalam Wam się domyślać niektórych rzeczy ;P
Dawno nie pisałam, ale w ferie mi się nie chciało, a potem perspektywa szkoły mnie dobiła. Mamy tyle nauki, że 2 tyg kompa nie włączyłam.
A po wczorajszej jeździe całkowicie zwątpiłam w swoje umiejętności. Pierwszy kłus był ok. Ale potem, jak miałam galopować, Klarze całkiem odbiło. Zaczęła kombinować, jak przeszła do stępa nie sposób było zakłusować. Aż w końcu zatrzymała się na środku ujeżdżalni i nie miała zamiaru ruszyć. Po wieeelu trudach, udało mi się ją nakłonić do stępa, w porywach NAWET przekłusowałyśmy kilka kroków. Tak więc zaczynam żałować, że nie przestałam jeździć, bo teraz za bardzo to kocham, a po prostu się do tego nie nadaję. Eh... nawet kucyk metr 40 robi mnie w konia :/
PS powinnam dodać, że notka krótka, głupia i bez sensu. Ale jakoś nie miałam weny jak to rozwinąć. Kiedy o niej myślałam, wydawało mi się fajnie, a ostatecznie takie byle co :/

środa, 29 stycznia 2014

Rozdz. 61 + dla Aryi, czyli jak nisko upadłam xD + pożegnanie :'(

"Nie możemy zmienić przeszłości, ale możemy zmienić przyszłość."~ Billy Graham
"Żyj odgrodzony od przeszłości i przyszłości. Nie przejmuj się tym, co będzie i co było. Po prostu żyj, od rana do wieczora"~ Dale Carnegie

~Wiki~

-CZY TY JESTEŚ NORMALNA?!!!- Dariusz wrzasnął tak głośno, że, gdy zamilkł, niemal usłyszałam drganie szyb w oknach.
Byłam cała roztrzęsiona, ale starałam się oddychać spokojnie, nie podnosić głosu. Jeśli ja bym  straciła panowanie nad sobą, to przecież byśmy się tu pozabijali.
-Tak, Dariuszu- odparłam ze stoickim spokojem, biorąc kolejny głęboki wdech.
-TAK?! TYLKO TYLE MASZ MI DO POWIEDZENIA?!- złapał mnie za ramiona i potrząsnął mną mocno.- WIKTORIO, OTRZĄŚNIJ SIĘ! ZA NIC NIE ZGODZĘ SIĘ NA ZAKUP KONIA! OSTATNI RAZ BYŁAŚ W TEJ STAJNI! W JAKIEJKOLWIEK STAJNI! I TY, I MAGDALENA!
-To nie jest jakiś tam koń...- cofnęłam się, kiedy tylko mnie puścił.- Chcę odkupić Highwaya, syna Dashy. Ona była dla mnie bardzo ważna, a Highway tak ją przypomina. Bartek się zgodzi, na pewno. Proszę cię, zastanów się, bo...
-ZASTANOWIĆ?! JA MAM SIĘ ZASTANOWIĆ?! NIE WIEM, CO TEN KRETYN CI NAGADAŁ, ALE ZAKAZUJĘ WAM SIĘ DO NIEGO ZBLIŻAĆ!
Próbowałam go uspokoić i dojść do słowa, ale on wciąż krzyczał, klnąc przy tym siarczyście.
-Posłuchaj chociaż...
-NIE!!!
-Mamo...- usłyszałam cichy, słaby, niemal niedosłyszalny szept dobiegający gdzieś zza nas.
Odwróciliśmy się w tym samym czasie. Zobaczyliśmy Magdę, wciśniętą w kąt koło drzwi. Wpatrywaliśmy się w nią chwilę jak zaklęci. Na początku myślałam, że jest sama. Zegar wskazywał już parę minut po dziewiątej (wieczorem) i na zewnątrz panował całkowity mrok. A jedynym oświetleniem salonu był wyciszony telewizor, na którego ekranie migały coraz to kolejne lokowania produktów, rozjaśniając go na wszystkie kolory od białego, przez zielony, niebieski, pomarańczowy, a nawet wszelkie odcienie czerwieni. Oglądaliśmy razem film i był to tak cudowny niedzielny wieczór... Tę chwilę przerwały reklamy. Wtedy postanowiłam powiedzieć mu o moim pomyśle.
Dopiero, gdy telewizor rozbłysł śnieżną bielą, zobaczyłam Rafała. Wtulał się w siostrę, jakby od tego zależało jego życie; a ona otoczyła go ramionami, chcąc go ochronić przed furią ojca.
Ile tu już stali? Tego nie wiem. Nie wątpiłam jednak, że usłyszeli. Wrzask Dariusza zapewne cały dom podniósł na nogi, a dzieci w pokoju Magdy- zaledwie przez ścianę z salonem- grały w karty. 
Wpatrywałam się w wielkie oczy córki, ale milczałam. Wiedziałam, że czeka na ruch z mojej strony. Chciałam coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Czułam się jak w jednym z koszmarów, kiedy to chcę krzyczeć i uciekać, a coś mnie trzyma w miejscu i nie pozwala wydobyć z siebie nawet szeptu. W końcu to Darek zrobił kolejny krok. A nawet kilka. Wystraszyłam się, kiedy energicznym krokiem poszedł w stronę dzieci, ale nawet na nie nie spojrzał. Wyszedł przez drzwi salonu do przedpokoju mrucząc pod nosem ,,Nie", a zaraz usłyszałam trzask drzwi wyjściowych.
Zasłony wyglądały, jakby ktoś w nie świecił, więc wyjrzałam przez okno. Przed oczami mignęły mi tylko światła samochodu Dariusza. Pokręciłam zrezygnowana głową. Kucnęłam pod ścianą i ukryłam twarz w dłoniach.
-Czemu ty z nim jeszcze jesteś?- usłyszałam ten sam głos, który przerwał naszą kłótnię. Tym razem był jednak głośniejszy, bardziej pewny siebie.
-Co?- spojrzałam na córkę z otępieniem.
-Nie pije, nie bije... przynajmniej na razie... I według ciebie to mąż idealny? Chcesz mu padać do stóp dlatego, i dziękować że trafił ci się taki ideał?- położyła nacisk na ostatnie słowo.
Bezpośredniość Magdy bardzo mnie zaskoczyła. Sama siebie skarciłam za to, że nie mogłam zaprzeczyć. W ogóle nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
-Idźcie do pokoju- wydusiłam z siebie.- Muszę... pomyśleć.
Kiedy dzieciaki wyszły, wyłączyłam telewizor i poszłam do sypialni.
-Co ja mam zrobić?- spytałam bezsilnie. Ale nikt mi nie odpowiedział. Postanowiłam od razu iść spać. Rano wezmę prysznic. Podniosłam kołdrę gwałtownie, kiedy coś wzleciało do góry, lądując mi pod nogami. Podniosłam zdjęcie z Dashą, od którego wszystko się zaczęło. Tak, pomyślałam, to jest to...
gify konie
Rano Dariusza jeszcze nie było. Wiedziałam, że nieprędko wróci. Westchnęłam i zaczęłam się szykować do pracy. Gdy wyszłam do kuchni, dzieci już kończyły śniadanie. Po szkole mieli iść do swoich przyjaciół na noc. 
Rafik uśmiechnął się do mnie słodko. Jego błękitne oczy lśniły radośnie. Magda z kolei skupiona na swoim telefonie komórkowym wydawała się nie widzieć świata dookoła siebie. Oboje zapomnieli albo raczej dawali, że nie pamiętają o wczorajszym wieczorze.
-Muszę zaraz wychodzić- rzuciłam, zalewając szklankę z kawą rozpuszczalną wodą, która wciąż była gorąca po śniadaniu dzieci.- Dacie sobie radę?
-Mamo, ja mam trzynaście lat- mruknęła oburzona, rzucając telefonem ze zdenerwowaniem o stół.- Idź spokojnie.
Skinęłam głową i wypiłam duszkiem trzymaną w dłoniach kawę. Miałam ochotę spytać, co ją tak wkurzyło, ale nie miałam zamiaru naciskać, a w sumie nie mam czasu na rozmowę. 
Niezła ze mnie matka, pomyślałam sarkastycznie, odpalając silnik samochodu.
gify konie
Właśnie dojeżdżałam do stajni. Nie chciało mi się wracać do domu po pracy. I tak nikogo tam nie ma, a szkoda mi było tracić czasu. Dookoła było pusto. Ani żywej duszy, nawet w stajni było jakoś tak... dziwnie. Konie nie wysuwały łbów z boksów. Kiedy wysiadłam bliżej zobaczyłam, że w ogóle wiele boksów stoi pustych. Poszłam się przywitać z Highwayem, kiedy zobaczyłam, że ktoś stoi w jego boksie tyłem do bramki i czyści mu prawe przednie kopyto. Koń zarżał radośnie na mój widok, a kobieta zajmująca się nim szepnęła kojąco.
-Iza!- zawołałam szczęśliwa, ignorując konia.
Ta wypuściła nogę Highway'a i odwróciła się w moją stronę.
-Wiki- powitała mnie ciepłym uśmiechem.
-Gdzie są wszyscy?- zadałam pytanie, które bardzo mnie intrygowało.
- Pojechali na wielki teren. Samych koni Bartka było równo dwadzieścia. Ale doszło prawie drugie tyle prywatnych.
-Czterdzieści koni w terenie?- aż się zachłysnęłam.- Przecież jeden koń się spłoszy i zapanuje taki chaos, że będą ofiary śmiertelne.
- Nie przesadzaj. A jak Hubertusy organizują, to co?
Mój lęk przed końmi jeszcze do końca nie minął, ale nie zamierzałam się do tego przyznać. Próbowałam sobie tylko wyobrazić zastęp czterdziestu koni i jeźdźców. Ale te lasy są ogromne. A oni pewnie nie pojechali na cwały i Wielką Pardubicką. Bartek jest odpowiedzialny, nie będą szaleć.
-A ty czemu zostałaś?- zignorowałam jej pytanie.
-Chciałam po raz ostatni pobyć z Highway'em i się pożegnać- poklepała ogiera czule po szyi.
-Ostatni? Pożegnać?- Nie zrozumiałam.
-Jutro wyjeżdżam.
-Serio?- spytałam zawiedziona.- Myślałam... myślałam... że wszystko będzie tak jak dawniej...
-Ja mam swoje życie tak jak ty. Gdybyś wtedy nie odeszła, wszystko byłoby jak dawniej.
Mówiła spokojnie i pewnie nawet nie zauważyła, że zrzuciła winę na mnie. Przez dwadzieścia lat obwiniałam się za śmierć Dashy. Ale jeszcze nigdy nie pomyślałam, że mogę być winna wszystkiemu, co działo się potem. Może nawet śmierci Roberta, no bo przecież gdybym tu była, może zagadałabym go te dziesięć minut, które uratowałyby mu życie.
- Gdyby nie zachciałoby mi się zawodów, Dasha być może żyłaby do dziś- rzuciłam z nutą pretensji... do siebie.
Miałaby dziś 29 lat. Niewykluczone, że by żyła.
-Wiki, przepraszam...- szepnęła.- Wiesz, że to nie twoja wina. Ale proszę, nie roztrząsajmy przeszłości, bo to do niczego nie prowadzi. Skończę tylko z Highway'em, to osiodłamy konie i pojedziemy na przejażdżkę. Dobrze?
- Iza, nie umiem jeździć- głos mi zadrżał i myślałam, że się rozpłaczę.
-Jak to nie? Jesteś najlepszą amazonką jaką znam.
-Poprawka: byłam. Teraz to już przeszłość. Boję się jeździć, przepraszam...
-Pojeździmy stępem, dobrze? Chcę z tobą spędzić trochę czasu. W siodle.
-Dobrze. A osiodłasz mi konia? Chciałabym...odwiedzić grób Dashy.
Skinęła głową ze zrozumieniem, więc pognałam przez dziedziniec stadniny. Gdy doszłam do ogrodzenia padoków, zwolniłam i zachowałam powagę. Wiedziałam dokładnie, gdzie iść. Nigdy tu nie byłam, ale znałam drogę. ,,Pochowaliśmy ją pod wielkim dębem na środku pastwiska"- powiedziała Iza, kiedy ja tkwiłam otoczona przez niewidzialne ściany, nienawidząc całego świata. To było kilka dni po tym, gdy wybudziłam się ze śpiączki, jeszcze w szpitalu, kiedy wszyscy myśleli, że pogodziłam się ze śmiercią Karej. Wówczas ten padok był jedynym należącym do... Equilandu. Teraz schronisko... stadnina miała ich mnóstwo dookoła. Bez problemu znalazłam pokaźną mogiłkę. Grób razem z dębem zostały odgrodzone osobnym płotem, uniemożliwiając dostęp koniom i zniszczenie tego, co zostało po Dashy. Ziemia w kształcie owalu otoczonego kamieniami wielkości pięści była porośnięta trawą, jednak zadbaną. Soczystozielone źdźbła zostały uważnie przycięte. Na samej górze owalu stała rzeźba z pomalowane porcelany. Przedstawiała łeb  i pierś konia. Cała rzeźba była czarna, wyjątkiem pozostała biała strzałka na środku czoła i duże, głębokie, brązowe oczy. Uszy konia skierowane były na boki. Pysk był lekko uniesiony, oczy wpatrywały się w dal. Na równoległym końcu grobu wbita głęboko w ziemię została marmurowa tabliczka. Na niej zostały wyryte eleganckie litery:
Tu leży Dasha.
Najwspanialszy koń, który kiedykolwiek chodził po ziemi. Nigdy nie przestała kochać skoków, co przypłaciła życiem. 
Jej odejście było tym bardziej dotkliwe, ponieważ tego samego roku straciliśmy nie tylko cudownego konia, ale też dwie wspaniałe amazonki, kochające konie nad życie i niosące pomoc każdemu, kto tego potrzebuje.
Ostatnie zdanie niewątpliwie było wyryte w innym czasie. Małe, koślawe literki chciały się zmieścić pod większymi idealnie rozplanowanymi w przestrzeni. Charakter pisma też był inny. Mogłam się założyć, że pierwszą część pisał Robert albo Iza, zaś drugą- na pewno Bartek. Nie wiedziałam tylko, czy zrobił to zaraz po odejściu Izy, czy może już po śmierci Roberta. Jedno zaś było pewne- po śmierci klaczy wszyscy bardzo się postarali, żeby jej grób wyglądał pięknie. I próbowali mnie tu zaprowadzić, ale nigdy z tego nie skorzystałam... Przeszłam zręcznie nad ogrodzeniem dookoła dębu. Co prawda miało ono furtkę, by ktoś mógł zająć się grobem, ale była teraz zamknięta. Kucnęłam obok końskiej rzeźby, położyłam rękę na piasku i...
gify konie
...zaczęłam śpiewać zaklęcie:
-Atra esterní ono thelduin, mor'ranr lífa unin hjarta onr, un du evarínya ono varda, atra gülai un ilian tauthr ono un atra ono waíse sköliro frá rauthr.*
Ziemia zaczęła się rozstępować aż powstała dziura głęboka na jakieś dwa metry. Na krawędzi pojawiły się dwie czarne nogi zakończone kopytami, na których podciągnęła się reszta ciała. Chwilę potem stanęła przede mną cała klacz. Wyglądała tak samo jak w dniu śmierci. Mądre, brązowe oczy lustrowały mnie na wylot. W końcu przeciągnęła się i sapnęła.
-Nareszcie- mruknęła.- Kto by pomyślał jak koń może zdrętwieć przez dwadzieścia lat.
-Ty mówisz?!- krzyknęłam.
-A co, myślałaś, że jestem niema jak pustynna jaszczurka? Aczkolwiek właśnie mnie wskrzesiłaś i martwi cię, że umiem mówić?
-Och, Dasho!- rzuciłam się jej na szyję.- Tak tęskniłam... Po twojej śmierci przestałam jeździć konno. Wyjechałam na drugi koniec kraju.
Klacz skłoniła głowę i zaczęła skubać trawę. Wtedy przyszło mi do głowy jeszcze jedno pytanie.
-Czemu wcześniej nigdy się nie odezwałaś?
-A cóż miałam mówić?- spytała z pełnym pyskiem.- Od urodzenia nie odezwałam się słowem. Konie cierpią w milczeniu, ale niezwykły również mówić, kiedy są szczęśliwe.
-Będziesz z nami już zawsze? Może Iza zostanie w Polsce, jak cię zobaczy. I wszystko będzie jak dawniej...
-Nic już takie nie będzie. Wiktorio, doceniam twój wysiłek potrzebny, żeby przywrócić mnie do życia, ale jak tylko Iza tu przyjdzie, ja muszę znów wrócić tam, skąd przyszłam.- Nie zdążyłam powiedzieć słowa, kiedy ona dodała szybko- Iza idzie. To ja spadam.
Wskoczyła do dołu, a za nią zapadła się ziemia.
-Dasha!- krzyknęłam, ale już mnie nie usłyszała.
:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:_:
A więc, tak jak w najdłuższym w mojej karierze tytule posta, nisko upadłam xD Ale wiedzcie, jak Was lubię. Jesteście wspaniałymi czytelnikami i staram się Wam za to podziękować. Tak więc dla Koniowatej zrobiłam Weronikę, a dla Aryi... to coś powyżej ;P I nie wiem, co gorsze, zmienić całą strukturę opowiadania wsadzając jednego bohatera, czy poświęcić jeden rozdział, ale na takie głupoty ;) Ale pomysł mi się spodobał. Wiem, że żartowałaś, Aryo, i gdyby mi się nie podobał, to w życiu bym go nie wykorzystała.Ostatnio znalazłam w aplikacji na tablecie z aforyzmami bardzo mądre słowa: ,,Lepiej pisać dla siebie i nie mieć odbiorców, niż pisać dla odbiorców i nie mieć siebie". Pomyślałam, że tak robię z wypracowaniami, kiedy to piszę swoim stylem, nie ważne czy dostanę piątkę, czy tróję. Mam swój styl i NIE ZAMIERZAM się zmieniać dla lepszej oceny z polskiego. Inaczej rzecz ma się na blogu. Tutaj piszę dla Was, ale też dla siebie. Liczę się z Waszym zdaniem, staram się Was zainteresowań, nie porzucam jednak swoich planów i stylu.
A więc, Aryo, możesz mi podziękować xP Wybacz za wersy z Eragona niezgodne z ich tłumaczeniem. Ale nie wiem, czy bym wymyśliła coś innego oprócz "waise heill", a i tak pewnie tylko my wiemy, że to złączka pozdrowienia elfów i błogosławieństwa Eragona, ale cii ;)
Ta wstawka jest mniej więcej po środku notki, może bliżej końca, ale akcja toczy się dalej. Rozdział kontynuuję od ostatnich słów nad konikami "[...] na piasku i..."
*wyrażenia pochodzą z książki ,,Eragon". Dobrane są przypadkowo, niezwiązane z ich oryginalnym znaczeniem.
gify konie
poczułam, że łzy płyną mi po policzkach. Ileż to czasu minęło... Nigdy po wypadku nie było mi dane jej zobaczyć, ale mogłam sobie wyobrazić nieruchome, czarne jak noc ciało. Czarne powieki mrugające coraz wolniej, walczące by nie zamknąć się na zawsze pod bezlitosną siłą usypiającego leku. Leku? A cóż to za lek, który zabija? A może to było jedyne lekarstwo na jej cierpienie? Śmierć bywa nie tylko karą, ale też wybawieniem... Zamrugałam, przeganiając łzy, jednak poleciały ze zdwojoną siłą. Wyobraziłam sobie jak te końskie powieki mrugają ostatni raz, aż w końcu na zawsze zasłaniają te brązowe tęczówki, w które wpatrywałam się nie raz z wielkim uczuciem.
Usłyszałam za sobą kroki i odwróciłam się. To Iza szła z dwoma końmi. Highwayem i jakimś, którego nie znałam.
-Gdzie Milka?- spytałam, bez najdrobniejszego drżenia głosu. Jedynym śladem, że płakałam były czerwone oczy i rozmazany makijaż, jednak Izabela nie zadawała pytań.
-Pojechała w teren. To jest klaczka palomino imieniem Goldie. Spokojna, posłuszna, niepłochliwa... Polubicie się- rzuciła mi zachęcający uśmiech.
Przyjrzałam się lepiej klaczy. Na oko miała trochę więcej niż półtora metra wzrostu. Była izabelowata, jak na tą rasę przystało. Ale sierść miała wręcz złotą, a jasnokremowa grzywa i tak się odróżniała. Na każdej nodze były krótkie skarpetki.
-Hej, malutka- pogłaskałam ją po policzku.- To jedziemy?
-Oczywiście- odparłam i wciąż jeszcze dość niezgrabnie wdrapałam się na siodło.
Jechałyśmy łeb w łeb stępem i rozmawiałyśmy. Spytałam Izę, czemu wyjeżdża. Zbyła mnie krótką gadką o jej życiu, które jest w Irlandii: narzeczonym, pracy, ukochanym koniu... Dalej nie drążyłam tematu. Gadałyśmy o wszystkim i o niczym, ale obie zgodnie unikałyśmy jednego tematu- przeszłość. Nie tylko daleka, kiedy jeszcze Dasha żyła lub pierwsze miesiące po jej śmierci. Nie mówiłam Izie o tym, co przytrafiło mi się po wyjeździe dwadzieścia lat temu. Chociaż już jej to chyba mówiłam, ale to było nieistotne. Po prostu nie chciałam, żeby dzisiaj, w ostatnim dniu pobytu Izy, złe wspomnienia powróciły. Zmieniałam też temat, gdy Izz wspominała o Darku, czy dzieciach.
Widziałam, że bardzo chciała chociaż zakłusować. A jeśli nie ona to Highway. Ogier wygiął szyję walcząc z naporem wędzidła. Rozpierała go energia i nade wszystko chciał pojechać szybciej. W końcu nie mogąc się wyrwać Izie, zaczął strzelać z zadu, wierzgał nerwowo. Iza świetnie sobie radziła. Poruszała ciałem w ruch konia, nie sprawiając mu dyskomfortu oraz bez problemu pozostając w siodle. Przede wszystkim nie szarpała za wodze i nie kopała go w boki, jak to uczyła nas "kochana" pani Agnieszka w Świecie Rumaków.
-Ma charakter- zauważyłam w końcu.
-O tak- potwierdziła Iza.- Jest inny od Dashy. Ona się płoszyła o byle co, bała się też ludzi. On niczego się nie boi. Czasem się spłoszy, a raczej udaje. Skoczy przed siebie galopem, ale nie ze strachu, lecz dla zabawy. Robert nie pozwolił go skrzywdzić, chociaż ten ogierek sprawiał mu niemałe kłopoty. No i High tak samo jak Dasha kocha skakać. Przytrzymasz mocniej wodze Goldie, żeby za nami nie pobiegła? To ci pokażę.
Wolałam zsiąść, co zasmuciło Izę, chociaż nic nie powiedziała. A dla mnie łatwiej szukać konia, którego puściłam, gdy się spłoszył; niż zębów, gdyby Goldie rzuciła się galopem za Highway'em i skoczyła przez ponad metrowy pień, który zamierzała przeskoczyć Iza.
Jednak Goldie nie miała najmniejszego zamiaru się wyrywać. Stała spokojnie odprowadzając galopującego Highway'a wzrokiem. On trochę od nas odbiegł, a gdy znalazł się w jednej trzeciej drogi między nami i pniem, Iza kazała mu biec po kole. Ogier się zirytował, bo już widział przeszkodę. Spróbował uciec, rzucić się na powalony pień. Odskoczył w bok, strzelając przy okazji barana. Iza skarciła go ostrym słowem i mocno przyłożyła zewnętrzną łydkę. Pozwoliła mu się rozpędzić na tyle, na ile pozwalał bieg po danej figurze geometrycznej, żeby wyładował trochę energii, ale nie tolerowała wierzgania i skoków na boki. Na wszystko takie reagowała błyskawicznie, wydawała się nawet czytać ogierowi w myślach. To mogłam być ja, pomyślałam ze smutkiem. Jeździłam tak za życia Dashy, a po dwudziestu latach treningów... Naprawdę byłabym świetna. A teraz boję się zakłusować. Po paru okrążeniach Iza skierowała go na pień. Ogier postawił uszy i radośnie najechał na przeszkodę. A kiedy się wybił czas na chwilę zwolnił biegu. High wręcz przeleciał nad pniem, zawrócić na zadzie i nim się obejrzałam zatrzymał się koło Goldie.
-Jest świetny- skwitowała Iza, gdy wsiadałam na klacz.- Szkoda, że nie będę mogła na nim więcej jeździć. Ale TY dasz radę.
-Ja?!- Niemal spadłam z siodła.- W życiu bym sobie z nim nie poradziła tak jak ty.
-Teraz nie. Ale on jest dosyć młody, masz jeszcze czas, nie zmarnuj tej szansy.
Zwróciła konia w stronę stajni i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Tym razem w milczeniu.
    Dwie godziny później byłam już w domu. Dzieci jeszcze nie wróciły, ciekawa byłam jak z Dariuszem. Otworzyłam drzwi i od razu poszłam do naszej sypialni. Mój wzrok skupił się na zapisanej kartce A4 leżącej na idealnie pościelonym łóżku. Zaczęłam czytać:
Wiktorio!
Dużo o tym myślałem, ale nie znalazłem idealnego rozwiązania. Moim zdaniem najlepszy będzie rozwód, z Twojej winy oczywiście. Na razie zabieram Magdę, żeby upilnować, by więcej nie zbliżała się do koni. Jak sobie ułożę życie, wrócę po Rafała. Za kilka dni skontaktują się z Tobą moi prawnicy, a tymczasem pakuję nasze ubrania i inne rzeczy, żebyśmy nie musieli już się więcej widzieć.  Na ten czas wyjeżdżamy. Nie próbuj nas szukać.
Z poważaniem
Dariusz Domerdz
Wpatrywałam się w kartkę zszokowana. Wtedy w pełni dotarły do mnie te słowa. Rzuciłam list na łózko i podbiegłam do naszej wspólnej szafy. Widziałam tylko moje ubrania. Zniknął też laptop i dokumenty Darka. Pobiegłam do pokojów dzieci. Najpierw Rafika, potem Madzi. Jego rzeczy były wszystkie, ale u Magdy zniknęły nawet ozdobne poduszki z jej kanapy. Odetchnęłam spokojnie, postanowiłam wrócić do sypialni zadzwonić do rodziców koleżanki mojej córki. Odebrała kobieta, którą dobrze znałam z wywiadówek w szkole i z osiedla. Byłyśmy prawie sąsiadkami.
-Pani Oksińska?- spytałam dla formalności. - Dzwoni mama Magdy. Jest u Was jeszcze?
~Nie~ usłyszałam.~ O czternastej odebrał ją jej ojciec. Mówił, że to pilne.
O czternastej..., pomyślałam słabo. Byłam jeszcze w pracy, Magda dopiero wyszła ze szkoły.
~Halo, jest pani tam?
Chciałam odpowiedzieć, ale się rozłączyłam. Upadłam na łóżko, przerażona swoją bezsilnością.
gify konie
Hmm... Tutaj obie mamy Wam coś do powiedzenia, więc podzielę nas na kolory. Ja zajmuję niebieski, Sophie zazwyczaj brała fioletowy, więc i tym razem jej słowa pomaluję na ten. Ja raczej mam dobre wieści. Poza tym, że ostatnio na koniu siedziałam 17 stycznia. Wiem, może to dla niektórych głupie, bo pewnie niejedna z Was regularnie jeździ rzadziej, niż raz na dwa-trzy tygodnie. Byłam umówiona 24go, ale hala nam się przewróciła od lodu (mamy namiot w kształcie skorupy żółwia).

A więc tak... 

  • To jest zdjęcie rzeźby przy grobie Dashy:



  • Założyłam sobie blogowego aska. Ale pytania nie muszą być związane z KSK, czy w ogóle z blogami. Pytajcie o co chcecie (w granicach rozsądku oczywiście!), a to ja najwyżej zdecyduję, czy odpowiedzieć. Więc proszę, o to on:  http://ask.fm/Sydneyblogger

  • Właśnie siedzę w domu, od 3go lutego mam ferie, a teraz jestem na chorobowym :/ Nie chciałabym całych ferii spędzić w łóżku, więc sobie je przedłużam, żeby się wykurować ;) Cztery dni w domu mogą zdziałać cuda. Może nawet pięć, bo nie wiem, czy w niedzielę idę do kościoła ;) A na konie i tak bym nie pojechała, a w szkole nic nie robimy, więc mi nie szkoda siedzieć w domu :D

  • Nie wiem, czy warto wspomnieć, ale chyba powinnam... Słuchacie moich narzekań, czyż nie warto chociaż raz się pochwalić? ;) Otóż wczoraj (28.01.13) zostałam wyróżniona przez wychowawcę z tzw. WOK-u (Wiedza o kulturze). To taki przyjemny przedmiot, który składa się z chodzenia do kina, kręcenia filmów i PISANIA :3 Nie ma z tego testów, czy odpowiedzi ustnej, zresztą nawet lekcji z tego nie mamy. Zazwyczaj na WOKu robimy polski, czasem sobie pogadamy. Są tylko zaliczenia. Np. za pójście do kina na wybrany przez dyrektora kina i naszego wychowawcę dostaje się piątki. (25go stycznia byłam na ,,Pod mocnym aniołem") Tak samo za recenzje i inne rzeczy. Ostatnią pracą zaliczeniową był reportaż, który zresztą pokazywałam każdemu, kto chciał, lub nie xD (Sophie, Nikki, Koniowata, potrzebowałam opinii ;) ) Sorki, że to tak opisuję, ale ja WOK mam dopiero w liceum i to, jako klasa mat-fiz, tylko w pierwszej klasie. A do czego zmierzam? A więc obejrzałam trzy filmy, napisałam 3 recenzje (dwie z tych filmów, trzecia to ,,Igrzyska Śmierci: w pierścieniu ognia"). ,,Igrzyska" zostały zamieszczone na stronie kina (podałabym Wam ją, aczkolwiek podpisana tam jestem z imienia i nazwiska, a jako że na bloga wstęp ma każdy, wolę nie ;P). I we wtorek wychowawca czytając oceny pominął mnie. Ale myślałam, że nie usłyszałam. Tak to jest, jak myślami się jest już gdzieś daleko, najlepiej na obozie letnim xD Ale nie przesłyszałam się. Kiedy pan wyczytał ostatnią osobę (jest nas 35, ja w dzienniku jestem 23cia) usłyszałam: "No i Marika, tutaj muszę wyróżnić. Wstawiam jej celujący. Chodziła do kina, pisała recenzje, oddała reportaż. A jej recenzjami interesuje się nie tylko kino, ale zauważyła je gazeta O*********a (taka nasza lokalna gazeta. Nie podaję jej pełnej nazwy, bo wiąże z nazwą miasta jak np. Warszawska, Gdańska-nie wnikam, czy takie gazety istnieją, podaję przykład) i chce je drukować". Zamurowało mnie, myślałam, że policzki mi spłoną xD To dla mnie zaszczyt. I od razu plany z zawieszeniem bloga, które były jeszcze większe po ostatnim 4- z wypracowania, szlag trafił xD I teraz zamiast czytać "Heartland" i dowiedzieć się, czy Treg przeżyje i konie wyzdrowieją, ja tu siedzę i piszę dopisek znowu długości notki :D 

Hej wszystkim :) Tu Sophie.N! Może ktoś zauważył, że nie było mnie tutaj jakiś czas, a może nie :P Niestety nie przynoszę dobrych wieści (chyba, że ktoś uważa je za dobre, co w sumie jest możliwe). Rezygnuję ostatecznie z pisania na KSK. Przepraszam was wszystkich, że dałam ciała :( Powody są dwa. Pierwszy: Nie nadaję się tutaj :/ Nie ja stworzyłam Izz i nie potrafię się w nią wczuć tak, jakbym chciała. Idzie mi tutaj kiepsko i prawda jest taka, że tylko przeszkadzam Sid w pisaniu świetnej historii.
Drugim powodem jest brak czasu i komputera. Niedawno zepsuł mi się laptop i muszę teraz wykradać tacie jego urządzenie :/ Przez to znacząco zmniejszyła się ilość czasu jaki mogę poświęcić blogom. Postanowiłam, że lepiej dla wszystkich będzie jeśli zajmę się tylko jednym. Naprawdę przepraszam jeśli kogoś zawiodłam :(
Żegnam was i jestem szczęśliwa, że mogłam choć przez jakiś czas tutaj być :**

Ach, Soph... wiem, że to konieczne. Chociaż smutno będzie bez Ciebie. :( Ale za to masz pisać na LUDY i nigdy nie zrezygnować z pisania! :P Bo napuszczę na Ciebie wszystkich Twoich największych czytelników. Buahuaha, bój się mnie! }:D
A jakbyś chciała kiedyś wrócić albo napisać jakąkolwiek jedną notkę, bez zobowiązać, to śmiało mów :)

czwartek, 16 stycznia 2014

Moja pomysła xD

Kochani!
Wczoraj mnie olśniło xD Nadal nie mogę sobie wybaczyć morderstwa Dashy -,- Doszłam więc do wniosku, że może by ją ożywić... Nie, Wika nie będzie śpiewała zaklęć nad grobem klaczy xD Myślałam raczej, żeby cofnąć czas. Ale zacznę od początku.
A więc, powiedzmy, że kończę ten sezon (na co się nie zapowiada, bo w takim tempie, to jeszcze co najmniej do maja będę pisać ten sezon). I zaczynam pisać sezon 3. Początkowo mia
 On nawiązywać do  zakończenia 2 sezonu. Ale zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że prologiem tego sezonu będzie epilog sezonu pierwszego. Z jedną różnicą- Dasha nie zginie. Na chwilę dzisiejszą nie mogę, a nawet nie chcę powiedzieć, czy przeżyje wypadek, czy tego wypadku nie będzie; czy wygra zawody, czy strąci drążki oksera...
Ale taki byłby prolog, a dalej byłaby ta sama historia co kiedyś: dwie siedemnastolatki, kara klacz, Robert, a nawet tak ukochana przez wszystkich Amanda :D
Zanim jednak zacznę w głowie układać pomysły, obmyślać trzeci sezon zanim skończę en, chciałabym zapytać Was o zdanie.
A więc, najlepsi czytelnicy na świecie, co myślicie o w/w pomyśle?
 :)

piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział 60

~Wiki~

    Złapałam wodze i włożyłam nogę w strzemię, co nie było łatwe. Musiałam zadrzeć ją tak wysoko, że utrzymałam równowagę tylko dzięki przytrzymywaniu się łęków siodła. Może i koń nie był zbyt wielki, ale i ja nigdy nie jeździłam w jeansach.  Już miałam się odbić od ziemi, kiedy poczułam na ramieniu rękę Bartka. Rzuciłam mu pytające spojrzenie.
-Może cię podsadzić? Będzie ci łatwiej.
Nie dałam się długo przekonywać. Od razu postawiłam nogi na ziemi i pozwoliłam się podrzucić Bartoszowi, by zaraz... z krzykiem wylądować po drugiej stronie konia. Usłyszałam stłumiony śmiech dzieci. Widać do Magdy dołączył też Rafik. Wstałam, otrzepałam się i, patrząc ponad grzbietem Milki, rzuciłam wściekłe spojrzenie Bartkowi.
-Ups?- wzruszył ramionami nieśmiało.- Jesteś leciutka. Lżejsza niż się nastawiałem. Ale spróbujemy jeszcze raz...
-Nie- oznajmiłam i wszyscy spojrzeli na mnie z napięciem.- Teraz sama wsiadam.- Miło było widzieć jak każdy po kolei się rozluźnia. Myśleli, że naprawdę teraz się wycofam? Śmieszne!
Przeszłam na lewą stronę klaczy i dosiadłam jej niemal z dawną gracją.
-Można się jeszcze wycofać?- spytałam, kiedy Bartek prowadził klacz stępa na środek lonżownika. Siedziałam skulona w siodle, a przy każdym potknięciu Milki jęczałam spazmatycznie.
-Za późno- uśmiechnął się szelmowsko, stając na środku i wysyłając klacz na ścieżkę.- Przyzwyczaj się do stępa. Powiedz, jak będziesz gotowa. Spróbujemy czegoś szybszego.- Po czym postanowił udowodnić mi, że przez te lata kompletnie nic nie pamiętam:- Wyprostuj się, palce do konia, patrz przed siebie, rozluźnij się...
-Wiem- warknęłam po ostatniej radzie.- Ale spróbuj być rozluźnionym, jeśli ostatni obraz związany z końmi jaki pamiętasz, to mój... nasz... tragiczny wypadek.
-Przepraszam... Ale musisz zapomnieć. Wki, minęło już tyle czasu! Nie możesz myśleć tylko o Dashy.
Poczułam nagle, że jestem gotowa. Nie oznajmiałam już tego Bartkowi, tylko ścisnęłam nogami boki klaczy. Od razu przeszła do kłusa.
-Prr...- Bartek machnął batem w kierunku przednich nóg Milki.
-Nie- zaoponowałam.- Jest OK.
Pokiwał głową ze zrozumieniem i pozwolił Milce kłusować.
Po paru taktach przypomniałam sobie, jak się anglezuje. Nawet nieźle mi to wychodziło, chociaż mogłam zapomnieć o wysiadywaniu taktów. Kiedy tylko siadałam w siodło, odbijałam się jak piłeczka, a wstrząsy przypominały mi wypadek.
-Zagalopujesz?- głos Bartosza wyrwał mnie ze skupienia.
-Co?- spojrzałam na niego jak na idiotę upewniając się, że nie żartuje.- Może kiedy indziej... Prr...- zawołałam do konia. Miałam luźną wodzę, więc nie chciałam jej szarpać. A siadanie w siodło nie wchodziło w grę. Milka nie zwróciła na mnie uwagi.
-Ech... Niech ci będzie. Ale to jak z jazdą na rowerze- tego się nie zapomina. I nie przejdziesz do stępa, anglezując cały czas.- Pomógł ją spowolnić z ziemi i spokojnie mogłam siedzieć.
- Wpadłeś kiedyś rowerem w środek oksera, zabijając jego i też prawie siebie?- Uniosłam brew.
Westchnął głośno, ale nie odpowiedział. Czy oni wszyscy naprawdę myślą, że to jest takie łatwe? Zabiłam najlepszą przyjaciółkę, nigdy nie zapomnę.
-Na dziś wystarczy- oznajmił Bartosz po kolejnych kilku okrążeniach.- Zsiadaj i kończymy.
Niezgrabnie zeskoczyłam na ziemię. Nogi się pode mną ugięły, ale nie upadłam.  Bartek ściągnął wodze z szyi Milki, potem zajął się ochraniaczami, kiedy nagle zapatrzył się w coś za mną. Podążyłam za jego wzrokiem. Na brukowany podjazd wjechała elegancka, droga przyczepa do przewozu koni. Była dwukolorowa. Górną połowę miała białą, a dolną- ciemnoniebieską. Na niebieskim po obu bokach trailera widniał biały emblemat konia przedstawiający nos, głowę, szyję, grzbiet i wysoko osadzony ogon; a nad emblematem zobaczyłam napis ,,Horsenter Racing Stable". Samochód ciągnący przyczepę też był niczego sobie. Niby tylko pick up, ale jego czarny lakier lśnił intensywnie, wszystko było wypolerowane, a kiedy wysiadło z niego dwóch mężczyzn wydawało mi się, że siedzenia są ze skóry. Na masce widniało logo Peugeota.
Bartek wyprostował się tak gwałtownie, że Milka cofnęła się szybko, a mnie wyrwało to z zamyślenia. Widziałam po nim, że najchętniej wcisnąłby mi wodze do ręki i pobiegł do tego samochodu. W końcu jednak rozejrzał się, a na widok Weroniki wychodzącej ze stajni jego twarz rozświetlił szeroki uśmiech.
-Nika!- zawołał.- Rozbierzesz Milkę?
-Tak jest, szefie- zasalutowała, a Rafał koło mnie się zaśmiał. Werka rzuciła mu przyjazne spojrzenie, a potem spojrzała na Bartka.- A coś się stało?
-Thunderbolt przyjechał- powiedział, a Weronice to wystarczyło.- Miłej zabawy, proszę pana- rzuciła mu porozumiewawczy uśmieszek i odeszła z klaczą.
Thunder... bolt..., próbowałam sobie przypomnieć, czemu imię brzmi znajomo. Ach tak!
-TEN Thunder?- spytałam.- Ten, którego nazywają drugim Secretariatem? Ten, który wygrywa każdy wyścig? Ten, który Wielką Warszawską wygrał o cztery długości? To on?
Dzieci i Bartosz przypatrywali mi się zszokowani.
-E... w wiadomościach mówili- rzuciłam od niechcenia, hamując śmiech.
Prawda była taka, że nigdy nie byłam w stanie do końca odrzucić koni. Nigdy nie lubiłam wyścigów. Wręcz nienawidziłam. Co jak co, ale niezbyt mi się podobało wykorzystywanie tak młodych zwierząt, które normalnie dopiero powinny być zajeżdżane, a tu już były zmuszane do biegu z oszałamiającą prędkością, której nigdy by nie osiągnęły na wolności, nawet gdyby się spłoszyły. No i w wyścigach ginie może mniej koni niż w crossie, ale o wiele, wiele więcej niż przy skokach. Może nie na miejscu. Wiele z nich łamie nogi, a ludzie nawet nie próbują ich ratować, tylko wymieniają na nowsze modele. Z Ruffian było inaczej. Jej już się nie dało pomóc. Co jednak nie zmienia faktu, że ona miała dopiero trzy lata! Dopiero powinna zostać zajeżdżona...
Jednak czułam potrzebę zostania przy koniach. Czułam, że ta cienka nić, którą było tylko oglądanie jakiejś konkurencji, nie oderwie mnie całkowicie od tych zwierząt. Skoki i cross odpadały z wiadomego powodu. Ujeżdżenie też mi dość mocno przypominało Dashę. Więc odrzuciłam też WKKW. Western kojarzył mi się z dawną koleżanką ze Świata Rumaków. Miała swoją palominą klacz rasy quarter horse, na której jeździła w zachodnim siodle, chociaż bardziej rekreacyjnie- galopem po maneżu- niż w jakichś konkurencjach.  Urwał nam się kontakt po śmierci Broszki, kiedy to razem z Izą opuściłam tamtą stajnię, ale wspomnienie pozostało. Wtedy do głowy przyszły mi wyścigi. Z niczym mi się nie kojarzyły. W żadnej stajni w jakiej byłam nie praktykowali wyścigów, nie oglądałam ich nigdy, a parę cwałów jakie w życiu zaliczyłam, nie działało na mnie tak, jak przy próbach oglądania skoków.
Najczęściej oglądałam wyścigi w telewizji, ale czasem Dariusz jechał w interesach do Warszawy. Zabierałam się z nim, zostawiając dzieciaki u sąsiadów. Zawsze wtedy zostawiał mnie w centrum, a ja, mogąc robić co chciałam odwiedzałam Służewiec. Darek do dziś myśli, że cały dzień podczas każdego wyjazdu spędzałam na Złotych Tarasach.
Na wyścigach nigdy nie stawiałam. Nie robiłam tego dla pieniędzy tylko dla... jakiegoś głęboko ukrytego JA.
-Tak, ten sam- odparł Bartek z jakimś dziwnym respektem w głosie. A ja przypomniałam sobie zadane przed chwilą pytanie.- Chodźmy do nich.
Mężczyźni już sobie poradzili i właśnie wyprowadzali pięknego kasztanowatego ogiera. Znałam go dobrze z różnych gonitw. Wiedziałam, że ma 165 cm w kłębie i niedawno skończył 5 lat.
-Chwilę...- zastanowiłam się.- Ten koń jest wart fortunę. Nie mów mi, że go kupiłeś.
-Ja?- Bartek, gładzący rudawą szyję, spojrzał na mnie zaskoczony.- Nie powiem. Thunder nie jest mój. Ma lekkie problemy z nogami. Nic poważnego, ale trener postanowił zrobić mu rok przerwy. Śliczny, prawda?
Pokiwałam ochoczo głową.
-Może pomogę ci go oporządzić?
-Wiktoria!- usłyszałam głos mojego męża dochodzący z samochodu.- Chodź rzesz wreszcie. Wiki!
-Mamo...- jęknęła Magda. Rafał już pobiegł do ojca.- Idź do samochodu. Ja zaraz dołączę.
Córka nie protestowała, odprowadziłam ją wzrokiem. Bałam się zostać sama z przyjacielem. Co gdyby mnie znów pocałował? A jeśli Dariusz to zobaczy? Ale kręcący się dookoła ludzie widać peszyli Bartka przed odważniejszymi krokami. Wtedy sobie coś przypomniałam.
-Och, zapomniałam ci zapłacić- zauważyłam.- To ile jestem ci winna? Nie pamiętam cennika.
-Twój uśmiech, kiedy siedziałaś na koniu pierwszy raz po dwudziestu latach... - to mi wystarczy za wszystkie pieniądze świata.
Odwrócił się na pięcie, wykrzykując polecenia do mężczyzn prowadzących Thunderbolta.
    Siedziałam już w samochodzie, kiedy ciągle jeszcze brzmiały mi w uszach jego słowa.