Kare Serce Konia

Kare Serce Konia

niedziela, 18 sierpnia 2013

Rozdział 50

~Magda~

    Miałam dosyć rodziców. Oboje udają, że są najmądrzejsi, a co mi mówią? Ojciec ,,nie bo nie", a mama... Kiedyś sama jeździła konno, była jedną z najlepszych. Och, ile bym dała, żeby być na jej miejscu. A tymczasem ona sama zrezygnowała. Mając złotą odznakę i niemal mistrzostwo Polski w skokach, tak po prostu zostawiła konie. I okłamywała mnie przez te wszystkie lata. Zawsze kulała. Utykała na lewą nogę. Kiedyś spytałam dlaczego. Powiedziała, że miała wypadek samochodowy, który zmiażdżył jej nogę i choć ją poskładali, noga nigdy nie wróci do starej sprawności. Tymczasem to nie samochód a koń! Agata- moja dwa lata starsza koleżanka ze szkoły- ma swoją stajnię. Proponowała mi, że za darmo nauczy mnie jeździć. Wtedy odmówiłam, chciałam spróbować normalnie załatwić sprawę. Ale teraz już postanowiłam. Następnego dnia po rozmowie z matką, poszłam do szkoły i podczas przerwy znalazłam ją za szkołą z koleżankami, palącą papierosa.
-O, Magda- uśmiechnęła się.- Chcesz szlugę?
-Nie, nie palę- mruknęłam.- Pamiętasz twoją propozycję?
-Może i pamiętam. A co?
-Przyjmuję ją.
Usta Agaty wygięły się w szerokim uśmiechu. Nie wiem czemu w głowie zapaliła mi się ,,czerwona lampka". Jakaś część mnie krzyczała, żebym zrezygnowała, nie ufała tej dziewczynie, która może nie skończyć gimnazjum, a do tego obraca się w dziwnym towarzystwie. Ale przecież ktoś, kto kocha konie nie może być zły. Spróbowałam zagłuszyć ten krzyk. Lepiej, całkiem go zignorowałam.
-Przyjdziesz do mnie dzisiaj?
-Dzisiaj?- spytałam zaskoczona.- Szczerze wolałabym jutro. W końcu będzie sobota. Tata wcześnie rano wyjeżdża służbowo, wraca w niedzielę wieczorem. A mama ma zamiar wybyć gdzieś na cały dzień. Nie podzieliła się ze mną szczegółami.
W szkole zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec przerwy.
-To niech będzie jutro- odparła nonszalancko, chuchając mi w twarz dymem. A teraz leć na lekcję młoda, bo się spóźnisz i tatuś cię okrzyczy.
Rzuciłam jej wściekłe spojrzenie, ale szybko zniknęłam im z oczu, wchodząc do budynku.
gify konie
Mama jeszcze była w domu, kiedy ja wychodziłam. Powiedziałam, że idę do koleżanki, po czym wybiegłam z domu, unikając jakichkolwiek pytań. Wsiadłam w autobus zatrzymujący się przy stadninie Green Trees. Niestety nie miałam czasu kupić biletu. I tak nigdy ich nie sprawdzają, pomyślałam. Może za dużo autobusami nie jeżdżę, ale przez trzynaście lat życia ani razu nie miałam kontroli. Zaraz byłam już pewna co do złośliwości losu. Autobus właśnie wjechał na przedostatni przystanku mojej trasy, dwie minuty zanim miałam wysiadać, wpuścił pasażerów nowych pasażerów, wypuścił innych, ale ani nie ruszył, ani nie otworzył drzwi, kiedy usłyszałam na początku autobusu:
-Bileciki do kontroli proszę.
Nie było mowy o ucieczce. Mogłam tylko świecić oczami przed kontrolerem, poczekać aż spisze mój adres, gdy przyznałam, iż nie mam przy sobie pięciu stów na mandat i pozwolić się wykopać z pojazdu. Teraz czekał mnie spacerek do stajni. Wolałam nie myśleć o reakcji rodziców. Przynajmniej nie muszą wiedzieć, GDZIE jechałam bez tego biletu. Głupi ma zawsze szczęście, pomyślałam na wspomnienie Agaty, która nie wie co to jest bilet, a ani razu jej nie złapali.
gify konie
-Nareszcie.- Agata, siedząca na ogrodzeniu ujeżdżalni, oglądając jazdę, spiorunowała mnie wzrokiem. Miałaś tu być już godzinę temu
-Sorki.- odpowiedziałam.- Najpierw czekałam aż się matka zmyje, ale nie spieszyło jej się i wyszłam pierwsza, a potem wysiadłam przystanek za wcześnie. To zaczynamy?
-Poczekaj sekundę. Moje koleżanki właśnie szykują ci konia. Dopiero zdążyły go rozsiodłać po tym, jak stał godzinę z wędzidłem w pysku, czekając na ciebie. Teraz ty poczekaj na niego.
-Nie ma problemu.- Usiadłam obok niej.- A czemu ty go nie szykujesz?
-Patrzę na trening, nie? Widzisz tą siwą kobyłę, pierwszą w zastępie?- Przytaknęłam.- To mój koń. Ona...
-Myślałam, że wszystkie są twoje- wtrąciłam.
-Poniekąd tak. Ale nie mam czasu jeździć na trzydziestu koniach. Życia by mi nie starczyło. Więc to na niej trenuję i startuję w zawodach. Ona ma na imię Naver Let Me Down. I jak dotąd naprawdę nigdy mnie nie zawiodła*.Wygrywa każde zawody. Teraz dałam ją do treningu skokowego dla tych amatorów, bo brak nam dobrych koni skokowych. Tylko ja skaczę, kiedyś też matka, ale już dawno temu przerzuciła się na ujeżdżenie. Chociaż starzy chcą mi teraz kupić karego ogiera imieniem Highway z sąsiedniej stajenki. On nawet nie ma czystego rodowodu. Jest hanowerem z dwudziestoma pięcioma procentami krwi selle francais. Ale twierdzą, że jest najlepszy i Never na pewno nie miałaby z nim szans.
-Jakiej rasy jest Never Let Me Down?- spytałam.
-Czy ty musisz ciągle przerywać? Nie widzisz? To koń oldenburski. Na czym ja skończyłam? A tak. Właściciel nie ma zamiaru sprzedać konia, ale puścimy go z torbami i nie będzie miał wyboru. Już raz tak zrobiliśmy, żeby dostać jedną jego klacz- młodą Always Winning. Chociaż to zwierzę nie nadawało się do sportu. Próbowaliśmy jej sił w crossie. Po paru zawodach okulała i musieliśmy wysłać ją do handlarza.
Wzdrygnęłam się na te słowa. Jak można zabić konia, który mógłby jeszcze długo żyć. Siedziałyśmy chwilę w milczeniu obserwując trening. Matka Agaty stała pośrodku ujeżdżalni wykrzykując komendy przy użyciu imion koni.
-Never, stać ją na więcej! Masz bat? To go użyj! Nikar, nie wyprzedzaj! Perfidel, zaraz zaśniesz! Łyda! Akra, szarpnij rzesz za te wodze! Nie pozwól jej wyrywać.
Obserwowałam to z dezaprobatą, dopóki nie zobaczyłam jak dwie koleżanki Agaty prowadzą mi konia. Był to kasztanowaty wałach angloarabski. Jedna z dziewczyn prowadziła go za dopiętą lonżę. Wodze spoczywały koniowi zarzucone na szyję koło kłębu. Wprowadziły go na maneż. Agata rzuciła na niego fachowym okiem. Dociągnęła popręg, opuściła strzemiona.
-Wsiadaj, Marta- oznajmiła.
-Jestem Magda.
-A, tak. Dosiądziesz go wreszcie?
Niezgrabnie wspięłam się na wysoki grzbiet konia. Agata przejęła lonżę, łapiąc ją w odległości około 4 metrów. Dwie dziewczyny zajęły miejsca po jej bokach. Naprędce złapałam wodze, nawet nie zwracając uwagi, czy trzymam je odpowiednio.
-Stępem- powiedziałam Agata machając lekko lonżą w stronę zadu wałacha. Po dwóch okrążeniach krzyknęła:- Kłus!
Zaczęło rzucać mnie po siodle. Nie znałam się na tym, ale koń wydawał mi się strasznie twardy. Nawet dla kogoś, kto opanował kłus. Wciąż ściskając wodze, złapałam się z całej siły przedniego łęku siodła obiema rękami. Dzięki temu nie podskakiwałam.
-Nie możesz jechać konno trzymając się siodła- stwierdziła Agata.
Słyszałam jak dziewczyna po jej lewej stronie szepcze zaraz:
-Już to robimy?
Agata odparła równie cicho:
-Zaraz. Zaraz pokażemy jej, kto tu rządzi.
Poczułam ukłucie w żołądku. Nie wiedziałam, czy to zwykła kolka od jazdy, czy cień lęku. Choć udawałam, że nie słyszałam ich słów, w istocie dobrze usłyszałam i nie ukrywam, że mnie to zaniepokoiło.
-Stę-ę-ę-p!- zawołałam, próbując nieudolnie zwolnić, ciągnąc za wodze.- Zatrzy-y-y-maj j-ą-ą!- zęby mi zaszczękały, gdy moje zmęczone ręce się rozluźniły i kilka razy mocno klepnęłam w siodło.
-Stęęępem- zawołała Agata kojąco, rzucając końcem lonży, w stronę pyska konia.- W porządku?- spytała mnie.
-Tak-uśmiechnęłam się.- Zawsze tak podrzuca.
-Nie, nigdy. Chyba że się siedzi w siodle zgarbionym, skulonym i cholernie spiętym, z rękami ściskającymi siodło.-Poczułam, jak pieką mnie policzki, jednak nic nie powiedziałam.- To była rozgrzewka- kontynuowała Agata.- Teraz zacznie się jazda. Chop!- strzeliła batem za zadem wałacha.
Koń ruszył ze stępa galopem. Podrzucało mniej niż w kłusie, ale też w inny sposób. Od razu nogi wypadły mi ze strzemion. W niższym chodzie też, ale poprawiłam je podczas stępa. Raz byłam zmuszona puścić się siodła i nie miałam czasu złapać go ponownie. Wodze wypadły mi z rąk już przy pierwszej fazie zawieszenia. Chwyciłam się kurczowo dość skąpej grzywy konia.
-Zaraz spadnę!- krzyknęłam, osuwając się na szyję.
-Jeździectwo- zaczęła Agata, strzelając z bata, gdy koń spróbował zwolnić- jest ekskluzywnym sportem, nie dla takich... osób jak ty. Może to cię czegoś nauczy.- I znów uderzenie batem.
Zrezygnowałam z trzymania grzywy. Obiema rękami ścisnęłam szyję konia, ale zaczęłam osuwać się na jego łopatkę. Wtedy wałach się potknął, a ja poleciałam do przodu. Uderzyłam gołą głową w ziemię.
-Prr!- poleciła Agata. Wiejemy- zawołała do koleżanek i ciągnąc za sobą konia wybiegły z ujeżdżalni.
Wstałam ostrożnie z ziemi. Czułam się dobrze. Chyba adrenalina trzymała mnie na nogach. Rozejrzałam się. Dziewczyny zniknęły. Wszyscy dookoła byli zajęci swoimi sprawami. Nie zauważyli mojego nieudolnego galopu ani upadku. Wystraszyłam się nie dlatego, że upadłam. Na to przygotowałam się psychicznie. Nawet na taki, jaki przeżyła moja mama. Ale nie założyłam kasku. Powoli zaczęłam się odprężać. Nic się nie stało, pomyślałam. Wrócę normalnie do domu. Mama nie zauważy. Postąpiłam jeden krok do przodu, po czym osunęłam się na ziemię nieprzytomna.

_______________
*never let me down (czyt.) newer let mi dałn- (ang.) nigdy mnie nie zawiedź
gify konie
Niektóre konie na obozie miały niezłe imiona. Np. mieliśmy trzy Neverki: Never Losing, Never Ending Dream, no i Never Let Me Down. Stąd imię dla konia Agaty ;) Było też kilka missek, m.in. Miss Neel i Miss Sajgon. A Let Misia była taka słodka. Kucyś wzrostu Highway'a (zresztą stała w sąsiadującym z nim boksie), ale imię potężne ;) Nie wiem czemu kilku słowne imiona wydają mi się szlachetniejsze, np. Never Losing a Klara (na Klarze teraz jeżdżę). Może dlatego, że  konie z dłuższymi imionami często są w zawodach. Ale imię się nie liczy, gdy ma się konia takiego jak Dasha albo Highway (z opowiadania). (:
Na tą notkę tak jakoś mnie natchnęło. Miałam na pierwszą jazdę Madzi nieco inny pomysł, ale nie gardzę też takim. ;)
PS Dziękuję, Koniowata, za link do filmiku. Co prawda obejrzałam go na Wrzucie, bo na kinomaniaku reklamy uniemożliwiły mi odtworzenie go -,- Ale i tak był świetny. Gdyby nie to, że zarezerwowałaś sobie pomysł z kłusakami, sama bym go wykorzystała. A tak z ciekawości skąd wiedziałaś, że to kłusaki orłowskie? Znam jeszcze francuskie i amerykańskie, a wszystkie wyglądają podobnie ;)
PS2 A tu macie Never Let Me Down:
Wersja Sydney Photography xD
PS3 moja notka przed notką Soph, bo nie miała czasu ani pomysły na swoją, więc doszłyśmy do wniosku, że żebyście nie czekali najpierw ja wstawię swoją ;)

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział 49

~Wiki~

Siedziałam w sypialni i obracałam w dłoniach sławną fotografię. Przed oczami znów stanęły mi wydarzenia z chwili wypadku. Czasem jedna chwila potrafi zniszczyć całe życie, uświadomiłam sobie, pamiętając jak szybko to wszystko się działo. Jechałam konno, spanikowana uświadomiłam sobie nieuniknione, upadłyśmy, obudziłam się w szpitalu. Życie było niesprawiedliwe. Dlaczego tracimy to, co jest dla nas najważniejsze? Dlaczego chwile, które chcielibyśmy zachować, znikają bezpowrotnie? Dlaczego...?
-Dasho- powiedziałam na głos.- Jeśli mnie słyszysz tam... gdzie jesteś, proszę cię, pomóż mi, bym znów spotkała Izę. Wiem, że to praktycznie niemożliwe, ale, skoro ciebie już nie ma, tylko przy niej będę mogła być szczęśliwa.
Zwariowałam.
Ostatni raz dotknęłam palcem chrap czarnej klaczy. Postanowiłam ukryć zdjęcie. W naszym ogrodzie pod jabłonią zakopałam moją dobrze zamkniętą skrzynkę z ,,końskimi" rzeczami, które mi jeszcze pozostały.  Nie miałam ochoty ich przeglądać. Nie teraz. Znając mnie pewnie bym się popłakała. Chociaż wcześniej wykopałam ją tylko dwa razy w ciągu tych dwudziestu lat. Raz, zaraz po ślubie, gdy wyprowadzałam się do Dariusza. Zakopałam ją wówczas na tamtym podwórku. Drugi raz, kiedy przeprowadzaliśmy się tutaj. A zaraz Darek wróci z pracy. Nie chciałabym, żeby widział mnie w takim stanie. Wrzuciłam tylko fotografię do starej, pordzewiałej skrzynki, grzebiąc ostatnie wspomnienie.
gify konie
Pogrążona w myślach robiłam placek. Właśnie rozdzielałam jajka. Dariusz i Magda siedzieli przy stole w kuchni. On mnie obserwował, ona czytała książkę.
-Może Ci pomóc, Wikuś?- spytał Darek.
-Wyglądam, jakbym potrzebowała pomocy?- odburknęłam.
-A ja wyglądam, jakbym lubił, kiedy skorupki strzelają mi między zębami?
Spojrzałam zdezorientowana do garnka. Tam znalazłam przepołowione jajka, wrzucone w całości.
-Zamyśliłam się. Możesz mi pomóc.
-Wiesz co, przypomniałem sobie, że jestem umówiony z kolegami. Wracam wieczorem.
Uciekł z kuchni i wyszedł z domu. Magda odprowadziła go wzrokiem. Prychnęłam wściekle.
-Mamo- twarz Madzi rozjaśnił uśmiech.-W tej książce jest napisane, że jazda konna jest sportem, który ćwiczy wiele mięśni.
Dobrze, że Dariusz tego nie słyszy. Chwilę, co ona czyta?! Spojrzałam na okładkę książki.
-Nie pamiętam, żeby w ,,Panu Tadeuszu" były takie szczegóły- zauważyłam.
Dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało. Wyrwałam książkę z jej rąk. Kiedy ,,Pan Tadeusz" został w mojej ręce, na ziemię upadła cienka książeczka ,,Jeździectwo dla początkujących".
-Magdaleno!- byłam na nią wściekła. To się nazywa kłamać w twarz.- Czy nie wyraziliśmy się jasno?! Żadnych koni, nigdy nie będziesz jeździć!
-Dlaczego?- łzy popłynęły jej z oczu.- Dwie moje koleżanki jeżdżą konno. Jedna w Dasha's Shelter, druga w Green Trees. Czemu WY tak nienawidzicie koni? Co one wam zrobiły? Chciałabym, żebyś Ty też miała kiedyś jakąś pasję, taką, na której będzie ci zależeć tak, jak mnie na koniach!
Słysząc o schronisku i stadninie Amandy coś się we mnie zagotowało. W tej samej chwili dziewczyna wstała od stołu i pobiegła do swojego pokoju.
-Magda, czekaj!- zawołałam.- Magda!!!
Dogoniłam ją i postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. Nie mogę pozwolić, żeby znienawidziła mnie jedyna córka.
-Madziu, pokażę ci coś. Może dzięki temu lepiej zrozumiesz.
Dziewczyna zacisnęła wargi, ale podążyła za mną pod jabłoń. Kazałam jej zaczekać, a sama poszłam po łopatę. Zaczęłam kopać i po chwili dokopałam się do skrzyni z moimi rzeczami jeździeckimi. W rzeczywistości były to dwie skrzynki, ponieważ bałam się, że jedna łatwo ulegnie zniszczeniu. Pierwsza- długości całej mojej ręki od czubka środkowego palca aż po ramię. Druga nieco mniejsza- jak ręka od nadgarstka kończąca się pod ramieniem. Obie miały szerokość ok. 30 cm jedynie z taką różnicą, by dało się je w siebie włożyć. Niewielkie ,,złote" kluczyki nosiłam na łańcuszku na szyi. Nie zdejmowałam ich nigdy. Otworzyłam skrzynki, stawiając mniejszą przed córką. Spojrzała na mnie zdziwiona, oczekując wskazówek.
-Śmiało, zajrzyj- poleciłam.
Dziewczynka delikatnie wysypała wszystkie przedmioty na trawę.
-Odznaki!- zawołała ożywiona.- Brązowa, srebrna...- sapnęła, gładząc palcem mój największy skarb:- złota! Skąd...
Uciszyłam ją szybko.
-Nie teraz. Patrz dalej.
-Album. A w nim...Konie, mnóstwo koni.
Owszem. Trafiła na zdjęcia starsze niż Equiland... tzn. obecny Dasha's Shelter. Jak zaczynałam uczyć się jeździć miałam passę na zostanie fotografem. Robiłam wtedy mnóstwo zdjęć koniom. Szybko mi się znudziło, ale album został. Jednak na żadnym z tych zdjęć nie było mnie, nie mówiąc już o Dashy. Jedyne jej zdjęcie, które zdążyłyśmy zrobić leży teraz na samym spodzie stosiku.
-Rozetka- kontynuowała Madzia.
W prawej ręce trzymała teraz jedyną rozetę z zawodów jaką sobie zatrzymałam. Nie specjalnie zresztą. Po prostu rozeta zawieruszyła się gdzieś, gdy dawałam Izie nagrody. Znalazłam ją dopiero podczas wypakowywania w nowym domu, co uznałam za znak, że powinnam ją sobie zachować.
Potem Madzia wyjęła małą torebeczkę z dziwną zawartością.
-Włosy?- spytała.
-Sierść- odparłam.- A dokładniej włosy z ogona takiego jednego konia.
Pukiel włosów z ogona Broszki, który zdobyłam na krótko przed jej wypadkiem.
Dziewczynka w lewej ręce wciąż ściskała odznaki. Wiedziałam, że będę musiała jej wszystko opowiedzieć.
Następnie Magda podniosła figurkę. Najstarszy przedmiot z tej skrzynki, który posiadałam. Figurka przedstawiała czarnego konia o szlachetnej sylwetce. Koń stał na trzech nogach, czwarta będąca lewą przednią była uniesiona do góry, skierowana kopytem równoległe do ziemi. Wygięta szyja umożliwiała koniowi dotknięcie czubkiem chrap boku. Uszy konia- najwyższe punkty przedmiotu, sięgały zaledwie jakichś dziesięciu centymetrów nad ziemię. To od niej- tej figurki- wszystko się zaczęło. Dostałam ją w wieku sześciu lat i od tej pory zakochałam się w koniach-ich wdzięku, pięknie, dzikości, rączości. Zapragnęłam jeździć, a po paru latach moje marzenie  się spełniło. I znów- jedna chwila, jeden gest pokierował następnymi latami mojego życia.
Magda obejrzała pozostałe przedmioty. Na końcu wzięła do ręki zdjęcie z Dashą?
-To ty?- spytała, rozpoznając mnie w jednej z nastolatek. Nic dziwnego. Przecież widziała dużo moich zdjęć z tamtego czasu. Ale żadnych końskich.
-Ja- uśmiechnęłam się smutno.
-Jeździłaś konno?- spytała podniecona. Jej spojrzenie wwiercało się we mnie.
-Dawno temu...
-A mnie nie pozwalasz?!- prychnęła.
-To nie tak jak myślisz.- Mówiłam opanowanym głosem, chociaż miałam ochotę uciec stąd z płaczem. Nie ma mowy, pomyślałam. Już za dużo uciekałam.- Miałam wypadek, z którego ledwo uszłam z życiem. Niestety moja klacz nie miała tyle szczęścia. Kiedy obudziłam się ze śpiączki powiedzieli mi, że klacz zginęła. Potem dowiedziałam się, że sam wypadek przeżyła, ale...- głos mi się załamał.- Myślałam, że skręciła kark. W rzeczywistości złamała kręgosłup. Żyła, ale nigdy nie mogłaby się podnieść. Musieli ją dobić.
-Przykro mi- Magda spuściła wzrok.- A dlaczego ja nie mogę jeździć?
-Bo się o ciebie martwię. A jak już raz wsiądziesz na konia, nigdy się od tego nie uwolnisz. Tak było ze mną. Chorowałam za każdym razem, gdy nie siedziałam w siodle dłużej niż tydzień.
Wolałam nie mówić córce, jak wyszkoliłam rodziców, gdyż mogłaby użyć tego przeciw mnie. Na początku rodzice też kochali konie, chociaż sami nie jeździli. Bardzo cieszyli się, że mam taką pasję. Zdarzało mi się upadać, ale niegroźnie. Jeździłam już trzy lata, od roku na Broszce, kiedy skakałyśmy przez przeszkody crossowe ustawione na ujeżdżalni. Po prostu pani Agnieszka miała wizję, żeby szkolić nas na crossie bez konieczności wyjeżdżania w teren. Przeskakiwałam szeroki stos drewna, kiedy straciłam równowagę i upadłam na niego. Złamałam rękę. Dostałam wówczas całkowity, dożywotni szlaban na konie. Wcześniej dostawałam takie drobne zakazy, ale zazwyczaj trwały dwa, trzy dni. Więc i tym razem nic sobie z tego nie robiłam. Wytrzymałam dwa miesiące, gdyż ręka musiała się zrosnąć. Potem okazało się, że rodzice przystają przy swoim. Przestałam jeść. Piłam tylko wodę z kranu, jadłam czasem jakiegoś batonika, ale i jedno i drugie robiłam, gdy nikt mnie nie widział. Przez tydzień wytrzymałam na głodowych porcjach, które sama sobie zaserwowałam, zostawiając śniadania, obiady oraz kolacje nietknięte. Już miałam się poddać, kiedy rodzice ulegli pierwsi. Oczywiście byli wściekli, ale nie chcieli pozwolić mi umrzeć z głodu. Pozwolili mi wrócić do koni. Wówczas niestety zmienili swój stosunek do tych zwierząt. Powtórnie zaakceptowali je dopiero po wypadku z Dashą, kiedy widzieli w jakim jestem stanie i chcieli wręcz mnie zmusić do jeżdżenia, gdybyśmy się nie wyprowadzili. Ale wtedy było za późno.
-Długo jeździłaś?- usłyszałam pytanie.- I jak dobrze?
-Osiem lat- policzyłam na palcach.- Na tyle dobrze, by rok przed wypadkiem otrzymać to cudo.- Zabrałam jej złotą odznakę unosząc ją tak, by odbiła promienie słońca.
Przez pewien czas żadna z nas się nie odezwała.
-To mogę jeździć?- spytała Magda po chwili milczenia.
-Nie.
-Niech ci będzie- odparła bez krzty zawodu.- Poddaję się.
Jej oczy zalśniły w sposób, który nie przypadł mi do gustu. Poszło za łatwo. Coś kombinowała, ale co? 
gify konie
Hejahej! :) Ostatnio notki pojawiają się dość rzadko (jak na mnie), ale nie mam czasu. Ani ochoty ;)
Jednak obozy jeździeckie dużo dają. Na obozie pierwszy raz zagalopowałam, tzn. nie ja, tylko koń. Ja chciałam kłus, a koniki się rozkręciły. Wtedy nie mieliśmy w ogóle w planach galopu, którym przejechało 5 na 6 koni z naszej grupy ;)
Teraz galop idzie mi nieźle, zaczynam skakać ^) I kto by pomyślał, że jeszcze półtora miesiąca temu siedziałam na lonży. Chociaż teraz jeżdżę na bardzo upartym kucyku Klarze, który mniej więcej chodzi tak jak chce, nieźle daję sobie radę. A w zeszłą sobotę zaliczyłam pierwszy upadek. Oczywiście z mojej winy. Klara szła wtedy bardzo spokojnym kłusikiem (jechałam bez strzemion), kiedy na zakręcie po prostu zjechałam z siodła (w bryczesach!). Obecnie mam tygodniową przerwę, co dla mnie oznacza dwie stracone jazdy. Kiedyś to sobie odbiję. Nie mogę stracić ŻADNEJ jazdy. Nie wiem, czy Wam wspominałam, że na następnym obozie chciałabym zdać na BOJ. Każda godzina w siodle jest na wagę złota, bo mam tylko rok, a tyle do zrobienia ;)
Następną notkę zgodnie z ustaleniami opublikuje Sophie. Ja mam chwilę przerwy, więc może popiszę na KRŻ :) Ale nie dziś, bo mam dość komputera.

wtorek, 30 lipca 2013

Rozdział 48

-- Iza --
Biegłam pędem przez lotnisko, niezdarnie trzymając w rękach torbę. Spojrzałam na zegar. Cholera. Miałam wylatywać za pięć minut. Przyśpieszyłam ledwo co mijając ludzi i przyznaję, paru potrącając torbą. Zawsze na ostatnią chwilę, ale ta kawaaaa! Nie mogłam jej tak zwyczajnie nie kupić. To by było zmarnowanie okazji. Moja ulubiona zbożowa(średnio lubiłam zwykłą) z fikuśnymi dodatkami. Kiedy ją wypiłam okazało się, że jest bardzo późno i byłam zmuszona do biegu. Wreszcie osiągnęłam swój cel. Zdążyłam! Yeah!


Przed samym wejściem do samolotu na cały głos zaczął dzwonić mi telefon. A mówię serio, najcichszy dzwonek to to nie był.  (to ta piosenka)

-IZZ! Gdzie ty u licha jesteś?! - rozbrzmiał głos mojego na rzeczonego 
Ups.. Zapomniałam do niego zadzwonić
-Eee no zaraz wsiadam do samolotu. Babcia, pogrzeb, nagła sytuacja! Muszę lecieć paa!
I nie czekając na odpowiedź rozłączyłam się. Wiedziałam, że się nie obrazi. Harry znał mnie bardzo dobrze i wiedział, że mam ognisty temperament, a przynajmniej od kiedy zamieszkałam w Irlandii. Kompletnie się zmieniłam i nie ukrywam, że to właśnie chciałam osiągnąć. Jedyne co zachowałam to Izz... Wiktoria mówiła tak na mnie i w Irlandii postanowiłam zawsze się tak przedstawiać. Nie mogłam uwierzyć, że kończę 37 lat! To już blisko 40... Wzdrygnęłam się na tę myśl. Nadal czułam się jak 20-latka. Od kiedy przyjechałam zaczęłam grać w koszykówkę. Nie chwaląc się powiem, że sport pozwolił utrzymać mi idealną formę fizyczną. To co najbardziej zmieniłam to fryzura. Włosy miałam teraz w kolorze ciemnego blondu o długości mniej więcej do ramion, poskręcane w spirale. Rodzice kupili mi maleńki domek żebym się ,,usamodzielniła"  a tak serio to podejrzewam, że mieli mnie zwyczajnie dość. Dwa  lata później sami wrócili do Polski.  A jeśli chodzi o konie... Przez pierwszy rok nie miałam siły by jeździć konno, ale z upływem  czasu bardzo mi tego brakowało. Więc znalazłam sobie przyjemną stadninę w której rozpoczęłam pracę. Pokochałam tam z miejsca pięknego karego ogiera paso fino o imieniu Fire. Miał rzeczywiście ognisty charakter.W tej stadninie  poznałam Harry'ego. Był moim kolegą z pracy. On pracował tam dla przyjemności , bo jednocześnie był kierownikiem w jednej z firm prawniczych swojego ojca. Na pieniądze nie narzekał. Nie żeby  mnie to interesowało. Na początku wręcz odczuwałam do niego niechęć.  Tacy ludzie często się wywyższają. Jednak okazało się, że on jest wyjątkowy. Nigdy nie udawał wielkiego ,,pana" . Zaprzyjaźniliśmy się, razem ćwiczyliśmy skoki i jazdę. Z czasem bardziej  zainteresowałam się koszykówką. Zaczęłam grać, a on regularnie przychodził na moje mecze. No i tak się zaczęło. Nie byłam łatwa do poderwania, więc zanim zgodziłam się na randkę minęło dość sporo czasu. Skłamię jeśli powiem, że się nie kłóciliśmy. W 95 procentach z mojej winy. Mój temperament nie raz dawał mu w kość i czasem mógł się czuć niemal jak mój ojciec. Podziwiałam jednak jego cierpliwość, bo prawda jest taka, że te ,,kłótnie" były bardziej sprzeczkami. Dwa lata temu mi się oświadczył. Nie dziwne, że tak późno oj nie. Często miałam różne wątpliwości i inne takie, jednak nadszedł czas. Dlaczego jeszcze nie wzięliśmy ślubu? Jakoś tak z braku czasu. Chociaż teraz mamy już ustaloną datę. No i mimo, że ceniłam sobie niezależność to wyglądałam już z niecierpliwością tego dnia.
gify konie

Siedząc w samolocie zorientowałam się, że Harry zdążył mi jeszcze wysłać wiadomość.
@Ty wariatko! Zobaczysz zaraz przez Ciebie osiwieję :* Kocham Cię i wracaj szybko. Pamiętaj, że masz u mnie na pieńku za zostawienie mnie na pastwę losu. A co jeśli umrę z głodu? Tęsknię!!
Parsknęłam śmiechem. Starsza pani siedząca obok mnie obrzuciła mnie karcącym spojrzeniem. Z dużym trudem zdusiłam w sobie kolejny wybuch śmiechu. Uwielbiam starsze panie! Harry też nie miał duszy starego dziada. A tak ogólnie to był ode mnie młodszy o dwa lat. Niby nic, ale jednak. Zdążyłam jednak pożegnać się z Fire'em. Z żalem go opuszczałam, ale jadę tylko na parę dni. Za to mam nadzieję, że oboje nie umrą z głodu. Ogier nie przepadał za ludźmi i jedynie ode mnie chciał dostawać jedzenie. A Harry... Powiedzmy, że kuchnię mogę zastać spaloną(w najlepszym wypadku).  No, ale może pójdzie do jakiejś restauracji. Jedyne co pozostawia problem to to, że może mieć ochotę na jajecznicę...  Nagle napadła mnie melancholia. Biedna babcia. Była jedyną osobą z rodziny, która się ze mną kontaktowała. Rodzicom widocznie było lepiej beze mnie. Zawsze miałam z nią najlepszą relację. Westchnęłam.

Właśnie szłam rękawem w trakcie przesiadki w Monako kiedy potrącił mnie mężczyzna idący w tę samą stronę.
- Przepraszam - powiedział i odszedł szybkim krokiem. Był wysokim blondynem o zielonych oczach i wydał mi się dziwnie znajomy. Czy to możliwe, że już kiedyś go spotkałam? Nie możliwe. Pewnie mi się zdawało. Ruszyłam dalej do samolotu. Siedząc rozglądnęłam się jeszcze czy nie ma go gdzieś w pobliżu, ale nigdzie go nie widziałam. Było już bardzo późno, więc włożyłam sobie w uszy słuchawki od MP4. Puściłam mój ulubiony zespół Depeche Mode. Rozsiadłam się wygodnie i zamknęłam oczy. Po chwili zasnęłam i co ciekawe przyśnił mi się Kuba...
gify konie  

Byłam ubrana w błękitną sukienkę przed kolan tę samą co 20 lat temu... Nagle zorientowałam się, że jestem też młodsza. Wokół mnie tańczyły zakochane pary licealistów. To tamte połowinki! -Uświadomiłam sobie. W tej chwili podszedł do mnie Jakub.
- Mogę prosić do tańca ? - zapytał szarmancko 
- Oczywiście - odparłam tak jak wtedy, czerwieniąc się. Akurat leciała wolna piosenka. Objął mnie w pasie a ja wtuliłam się w jego pierś otaczając rękoma jego szyję. Tańczyliśmy tak przez chwilę, jednak on po chwili się odezwał - Izz? - odsunęłam głowę i spojrzałam w jego duże, zielone oczy. Wtedy przybliżył się  i mnie pocałował. Krótko, ale z uczuciem. To był mój pierwszy pocałunek...

Sceneria się zmieniła. Od tamtej pory minęło parę miesięcy. Spotykałam się z nim, ale nie mówiłam nic Wiktorii, ponieważ nie chciałam jej rozpraszać tuż przed ważnymi zawodami. Cały czas spędzała na treningach z Dashą. Szłam właśnie parkiem rozmyślając nad tym co będę musiała załatwić w stadninie, kiedy coś mnie zatrzymało. Pod drzewem 10 metrów przede mną stał Jakub. Nie sam. Całował się właśnie z jakąś brunetką. Patrzyłam przez chwilę w szoku, a moje siedemnastoletnie serce rozpadło się na kawałki. Poczułam, że pojedyncza łza spływa mi po policzku. Kuba przerwał pocałunek i podniósł głowę. Nasze oczy się spotkały. Chłopak wyraźnie się przestraszył. Wyczytałam z jego ust moje imię. Dziewczyna odwróciła głowę i poznałam w niej moją koleżankę z klasy. Zaczerwieniłam się. Szybko wykonałam zwrot i odbiegłam w stronę domu. Usłyszałam, że ktoś za mną pędzi, więc przyśpieszyłam. Łzy niepohamowanie spływały po moich policzkach.  Dobiegłam do mojego domu i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Po chwili usłyszałam, że ktoś mocno w nie wali.
- Iza! Otwórz, proszę! - krzyknął Kuba. Sama byłam zdziwiona swoim czynem, ale otworzyłam. 
- O co chodzi? - spytałam spokojnie. Chłopak wyraźnie się speszył.
- Chciałbym wytłumaczyć - powiedział a później ucichł.
- Wytłumaczyć? Coś w stylu: To nie tak jak myślisz, kotku? Ćwiczyliśmy do roli w przedstawieniu? Wąż ją ukąsił w wargę? - zrobiłam przerwę - I po co to? I tak bym w to nie uwierzyła. Lepiej już idź. Spokojnie, nikomu nie powiem. Wiki ciężko trenuje i nie mogę jej rozpraszać. Będę udawać, że nic się nie wydarzyło, ale ty już więcej się do mnie nie zbliżaj. 
- Ale Izz... - nie wysłuchałam go i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.


gify konie
Obudziłam się. Teraz już wiem, gdzie widziałam tamte zielone oczy.
gify konie
A więc witajcie! ;) Sydney zapowiedziała moje przybycie jako niespodziankę. Nie wiem, czy jest dla Was miła, ale mam taką nadzieję. Sid poprosiła mnie o pomoc w pisaniu tego bloga, a ja bardzo chętnie się zgodziłam. Piszemy razem jeszcze jednego bloga, ale o trooszkę innej tematyce ;) Nigdy wcześniej nie pisałam ,,końskich" opowieści. Mam nadzieję, że dam radę i mnie polubicie. 
To chyba tyle :) 
Sophie.N 

Cóż, pytałam Natiszkę, czy chciałaby wrócić do pisania. Zapewniła mnie, że ,,na 100% nigdy nie wróci". Wtedy pomyślałam o mojej najlepszej przyjaciółce, z którą już piszemy bloga S&S. Zgodziła się bez zastanowienia. Chociaż Gabi nie zna się na koniach tak jak my, z doświadczenia wiem, że ma ogromny talent i fajne pomysły. Mam więc  nadzieję, że się Wam spodoba (: Najbliższe rozdziały pokażą (:
~Sydney

poniedziałek, 29 lipca 2013

Rozdział 47

~Wiki~

-Jak to zniknęła?- spytałam, gdy pierwszy szok minął.
-Tak po prostu- warknął.- Po tamtym wypadku nic nie jest takie, jak dawniej. Wszystko odeszło bezpowrotnie.
-Rozumiem...-Rozejrzałam się po stajni.- Gdzie jest Robert?
-Nie żyje.- Bartek odwrócił się do nas plecami i udawał, że robi coś przy koniu.
Nogi się pode mną ugięły. Bartosz miał rację, tyle się zmieniło...
-Konie bywają niebezpieczne- stwierdziłam. Z trudem hamowałam łzy
-Konie?- Bartosz wciąż na nas nie patrzył.- Miał wypadek samochodowy. Kilka miesięcy temu jechał do miasta. Była burza, wpadł w poślizg, uderzył w słup wysokiego napięcia. Samochód wybuchł, nie było czego zbierać...
Anita trąciła podłogę stajni czubkiem buta. 
-Pokazać ci, Wiktorio, najlepszego konia w naszej stajni?- spróbowała rozluźnić napięcie.
-Chętnie- rzekłam zdławionym głosem.
-Chcesz coś do picia?- spytał Bartek.- Kawy, herbaty, czegoś mocniejszego?
-Kawy poproszę- odparłam.
-Idźcie, ja zaraz przyniosę.
Kilka miesięcy! Spóźniłam się o kilka miesięcy, żeby móc pożegnać się z najlepszym człowiekiem na ziemi. Zatrzymałyśmy się przed boksem karego konia. Jego oczy rozbłysły zarazem groźnie i dumnie, kiedy zbliżyłyśmy się do boksu, w którym stał.
-Proszę- Bartek podał mi filiżankę kawy.
Wzięłam dużego łyka. Zanim zdążyłam przełknąć, dziewczynka powiedziała:
-To Highway*- przedstawiła Anita.- Jedyny ogier w stajni. Wnuczek żywej legendy, Dashy.
Po tych słowach zawartość moich ust wylądowała na Anicie.
-Przepraszam!- zakryłam sobie usta ręką, patrząc na dziewczynkę, ociekającą ciemnym płynem.-Poparzyłam cię?
-Nie...- jęknęła.- Przeżyję. Co się stało?
-Gorące- wymyśliłam. Kiedy łapczywie piłam coś gorącego, zazwyczaj z powrotem lądowało to w szklance.- A więc co mówiłaś o Highway'u?
-Jest wnuczkiem Dashy, synem Isabelli. Ma 6 lat. Chociaż Bella jest tylko pół hanowerem, pan Robert starał się oczyścić rodowód tego rodu, więc skrzyżował klaczkę z koniem hanowerskim czystej krwi. I zachował jego... ekhem, męskość, żeby on też mógł mieć źrebięta i przedłużyć ród Dashy. To chyba tyle. High jest moim ulubieńcem. Na większość osób reaguje agresywnie. Ale mnie lubi. Jest cudny pod siodłem! Chociaż pewnie już nigdy go nie dosiądę. Chyba, że porozmawiasz z mamą- uśmiechnęła się błagalnie. 
-Czy ty nie masz swojego konia?
-Ach, Ars Medic? Jest moja, ale wolę Highway'a. Widzisz, Ars to taki mułowaty mieszaniec Bóg wie jakich ras. Jest leniwa, gryzie,  kopie i oprócz tego nie ma charakteru.
Ogier wystawił do mnie głowę, próbując skubnąć mnie za włosy. Kiedyś zaśmiałabym się, głaszcząc go po chrapach. Teraz odskoczyłam z krzykiem.
-Spokojnie. Highway nie jest each uisce**. Lubi cię, co się nieczęsto zdarza.
-Ale ja nie lubię koni- oznajmiłam.- Pokaż mi jeszcze Bellę i jedziemy.
Poszłam za Anitą. Zatrzymałyśmy się przed boksem klaczy, którą trzymałam w objęciach zaraz po narodzinach. Teraz trochę mi przypominała tamtą Bellkę. Trzymała się na nogach równie niezdarnie. Nogi jak patyczki ledwie utrzymywały ciężar całego ciała- mocnego szkieletu, potężnych mięśni. Na mój widok klacz uniosła głowę i zarżała cicho. Wiedziona jakimś starym instynktem dałam jej rękę do obwąchania. Nawet nie wiedziałam, co robię. Nie zareagowałam tak gwałtownie jak na Highway'a. Może to dlatego, że Bella, to jedyne, co zostało mi z przeszłości. Ona jedyna się nie zmieniła. Nie Bartek, który może wyglądał tak samo, ale był taki smutny. Lecz Isabell. Zniknął młodzieńczy błysk z jej oczu, stała teraz taka wyzuta z sił, chęci życia... mimo to się nie zmieniła. Czy Bella mnie poznała? Tego nikt nie wie. Ale byłam pierwszą osobą, która ją dotknęła. Klaczka wdychała mój zapach przez wiele długich miesięcy. Więc to niewykluczone.
-Och, Isabell... - szepnęłam, gładząc siwiejące chrapy. Niegdyś cała czarna klacz teraz na głowie miała co drugiego włosa siwego.
-Skoczek na emeryturze- podsumował Bartosz, który teraz stał za moim ramieniem.
-Skakała?- Uniosłam brew.
-Żartujesz? Jeśli Dasha była legendą, to tylko dlatego, że zginęła, a razem z nią odeszły dwie wspaniałe amazonki i moje najlepsze przyjaciółki. Isabell osiągnęła to, o czym Dasha mogła tylko pomarzyć. Na dwa starty raz zajęła drugie miejsce na mistrzostwach Europy w skokach.. Miała też dwa razy złoto i raz srebro na mistrzostwach Polski, na trzy udziały. Wówczas była oceniana jako najdroższy koń w kraju. Miała już wtedy swoje pierwsze źrebię, klaczkę Always Winning. Karogniady konik po tym samym ojcu co Highway. O niej ci zaraz opowiem. Najpierw... na czym to ja skończyłem? A tak. Więc miała już swoje pierwsze źrebię. Jednak ojciec nie zgodził się sprzedać Belli. Stwierdził, że chce mieć w stajni tą klacz, gdyż ona jeszcze pamięta czasy Dashy, a zawsze może urodzić kolejne źrebaki, które będą świetnymi skoczkami. Byłem na niego wściekły. Tym bardziej, że niedługo potem zaczęły się jej problemy z nogami. Musiała odpaść z międzynarodowej czołówki, gdyż gdyby dalej skakała przez wysokie przeszkody mogłaby trwale okuleć. Jej wartość spadła o setki tysięcy, a my próbowaliśmy wystawiać ją w lokalnych konkursach maksymalnie do klasy L1. W końcu jednak zupełnie wycofaliśmy ją z zawodów. W między czasie pokryliśmy ją tym samym ogierem, który 7 lat wcześniej spłodził Always Winning. Po roku narodził się Highway. Pierwszy ogier z linii Dashy. Siedmioletnia Always miała za sobą pierwsze sukcesy sportowe. Już wcześniej zaczęły się nam małe problemy finansowe. Trzy lata po narodzinach Highway'a zostaliśmy przyparci do muru. Albo sprzedamy jednego z koni po Dashy, albo całą stadninę. Isabell nie nadawała się do sprzedania. Co prawda mogliśmy ją sprzedać. Wciąż mogła skakać, a wszyscy znali jej sukcesy, więc dostalibyśmy niezłe pieniądze. Ale jej zdrowie wisiało na włosku. U nierozważnych ludzi okulałaby i aż strach pomyśleć, co by z nią zrobili. Chociaż wciąż mogła być klaczą rodną, ale kto by się w to bawił?- Usłyszałam ironię w jego głosie.- Dla ludzi konie, to tylko jeździectwo. Jeśli konia nie można użytkować pod siodłem, to chcą się go pozbyć. Nawet największego championa, którego źrebięta byłyby warte setki tysięcy, wysłaliby pod nóż. Ale do rzeczy. Mogliśmy oczywiście poczekać aż High dorośnie, by zostawić sobie klacz. Ale ojciec nie chciał. Nie powiedział tego głośno, ale wiedzieliśmy, że Always odstaje od jego wzorca potomka Dashy. Przebłyski brązowej sierści odróżniały ją od Dashy, Belli i Higway'a. Sprzedaliśmy Always Winning, co pozwoliło nam uratować stadninę. A wnuk Dashy odziedziczył po niej temperament. Chociaż ufa ludziom, bywa agresywny. Ale obecnie jest najlepszym koniem w całej stajni. I wspaniale dogaduje się z Anitą. 
Jego opowieść mnie urzekła. Nasza Bella v-ce mistrzynią Europy w skokach przez przeszkody! Kto by pomyślał! Tyle mnie ominęło... Nigdy nie dotarła do mnie wiadomość, że Polski koń zajął drugie miejsce poza krajem.
-Jakub.- To słowo lub raczej imię dziwnie zabrzmiało w ciszy, która nastała po opowieści Bartka.- Gdzie on jest?
-Wyjechał na studia. I już nie wrócił. Ja postanowiłem do końca życia pracować w stadninie. Najpierw robiłem to dla przyjemności, kochałem konie. Od śmierci ojca nie mam odwrotu. Nie zrobię tego tym koniom i ludziom i nie sprzedam tego miejsca. Jakub z kolei miał większe ambicje. Chciał się kształcić. Studia studiami, ale skończył weterynarię! Tu byłby nam równie potrzebne. A zamiast tego wolał być jakimś tam ,,przynieś, podaj, pozamiataj" za pół darmo na pełny etat w stajni, w której prawdziwego weterynarza potrzebują dwa razy w roku.
Spojrzałam jeszcze raz na całą stajnię. Kilka końskich głów wychylało się z boksów. 
-Twoja żona jest szczęściarą, mając coś takiego- walnęłam bez zastanowienia.
Anita odwróciła głowę, Bartek się zarumienił.
-Nie mam żony- odparł sucho.
-Jesteś po rozwodzie?
-Nie. Nigdy się nie ożeniłem.
Przeprosiłam go cicho. Przystojny, wysportowany, miły, bogaty, świetny jeździec... Myślałam, że mógł przebierać w kobietach.
-Za pół godziny powinnam być w domu- powiedziała Ani.- Mama nie wie, że tu jestem, więc...
Skinęłam głową. 
Wsiadłyśmy do samochodu. Po krótkim pożegnaniu z Bartoszem, ruszyłyśmy do domu. Dopiero teraz zauważyłam nad bramą tabliczkę z nazwą stadniny i jej logo. Na brązowej tabliczce widniał cały czarny koń stający dęba nad unoszącą się pod nim kobrą. Nad obrazkiem zobaczyłam napis: ,,DASHA'S SHELTER". W oczach zalśniły mi łzy. Podczas, gdy ja znienawidziłam cały świat i myślałam tylko o sobie, wszyscy tutaj robili coś by pamięć o Dashy nie zginęła wraz z naszym odejściem.

*(czyt.) Hajłej
** (czyt.) agh iski- mityczne konie wodne, żywiące się mięsem
gify konie
Hej :) To znowu ja :) Tutaj taka trochę informacyjna notka. Wyjaśnia wiele różnych spraw. Chyba o niczym nie zapomniałam. Oprócz szczegółów z życia Izy, ale na to przyjdzie czas. Czy jednak o czymś zapomniałam? Jeśli jesteście ciekawi czegoś, czego nie wyjaśniłam w tych dwóch rozdziałach, to mówcie. :D
PS na następny rozdział, tak, dokładnie 48, mam dla was niespodziankę. Nie powiem Wam, na co powinniście zwrócić uwagę, bo to by Wam wszystko wyjaśniło. :P  Planowałam minimalnie inną niespodziankę, ale ta wcale nie będzie gorsza. To ja kończę.

~Sid

środa, 24 lipca 2013

Rozdział 46

---Tydzień później---

~Wiki~

Umówiłam się z Anitą, że przyjdzie do mnie po pracy i razem pojedziemy moim samochodem do stajni. Puścili mnie z pracy pół godziny wcześniej, ale nie dzwoniłam już do Anity. Poczekam. Czekając tak na nią byłam pełna wątpliwości. Czy Bartek mnie pozna? Jak zareaguje Robert? Czy nie wyrzucą mnie stamtąd z hukiem? Czy Iza jeszcze tam jeździ? Czy Bella jeszcze żyje? Chociaż jej pozbyli się już pewnie dawno temu. Ale przede wszystkim: czy Equiland jeszcze istnieje?
Po dwóch latach udało mi się dojść do siebie. Tak tęskniłam za starym miastem, że wróciłam tam na studia. Chociaż wybrałam sobie najdalszy możliwy jego zakątek od mojego starego domu. Tutaj poznałam Dariusza, urodziłam Magdę i zaaklimatyzowałam się na dobre. A teraz miałam z młodą kontuzjowaną amazonką jechać tam, gdzie kiedyś stała moja ukochana stajnia. Ale minęło tyle czasu... Tamto miejsce było ogromne. Sama stajnia, którą prawie skończyli przed moim wypadkiem była wielka. A do tego dochodzi jeszcze kilka ujeżdżalni, łąki, padoki i całe hektary lasów. Nie, wątpię, żeby ktoś próbował zburzyć stadninę, ale równie dobrze mogła ona już ze trzy razy zmienić właściciela.
Wtedy jednak spotkała mnie pewna niespodzianka. Zobaczyłam Dariusza idącego w moją stronę. Ucieczka nie wchodziła w grę. Już mnie zauważył i mi pomachał. Odmachałam, starając się nie dać nic po sobie poznać. Mój mąż nienawidził koni. A mi to odpowiadało. Dawno temu uzgodniliśmy, że te zwierzęta nie wejdą w nasze życie. Wtedy jeszcze dopiero zaczęliśmy się spotykać, rany po wypadku z Dashą były stosunkowo świeże. W końcu do dzisiaj się jeszcze nie zagoiły do końca, a to było już jakieś szesnaście lat temu. Ukrywałam przed nim moją przeszłość do dnia zaręczyn. Potem nie mogłam żyć z tą tajemnicą. Powiedziałam mu, zanim jeszcze powiedziałam ,,tak". W życiu wcześniej nie widziałam go tak wściekłego. Wybiegł z kawiarni razem z pierścionkiem zaręczynowym i przez miesiąc go nie widziałam, nie odpisywał na wiadomości, nie odbierał telefonów. Po miesiącu mu przeszło. Przeprosił mnie za swoją ostrą reakcję i zaakceptował to, po czym oświadczył mi się ponownie. Tego dnia ustaliliśmy, że żadne z nas nigdy nawet nie wypowie słowa ,,koń". Sprawy się skomplikowały, gdy Magda zakochała się w koniach dwa lata temu. Nie wiem skąd jej się to wzięło. Ale od tamtej pory zaczęły się problemy. Każda niewinna rozmowa, którą Madzia minimalnie sprowadzi na temat koni, kończy się awanturą. Gdybym powiedziała mu, że jadę do stajni zobaczyć jak tam jest i spróbować przekonać mamę mojej pacjentki, żeby pozwoliła jej jeździć; najpewniej skończyłoby się to rozwodem.
-Co ty tu robisz?- spytałam niewinnie.
-Przyszedłem towarzyszyć ci w drodze do domu- uśmiechnął się zalotnie.- Co tu tak stoisz jak słup soli?
-Czekam na koleżankę, bo mamy iść do galerii handlowej- wymyśliłam na poczekaniu.
-Pójdę z wami.
-Wątpię, żeby ci się to spodobało. Mamy zamiar przez kilka godzin oglądać same buty. Idź do domu, dzieciakom się będzie nudziło.
-No to zaczekam z tobą do przyjścia tej koleżanki.
Nie wiedziałam, co on kombinuje, czy się czegoś domyślał, ale nie mogłam odmówić, bo wydałoby się to podejrzane.
Myśl, myśl!, zastanawiałam się, co mam robić.
Wtedy zobaczyłam moją przyjaciółkę, Aśkę, wychodzącą z przychodni. Gdy życie daje cytryny, rób lemoniadę, pomyślałam.
-Asiu!- zawołałam, biegnąc do niej. Darek trzymał się przy mnie.- Co z tymi zakupami?
-Zakupami?- spytała oszołomiona.
-Zakupami- rzuciłam jej dyskretne spojrzenie i ukradkiem zerknęłam na męża.
-Aaa, no tak- chyba zrozumiała, o co mi chodzi.- Wpadniemy tylko do mnie po kasę i możemy jechać.
-To ja was zostawię- powiedział Darek.- Potrzebujesz samochodu?
-Tak- odparłam krótko.- Dwa bagażniki nam nie zaszkodzą.
-Matko- sapnął.- Tylko nie wydaj mojej miesięcznej pensji.
Spiorunowałam go spojrzeniem, a on, nic sobie z tego nie robiąc, zostawił nas same.
-Teraz powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi?- spytała Aśka.
-Może kiedyś ci to wyjaśnię, ale teraz jestem umówiona.
-Ooo, czyżby mąż ci się znudził?- Uniosła brwi.
-Nie... To pa!- Postanowiłam czekać na Anitkę pod samą przychodnią.
gify konie
Po kilku minutach wreszcie dołączyła do mnie Anitka.
-To jedziemy?- spytała podniecona.
Rękę miała w gipsie i na temblaku.
-Wskakuj- powiedziałam, otwierając drzwi od samochodu. Gdy ruszyliśmy spytałam:
-Jak tam rączka?
-Przeżyję- uśmiechnęła się smutno.
Gdy dojechałyśmy, oczy same latały mi po posiadłości. Wjechałyśmy przez ogromną bramę na piękny brukowany parking. Ogrodzenie było murem i miało ze trzy metry wysokości. Murowana stajnia wyglądała jakby mogła pomieścić ze trzydzieści par boksów. Dostrzegłam też krytą ujeżdżalnię; parkur z pełnym kompletem przeszkód; maneż typowo ujeżdżeniowy, nawet z literami; roundpen i wiele innych. Dookoła zaś roiło się nie tylko od koni, ale również ludzi. Naliczyłam ze dwadzieścia koni chodzących pod siodłem w tym samym czasie, na różnych ujeżdżalniach lub wyjeżdżających w teren. Ale wiele osób siedziało na trawie i rozmawiało ze sobą albo pomagało w stajni. Jestem w bajce!, pomyślałam. Co to, w lotka wygrali? Wtedy przyszła mi do głowy jedna straszna rzecz. Ktoś kupił schronisko! Ale skąd mieliby nasze zdjęcie? Ach, przecież wywołałam je dwa razy i jedno dałam Bartkowi, może zapomniał go wziąć. Wysiadłyśmy z samochodu, a Ani poprowadziła mnie na spotkanie z właścicielem stadniny. Po chwili już nie miałam wątpliwości, kto przede mną stoi. Może miał krótsze włosy i gęsty zarost na brodzie, ale oprócz tego nic się nie zmienił przez te dwadzieścia lat. W przeciwieństwie do mnie...
-Ani- Bartosz uśmiechnął się do dziewczynki.- Myślałem, że cię tu więcej nie zobaczę. Mama zmieniła zdanie?
-Nie- Anita spuściła głowę.-Wiktoria obiecała przekonać moją mamę do koni, ale najpierw chce się tu rozejrzeć.- wskazała mnie.
Jego oczy rozbłysły, gdy przeniósł spojrzenie na mnie.
-Bartosz Orlik- przedstawił się. A pani?
-Wiktoria- odparłam, chociaż wiedziałam, że obchodziło go co innego. I nie myliłam się.
-A mogę spytać o nazwisko?
Wiedziałam, co chciał usłyszeć. Miałam ochotę wykrzyczeć mu w twarz, że to ja i błagać o przebaczenie. Zamiast tego użyłam nazwiska mojego męża.
-Domerdz.
Jego oczy zgasły tak szybko jak się zaświeciły. Nie poznał mnie, a nawet jeśli, teraz stracił nadzieję, ze ja to ja. Postanowiłam więc się nie ujawniać. Gdyby tylko wiedział, że zostawiłam to wszystko i wróciłam jakby nigdy nic... Byłby wściekły! Ale z drugiej strony, wyglądał na takiego szczęśliwego... Postanowiłam dyskretnie wypytać go o zdarzenia z ostatnich dwóch dekad. Najpierw Iza.
Ruszyliśmy w stronę stajni. Chciałam spytać o Izę, ale Anita ciągle trajkotała o jeździe, wypadku, zakazie matki, nie dała mi się wciąć. A kiedy weszliśmy do stajni, po raz kolejny zabrakło mi tchu. Wewnątrz, nad dwuskrzydłowymi drzwiami stajni wisiało to zdjęcie, które ja sama znalazłam zaledwie kilka dni temu. To samo, ale nie takie samo. Patrzyłam na kopię kilkakrotnie większą od oryginału. Patrzyłam na moje zdjęcie formatu A0*- moja wersja była w formacie A5*-oprawione w potężną, drewnianą ramę, zawieszone na kilkunastu gwoździach, żeby nie spadło komuś na głowę. Musiało to kosztować setki złotych. Jeśli nie więcej. Zastanowiło mnie, skąd mają tyle kasy. Ale potem przypomniałam sobie plan Roberta ze zrobieniem z samego schroniska centrum rekreacyjnego. Przecież przez dwadzieścia lat mogli zarobić miliony, pomyślałam. Jeśli zawsze mają tylu gości co teraz, a pewnie miewali więcej. W końcu Ania zrobiła pauzę w wypowiedzi, więc postanowiłam zadać kluczowe pytanie:
-Jeździłam tu niespełna dwadzieścia lat temu. Potem- chciałam powiedzieć, że wyprowadziłam się z rodzicami, ale byłoby to zbyt bliskie prawdy. Przecież on nie wie, ile naprawdę mam lat. Dwa lata w te, czy we wte nie zaszkodzą- wyjechałam na studia i musiałam stąd odejść. Ale pamiętam dwie sympatyczne dziewczynki. Jedna wtedy trenowała do zawodów. To druga prowadziła moje jazdy. Co się z nimi stało?
Specjalnie sformułowałam pytanie w ten sposób. Dzięki temu Bartek będzie przekonany, że zniknęłam-a raczej postać, którą gram- przed wypadkiem i przy okazji dowiem się, co on o mnie myśli.
-Wiktoria miała... wypadek- odpowiedział z widocznym napięciem na twarzy.
-Zginęła?!- udawałam zszokowaną.
-Nie, na szczęścia przeżyła. Chociaż ona chyba wolałaby zginąć. Razem z ukochaną klaczą, która nie przeżyła upadku.
-Co się stało potem?
-Odeszła. Po tym nie  potrafiła już się pozbierać.
-Pewnie jesteś na nią wściekły?
-Co? Nie!- zaprzeczył gwałtownie, po czym posmutniał.- Po prostu przykro mi, że się nie pożegnała.
Jest lepiej niż myślałam. A teraz Izz.
-A ta druga dziewczynka?
-Wzięła przykład z przyjaciółki i bez słowa, bez pożegnania, tak z dnia na dzień... Tak po prostu zniknęła.


*A0/A5- formaty papieru, największy i jeden z mniejszych. KLIK i KLIK
gify konie
Wspominałaś coś o Izie, Koniowata? xD Wysil telepatię, bo coś Ci nie wychodzi. Jakoś nie możemy się zgrać. Mamy zupełnie inne toki myślenia. Ale minęły 2 dekady. Chyba nie sądziliście, że Izunia z czterdziestką na karku (no, prawie) wciąż grzecznie wywozi obornik ze stajni. A ona przecież przeżyła jeszcze więcej niż Wika, bo straciła w tak krótkim czasie nie jedną, lecz dwie najlepsze przyjaciółki. Najchętniej wykrzyczałabym Wam moje dalsze plany, tak bardzo chcę, żebyście wiedzieli, co dalej planuję, ale byłoby za łatwo. Mogę jedynie częściej wstawiać notki (; A w następnym rozdziale zobaczycie jeszcze, co zrobiłam z Robertem, Kubą i Bellą }:) Mam nadzieję, że rozdział, mimo nagłego zwrotu wydarzeń, choć trochę przypadł Wam do gustu.
PS jeśli ktoś jest na wakacjach i nie mógł skomentować tamtego rozdziału, a nie chce mu się komentować dwóch (lub potem kilku) pod rząd, to proszę, żeby w jednym komentarzu napisał chociaż jedno zdanie o poprzednich rozdziałach. Po prostu chcę znać Wasze zdanie na temat tego sezonu, który dopiero się rozkręca, ale już się w nim trochę dzieje.
PS2 zerknijcie w zakładkę Wstęp i bohaterowie. Zwróćcie szczególną uwagę na wstęp, w którym dodałam zwiastun tego sezony, ale są też nowi bohaterowie. ;)
PS3 We wstępie 2 sezonu  wykorzystałam pytania z komentarza Aryi Drottning do mojego epilogu. Mam nadzieję, że się nie gniewasz. (:

poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział 45 [PROLOG]

Rozdział dedykuję Martynie. Otóż minęło 20 lat, a Ty o to zahaczyłaś :) No to lecimy :D

gify konie

~Wiki~

   Pochyliłam się nad czarną szyją klaczy, przechodząc w cwał. Pędziłyśmy tak razem przed siebie. Tylko ja i ona. Ten sam oddech, dwa serca bijące jednym rytmem. Wtedy nagle przed nami wyrosła ogromna stacjonata. Każdy z dziesięciu drągów był grubości starego dębu. Próbowałyśmy ominąć przeszkodę, ale ona ciągnęła się bez końca. W końcu kara klacz stanęła zrezygnowana. Powietrze rozdarł wielki huk. Z góry spadł jeden z olbrzymich drągów lecąc prosto na stojącą niżej, spanikowaną ze strachu klacz ze mną na grzbiecie.
*
Zabrzmiał kolejny huk, a ja zorientowałam się, że siedzę teraz na łóżku spoglądając w okna, które co chwilę rozjaśniały się, jakby ktoś robił zdjęcia z flashem. Zadrżałam, gdy po kolejnych błyskach mimo wczesnej pory w pokoju robiło się jasno. Spojrzałam w bok szukając wsparcia w Darku, ale druga połowa łóżka była pusta. Westchnęłam cicho. Spojrzałam na zegarek: 4.30. Mąż musiał już wstać, by zdążyć na 5.30 do pracy. Ja mogę pospać jeszcze dwie godziny, zaciskając zęby przy każdym kolejnym grzmocie. Przez dłuższą chwilę bałam się zasnąć. Koszmar nawiedzał mnie już niezmiennie od dwudziestu lat. Chociaż jego przebieg jest różny w zależności od realnych warunków, tak jak dziś burza, przesłanie jest zawsze takie samo: najpierw galopuję na Dashy, a ostatecznie obie giniemy przez olbrzymią przeszkodę.
   W końcu jednak udało mi się spokojnie zasnąć.
gify konie
Obudziło mnie nieznośne dzwonienie budzika. Wyłączyłam go, ziewając. Położyłam głowę na moment na poduszce. Po chwili zorientowałam się, że jest już 6.40. Szybko zeskoczyłam z łóżka. Ubrałam się, umalowałam i zbiegłam na dół. Moje dzieci już ładnie siedziały przy stole i jadły śniadanie. Córka Magda miała trzynaście lat. Z wyglądu bez wątpienia bardziej przypominała ojca, ze swoimi ciemnobrązowymi włosami i zielonymi oczami. Siedmioletni Rafał miał włosy i oczy takie same jak ja. Madzia spojrzała na mnie ze złośliwym uśmieszkiem.
-Ktoś tu się spóźnił- zauważyła i jęknęła, gdy brat upuścił kanapkę z dżemem na jej kolana. Upadła oczywiście dżemem w dół, brudząc nowe spodnie.- Rafał!
-Ktoś tu jest brudny- przedrzeźniałam ją.- Idź się przebrać, bo za 10 minut powinnaś być w szkole. Ja wezmę tylko kluczyki i mogę was odwozić.
Wróciłam do sypialni. Normalne było, że nie zdążyłabym zjeść śniadania, więc od razu wolałam znaleźć kluczyki od auta. Rozejrzałam się po szafkach zdenerwowana. Może pod łóżkiem, pomyślałam. Położyłam się na dywanie, wkładając jedną rękę pod posłanie. Namacałam coś i wyjęłam rękę. Palce zaciskały mi się teraz na zdjęciu. Ale to jakim zdjęciu! Farba została trochę starta na skutek minionych lat, jego wierzchnią stronę pokryła grupa warstwa kurzu, którą starłam jednym ruchem ręki. Och, jak ja go długo szukałam...! Zgubiłam je niemal dwadzieścia lat temu, podczas wyprowadzki z rodzicami. Myślałam, że zostało w moim starym domu. Fotografia przedstawiała dwie nastolatki siedzące na stojącej dęba karej klaczy. Włosy dziewczyn i grzywa klaczy poderwały się do góry, plącząc ze sobą. Nasze rozetki i puchary przypominały o wielkim zwycięstwie. Ostatnim, w życiu tego konia...Przycisnęłam zdjęcie do serca. Potem szybko włożyłam je w teczkę formatu A4, którą wsunęłam do swojej aktówki. Postanowiłam zabrać je do pracy. Dzięki temu będę mogła się nim nacieszyć bez obaw, że wpadnie w niepowołane ręce.
-Mamo!- Magda weszła do sypialni.- No chodź już.
Kluczyki!, pomyślałam rozgorączkowana.
-Idź do samochodu, ja zaraz do ciebie dołączę- wymyśliłam wymówkę.
-Tego szukasz?- podniosła z kołdry kluczyki i mi je podała.
-Ehh- warknęłam.- Nie mogę twojego ojca nauczyć, żeby nie rzucał pewnych rzeczy gdzie popadnie. 
Córka w odpowiedzi jedynie rzuciła się w stronę samochodu, łapiąc po drodze swój szkolny plecak i szarpiąc brata, któremu się nie spieszyło.
gify konie
Siedziałam na fotelu w moim gabinecie. Była dopiero 7.30, a z pierwszym pacjentem byłam umówiona na 8.00. Rozsiadłam się wygodnie, obracając w dłoniach ukochane zdjęcie. Tyle lat minęło, tyle się zdarzyło, tyle życia za mną... Wtedy wydawało mi się, że to nigdy się nie skończy. Nic nie może trwać wiecznie, pomyślałam, ale to minęło tak szybko... Jednego dnia byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, drugiego całkiem załamana zamknęłam się w sobie. Westchnęłam. Rozległo się pukanie do drzwi, więc szybko odłożyłam fotografie na biurko, pustą stroną do góry. 
-Proszę!- zawołałam.
Drzwi otworzyły się gwałtownie ukazując kobietę mniej więcej w moim wieku i kilkunastoletnią, czerwoną od płaczu dziewczynkę.
-Byłyśmy umówione?- spytałam, choć świetnie znałam odpowiedź.
-Nie- odparła drżąc ze strachu, a może złości.- Ale musi mi pani pomóc. Moja córka przed chwilą złamała rękę. Niech ją pani zbada i coś z tym zrobi.
-Po pierwsze nie muszę, ale mogę. Po drugie, niech nas pani zostawi same, nie lubię gdy ktoś patrzy mi się na ręce.
Skończyłam medycynę i zrobiłam specjalizację pediatry. Potem jednak zaliczyłam wszystko, co tylko przyszło mi do głowy. Tak więc teraz jestem ortopedą, dentystą, logopedą, pielęgniarką i dermatologiem; ale od dzieci. Zastanawiałam się, dlaczego nie poprzestałam na pediatrii. Tu nie chodziło o ambicję. Może po prostu bałam się pracować w zawodzie niezwiązanym z końmi? Najchętniej w ogóle nie szłabym na biologiczny zawód, który tak mi przypomina o weterynarii, ale już zaczęłam profilowaną klasę i nie było odwrotu.
-Trzymaj się, Anuś- powiedziała kobieta, wychodząc z pomieszczenia.
-Usiądź- poleciłam.- Ania, tak?
-Anita- poprawiła mnie, przestając na chwilę łkać, po czym znów wybuchnęła płaczem.
-Co się stało, Anitko?- spytałam łagodnie.- Daj rękę, zobaczymy co z nią.-Ręka od łokcia do dłoni była zabandażowana grubą warstwą bandaża. Widziałam, że dziewczynka aż drży.- Tak cię boli?
-Nnie- wyjąkała Anita.- Tylko trooochę. Po prostu spadłam z kkkonia i...- zapowietrzyła się od płaczu.
-Otrzyj łezki- szepnęłam, rozwijając bandaż. Chociaż minęła niemiłosiernie długa sekunda nim otrząsnęłam się po wzmiance o koniach.- Proszę, mów co było dalej, bo nie będę mogła ci pomóc.
-Spadając zaczepiłam ręką o ogrodzenie, a potem nadepnął ją koń.- Jej głos brzmiał teraz spokojnie. Zanim mama przyjechała po mnie, ręka już przestała mnie boleć... prawie. Ale potem mama powiedziała, że więcej nie wsiądę na konia. Często tak mówiła, więc się nie przejęłam. Ale ppotem... kkiedy... wypisała mnie z klubu stadniny i... i kazała im sprzedać mojego konia zorientowałam się, żże móóówii sserio!- rozpłakała się na dobre.
Ostatnie pasmo bandaża upadło na ziemię, ukazując przebitą skórę. Z głębokiej rany płynął strumień krwi. Pogratulować pierwszej pomocy. Gdyby ktoś nie zabandażował rany, dziecko wykrwawiłoby się w ciągu kilku minut. Pokręciłam głową z rezygnacją, z powrotem owijając przedramię.
-Nie założy mi pani gipsu?- spytała zaskoczona.
Wypuściłam powietrze.
-Ile masz lat?- spytałam.
-Trzynaście.
-Ładnie. Jesteś dużą dziewczynką, z resztą w wieku mojej córci. Więc nie będę owijać w bawełnę. To złamanie otwarte. Trzeba nastawić kości, sprawdzić, co z mięśniami, zaszyć ranę... To robota dla chirurga. Mogę jedynie dać ci zastrzyk przeciwbólowy i wypisać skierowanie do dobrego lekarza. Gdybyś chciała czekać w kolejce do takiego, prędzej ręka by ci się sama zrosła. Ale mój dobry znajomy może się tobą zająć.
-A będę mogła po tym jeździć konno?- spytała zaintrygowana.
Była inna niż wszyscy moi pacjenci. Ona nie płakała z bólu, przynajmniej nie fizycznego. Niemal straciła rękę, a płacze tylko na wspomnienie swojego życia bez koni. Przypomina mi mnie dawno temu. Ale ostatecznie to ja podjęłam decyzję, w której zrezygnowałam z koni...
-Może pani przekonać moją mamę, żeby pozwoliła jeździć mi konno?- długie rzęsy zatrzepotały błagalnie.
-Konie są niebezpieczne- mruknęłam.- Zresztą spójrz na swoją rękę. Nie będę się przyczyniać do twojej śmierci.
-Dużo rzeczy jest niebezpiecznych- jęknęła.- A prędzej umrę z tęsknoty za końmi, niż spadając z nich. Nigdy pani nie miała marzeń?
Miałam, pomyślałam. Jedna chwila może zakończyć wszystko.
-Nie mam czasu na takie bzdury. Idź już do mamy- wcisnęłam jej wypisane skierowanie na operację ręki.
Dziewczynka ze świeżymi łzami w oczach otworzyła drzwi. Wtedy zrobił się przeciąg. Przez uchylone okno wdarł się wiatr, porywając do góry wszystkie moje papiery. Drzwi zamknęły się z hukiem. U stóp Anity zatrzymało się zdjęcie, które tak mnie dziś rano ucieszyło, a teraz żałowałam, że go nie spaliłam, kiedy jeszcze mogłam. Anitka podniosła zdjęcie. Przyjrzała się mu uważnie, po czym spojrzała na mnie, jakby chciała wzrokiem przejrzeć te całe lata. Po wyprowadzce przemalowałam włosy i próbowałam uciec od starej tożsamości. Kiedy tylko skończyłam osiemnaście lat zmieniłam nazwisko w urzędzie, bo jeszcze nie śpieszyło mi się do zamążpójścia. Potem w końcu dorosłam, pozwoliłam moim naturalnym włosom odrosnąć, a nazwisko, które zostawiłam, zmieniłam w dniu ślubu. Oczekiwałam setek pytań i zarzutów. Zamiast tego usłyszałam tylko:
-Znam to zdjęcie.
-Słucham?- jak zupełnie obce dziecko mogło znać zdjęcie, które mnie samej zaginęło na całe lata.
-Znam to zdjęcie- powtórzyła pewna siebie.
-Niby skąd?
-Wisi w mojej stajni- wyjaśniła, a mnie całkiem zamurowało. Ona zaś kontynuowała:- Nie musi pani przekonywać mojej mamy, żeby pozwoliła mi wrócić do koni, ale proszę raz tam ze mną pojechać. Mam pani wizytówkę. Jak złożą mi rękę, zadzwonię, a pani powie, czy chce ze mną pójść. Jeśli tak, to się umówimy i pojedziemy razem. I będzie mi pani towarzyszyć- uśmiechnęła się szeroko.
Anita puściła zdjęcie, które wolno jak liść spadający w drzewa, opadło na płytki mojego gabinetu. Dziewczyna otworzyła drzwi i odwróciła się, żeby wyjść.
-Mów mi Wiktoria- rzuciłam.
Posłała mi krótki uśmiech, po czym zamknęła za sobą drzwi.
Będę, pomyślałam podekscytowana.
gify konie
Powróciłam! :D Mam nadzieję, że prolog się podoba. Spróbowalibyście powiedzieć, że nie! ;P Tak samo jak epilog obmyślałam go już od dawna, chociaż jest krótszy i mniej dopracowany. Zamiast bardziej się rozpisywać, lepiej odpowiem na Wasze komcie spod epilogu.
norka98- nie przesadzaj. Nie nadaję się na napisanie książki, ale cieszę się, że się spodobało :) I jeszcze raz Cię przepraszam, że zapomniałam o Tobie w pierwszej partii podziękowań ):
Spirit- Naprawdę? Moje zakończenie było całkiem wymyślone i nie wiedziałam, że taka sytuacja serio miała miejsce. A co do oksera, to nie wiedziałam. Ja oksera na oczy nie widziałam, a na internecie nie mogłam znaleźć optymalnych rozmiarów.
Nikki- ja mam tak samo. Tzn. kiedy jest mi smutno uciekam w świat joy-and-sadness. Szkoda, że tak rzadko piszesz :(
Arya Drottning- chyba żartujesz. Obie wiemy, że piszesz o wiele lepiej ode mnie, a już na pewno więcej wiesz, co zdecydowanie ułatwia pisanie, bo Ty masz w głowie to, za czym ja godzinami szperam po książkach i internecie.
A, dobre pytania. I na wszystkie znajdziesz odpowiedź w najbliższych rozdziałach. Cierpliwości :)
Nie będę zaprzeczać, ale swoje wiem :P
Koniowata- wybacz, lecz mam trochę inne plany :P
Wiktoria Z- a wiesz, że ja też? Spójrz tylko na adres tego bloga: KARE-serce-konia. Natiszka, wymyślając adres (ja wymyśliłam tytuł) podała mi dwa przykłady: kare/gniade-serce-konia, ale ja bardzo chciałam w nazwie tą maść i żeby Dasha była kara. Jednak odmieniło mnie moje doświadczenie jeździeckie. Mizerne, ale zawsze jakieś. Uczyłam się jeździć na dwóch absolutnie wspaniałych gniadoszach, po pewnym czasie pokochałam też kasztany, srokacze, siwe i wszystkie inne. Nie potrafiłam powiedzieć, która jest naj. Ale wiedziałam jedno: ze wszystkich najbardziej nie lubię jednej- siwej jabłkowitej. Zdanie zmieniłam parę dni temu, gdy na obozie zaprzyjaźniłam się z jabłkowitym kucykiem Highway'em. Nie siedziałam na nim ani razu, ale to nie znaczy, że nie mogliśmy się bawić z ziemi. Drapałam go, przytulałam, całowałam; on mnie lizał, skubał, dwa razy dziabnął. Przychodziłam do niego kilka razy dziennie, zawsze poprawiał mi humor. Oglądałam go tak często, że pokochałam tą maść na równi z karą. No i to co mówisz o charakterze konia też jest prawdą. Jeździłam na trzech srokaczach, wśród których jeden miał rybie oko, gniadoszu, tarancie. Tarant tak mnie dziabnął drugiego dnia obozu w udo, że ciągle mam siniaka. Pierwszy galop miałam na jednym ze srokaczy, który miał mnie gdzieś, a ostatecznie poniósł mnie do innych koni. Ten z rybim okiem mnie kopnął na ziemi, z siodła zaś w ogóle nie mogłam nim kierować. Gniadoszem też. Za to Highway był cudowny <3

Sesyjka z Highway'em + moja ręka i noga xD

,,Popatrzcie w oczy konia. Jest w nich tyle łagodnej mądrości, ale także niepokój. Od nas zależy, czy będzie w nich także zaufanie"


Czyż nie jestem słodki?




sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział 44 [EPILOG]

początek piątek 21.06.13 18:40
gify konie
A więc to koniec tego sezonu... Albo raczej tomu. Nazywam to tomem dlatego, że między dwoma różnymi będzie spory poślizg czasu i tak piąte przez dziesiąte można tu mówić o kontynuacji tej części opowiadania. Więcej nie zdradzę. Wytrzymam jeszcze te pare dni, zanim napiszę notkę. A potem Wy musicie wytrzymać te parę minut, zanim ją przeczytacie. ;P
Chciałam tu zacząć od podziękowań... no dobra, może skończyć na podziękowaniach. Ponieważ nie chcę nikogo urazić,  polecimy po alfabecie.
Agnes- Twoje komentarze widnieją niemal pod każdą notką na KSK, czytasz też inne moje blogi: KRŻ i S&S. Dziękuję :)
Arya Drottning- A więc tak... Od czego by tu zacząć... Ciebie znam najdłużej. Poznałyśmy się niedługo po tym jak założyłam mojego pierwszego bloga, tego nawet nie było w planach. Zawsze czytałaś notki, komentowałaś i chętnie pisałaś ze mną na howrse. Dziękuję :D
Flicka22/Wiktoria Z- nie miałaś swojego bloga, kiedy napisałam podziękowania, więc musiałam je zmienić. A więc nie miałaś swojego bloga, co jednak nie zniechęciło Cię do komentowania KSK. Czytałaś, komentowałaś, gadałaś ze mną na howrse. Mam nadzieję, że Twój blog będzie o wiele lepszy od mojego ;) Dziękuję za wsparcie i powodzenia (: 
Koniowata...^^- jesteś ze mną... wcześniej z nami... od samego początku. Twoje komentarze są strasznie... obszerne, ale motywują do pracy, upominasz się o kolejne notki. Po prostu motywujesz ;D I dam Ci dobrą radę. Widzisz te małe koniki pod podziękowaniami? Nie waż mi się ich przekraczać! Zabraniam Ci czytać dalej, bo... ja się boję! [chowa się za laptopem]. Powinnam wiedzieć, na co się szykować obmyślając takie zakończenie. xD
Nikki- byłaś z nami od samego początku. Dziękuję Ci za to. Twoje wsparcie bardzo mi się przydało, a Twój blog czasem pozwalał mi się odprężyć. Nawet teraz, kiedy rzadziej piszesz, wyczekuję z niecierpliwością nowych notek. No i Twój blog razem z horses meaning of life należał do pierwszych końskich blogów, które zaczęłam czytać ;)
norka98- Ty też byłaś na moim blogu, czytałaś, komentowałaś,chociaż z Tobą jest podobnie jak Spirit, byłaś, chociaż Twojego bloga dość mocno zaniedbałam. Oczywiście postaram się to naprawić i BARDZO przepraszam, że zapomniałam o Tobie w pierwszej partii podziękowań.
Spirit- Tobie mogę najbardziej podziękować, bo choć nie byłaś od początku, jesteś już od dłuższego czasu i zostałaś do końca tego tomu, chociaż ja czytam Twojego bloga dość wybiórczo. Obiecuję poprawę ;D

Jeśli kogoś pominęłam to bardzo przepraszam. Wypisałam tylko tych, co wytrwali do końca. Ale mimo wszystko proszę się upominać, na pewno to poprawię.

A więc naszykujcie paczkę chusteczek, bo zakończenie nie każdemu może przypaść do gustu. Weźcie też okulary przeciwsłoneczne, albo podzielcie tekst na akapity czy coś, bo będzie dłuugi. No to zaczynamy...

Edit 29.06.13 godz. 14:44
No no, wyszło dłużej, niż przypuszczałam... Co prawda mogłam to podzielić na parę rozdziałów, ale ostatnie części chciałam razem trzymać ;) Cóż, nie zaczynajcie czytania jeśli brak Wam czasu ;)
 gify konie

~Wiki~

   Iza była równie wściekła jak ja, kiedy jej powiedziałam o Dashy. Potem pogodziłyśmy się z tą myślą. A mi było łatwiej zrozumieć, czemu omal nie zginęłam podczas pierwszego spotkania z klaczą, skoro chciałam tylko jej pomóc. Niestety nie mogłam odgonić od siebie myśli, że powinna zginąć. I to wiele tygodni wcześniej nim tu trafiła. Jednak teraz nas kochała, a to było najważniejsze.
  Wielkie zawody zbliżały się dużymi krokami. Co dzień trenowałam po trzy godziny na parkurze. Musiałyśmy być najlepsze. I byłyśmy. Iza wydawała się zła, bo nie mogła jeździć na Dashy tyle, ile by chciała. Na moje treningi składały się trzy jednogodzinne jazdy, między którymi robiłyśmy godzinną przerwę. Po ostatniej partii Dasha też musiała odpocząć. Tak więc przez 6 godzin nikt nie mógł jej dosiadać oprócz mnie, a potem zazwyczaj jechałyśmy do domu. Nawet wcześniej, bo nie musiałyśmy czekać aż odpocznie po treningu.
-Najeździsz się na niej do woli po zawodach- pocieszałam przyjaciółkę.
-Uhm- przytaknęła.- Wiem o tym. Ćwicz spokojnie, Wiki.
Jej głos brzmiał radośnie, ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że stwarzał tylko takie pozory. W końcu jeszcze oprócz jazdy pozostawało coś jeszcze. W ogóle nie miałam czasu na nic związanego z pracą w Equilandzie. Izabela harowała jak jakiś parobek. Obrabiała konie, czyściła je, czasem dosiadała ich, żeby się rozruszały, te bardziej chore prowadziła w ręku. Przeprowadzała też kilka lekcji jazdy konnej dziennie. Robiła to wszystko kiedy ja, uśmiechnięta od ucha do ucha, śmigałam na parkurze na naszej ukochanej klaczy.
   Pewnego dnia Jakub zaprosił Izę na połowinki. Ucieszyła mnie ta wiadomość.
-Nie mów, że nie zamierzasz pójść!- zawołałam.
-Chciałam pójść, ale kto się zajmie tym wszystkim, jeśli mnie nie będzie? Może ty z nim idź?
Te słowa, pozornie wypowiedziane bez zastanowienia i nuty złośliwości, bardzo mnie zabolały. Nie wiem, czy powiedziała to specjalnie, ale zabrzmiało to dla mnie tak: ,,Nie mogę pójść z Kubą na bal, bo beze mnie sobie rady nie dadzą, za to ty już od dawna jesteś zbędna, więc z czystym sumieniem możesz pójść."
-Izz- rzekłam spokojnie.- Niczym się nie martw. Zrobimy sobie wtedy, ja oraz Dasha, dzień wolny od treningów. Ona odzyska siły, a ja zajmę się wszystkim.
Mruknęła coś bez przekonania, ale przyjęła zaproszenie przyjaciela. I dobrze. W życiu nie widziałam jej w takiej sukni jak wtedy, a po połowinkach była zachwycona i... szczerze zauroczona Kubą. Ciekawe, czy wydarzyło się tam coś ciekawego, czego Izabela nie chciała mi powiedzieć...
gify konie
---3 miesiące później---
   Wreszcie nadszedł dzień zawodów. Rano całym sercem chciałam dosiąść Dashy, żeby jeszcze poskakać, ale rozum odrzucił tą chęć. Ćwiczyłyśmy przez ostatnie pół roku; teraz powinna jak najbardziej odpocząć. Miejsce zawodów było jakieś cztery godziny spokojnej jazdy samochodem od Equilandu. Zawody zaczynały się o piętnastej. Moi rodzice wyjechali już o dziewiątej. My postanowiłyśmy zostać z Robertem i chłopakami i wyjechać razem z nimi.
-Długo jeszcze?- spytałam zdenerwowana.- Jest za dziesięć jedenasta. Zamierzacie wyjechać o piętnastej? Nie dość, że musimy tam dojechać, to jeszcze przydałoby się rozgrzać Dashę.
-Oraz oporządzić ją- dodała Iza.
-Dziewczyny!- Robert zacisnął ręce na ogrodzeniu, koło którego staliśmy. Spojrzał w ziemię i odetchnął głęboko.- Zdążymy. Ale błagam was, nie utrudniajcie tego. Nie możemy zostawić siedemnastu koni ot tak, na kilka albo kilkanaście godzin. Musimy tu wszystko ogarnąć oraz poczekać na pana leśniczego, który obiecał doglądać tego wszystkiego. Jeśli chcecie pomóc już teraz oporządźcie Dashę, a potem zapakujcie ją do przyczepy.
Wykonałyśmy polecenie. Było jednak już dwadzieścia po jedenastej, gdy wreszcie wyjechaliśmy. Zadzwoniłam do rodziców i powiedziałam, żeby odebrali mi numerek jak dojadą.
Nasza przyczepa była doczepiana do samochodu osobowego, dzięki czemu mogliśmy jechać w jednym aucie.
gify konie
-Znowu się zaczyna- szepnął Robert. Zdawał się mówić bardziej do siebie.- Mam deja vi, ale oby nie skończyło się to tak, jak ostatnio.
-Wiozłeś kiedyś innych wolontariuszy na zawody i coś się stało?- spytałam.
Chyba dopiero teraz dotarło do niego, że to słyszeliśmy.
-Nie do końca- pośpieszył z wyjaśnieniami Bartosz.
-Bartek...- rzucił Robert ostrzegawczo.
-No co? Tato, one mają prawo wiedzieć. A zbyt długo trzymaliśmy to w tajemnicy. Powiesz im, czy ja mam to zrobić?
-Mów- mruknął mężczyzna.
-Jak wiecie- zaczął Bartek- schronisko jest tu dopiero od niedawna.Wcześniej mieliśmy stadninę na mazurach. I naszego wspaniałego konia Demona...- Przez chwilę się zamyślił.- Wszyscy wołali na niego Demo. Był naprawdę przepiękny... Nawet nie rasowy, ale piękny. O ile dobrze pamiętam matka była oldenburką, a ojciec folblutem. Sierść Demo była jasnobrązowa, wręcz rudawa- jak u kasztana, a grzywa kruczoczarna.
-Bartoszu, do rzeczy- mruknął Kuba.
-Nie przerywaj mu- zaprotestowała Iza.
-Nie, on ma rację- Bartosz potrząsnął głową, przeganiając stare wspomnienia.- A więc Demon, wbrew imieniu był niezwykle spokojnym, ułożonym koniem. Tata startował na nim w tych zawodach co ty, Wiki, teraz.
-I przegrał- dokończyła Iza.
-Ależ nie.- Tym razem odezwał się Robert.- Zająłem pierwsze miejsce.-Zaniemówiłyśmy, a on kontynuował:- Myślicie, że do sukcesu jest potrzebny rodowód? Oczywiście, że nie. Nawet Dasha nie musi być stu procentowym hanowerem, a jak skacze.
-Amanda nie kupiłaby nierasowego konia- wtrąciłam.
-Amanda?
Zapomniałam, że tylko Izie powiedziałam, co usłyszałam tamtego pamiętnego dnia. Nie zwierzyłam się nawet Bartkowi, który ostatecznie widział jak mdleję, ale nie wiedział czemu. Opowiedziałam im wszystko. Robert pokręcił tylko głową smutny, wściekły, zażenowany- tego nie wiedziałam. Widział jaka była Dasha. Był też przy tym, gdy omal mnie nie zabiła. Nic dziwnego, że odjęło mu mowę.
Potem opowieść kontynuował
-Demon stał się bardzo sławnym koniem. Ludzie z całej Polski przyjeżdżali, żeby go zobaczyć, a nawet na nim pojeździć. Był tak popularnym i... dobrym koniem, że braliśmy sto złotych za godzinę jazdy na nim. I to był błąd. Na zbyt wiele pozwoliliśmy ludziom. Domo stał się rozdrażniony, niecierpliwy. Raz, gdy Bartek spróbował na nim pojeździć, ledwo uszedł z życiem. Nasz skokowy misiek stał się godny swego imienia. To, co on robił, było nie do opisania. Wyobraźcie sobie Dashę. Tyle, że od niej wszyscy trzymali się z daleka. Demon nie miał okazji siedzieć w samotności, nie niepokojony przez nikogo. Tak jak mówiłem, Bartek raz miał z nim problemy. Demuś zafundował mu rodeo, a gdy jeździec leżał na ziemi, koń stał nad nim wymachując kopytami. Nikogo nie było w pobliżu. Bartek miał nad tobą, Wiki, tą przewagę, że nie był w kącie. Leżał na środku ujeżdżalni, ze wszystkich stron miał wolną przestrzeń. Udało mu się przeturlać parę metrów i wydostać z ujeżdżalni. Po tym wypadku skończyliśmy z prowadzeniem jazd na Demonie. Ale ludzie wciąż przychodzili. Chcieli robić mu zdjęcia, czasem rzucali w niego kamieniami, żeby pokazał się z innej strony lub poszedł tam, gdzie chcieli. Nie udało nam się do końca nad tym zapanować. Pewnego dnia poszła do niego nasza młodsza siostra Asia, cztery lata młodsza ode mnie. Miała wtedy dziesięć lat.
Sekundę wcześniej kichnęłam, jednak po wzmiance o ich siostrze, o której nigdy nie słyszałam wstrzymałam oddech i odwróciłam głowę, by spojrzeć na Jakuba. On uśmiechnął się smutno.
-Mówiliśmy się, żeby do niego nie podchodziła- kontynuował- ale tak kochała konie... Chciała mu pomóc.- Pociągnął nosem.- Demon potraktował ją tak jak Bartosza, ale nie musiał jej zrzucać ze swojego grzbietu, Aśka nie zamierzała go dosiąść. Stała na ziemi, gdy on ją zaatakował... Bartku?- Jakub nalegał, by to brat skończył opowieść.
-Kuba był jeszcze w szkole- oznajmił sucho Bartosz. Ja wiedziałam, że to wyznanie przychodzi mu z trudem.- Ja wróciłem wtedy wcześniej. Aśka została w domu, bo była przeziębiona, mama była w pracy, tata pojechał po nowego konia. Bo oprócz Demona w naszej stadninie na trzydzieści koni mieliśmy ich jeszcze dwadzieścia. Ale do rzeczy. Zobaczyłem Joankę w chwili, gdy stała pod górującym nad nią ogierem.  Krzyknąłem i rzuciłem się w tamtą stronę. Aśka spojrzała na mnie, w tym momencie Demon ją kopnął w głowę. Miałem do przebiegnięcia kawałek podwórka i część padoku, plus ogrodzenie do przeskoczenia między nimi. Kiedy dobiegłem Demon opuścił już przednie nogi... na mojej siostrze. Złamał jej parę żeber, ale zginęła już od kopniaka w głowę.- Głos mu się załamał.- Spóźniłem się...
-To nie była twoja wina- odpowiedział Rob szybko.- To ja ją zostawiłem. Kamila, moja żona, była wściekła. Wydawało mi się, że nawet nie zapłakała po śmierci córki, a od razu myślała co zrobić z tym wszystkim. Oczywiście ją to dotknęło najbardziej. Już znalazła kupca na całą stajnię ze wszystkimi końmi, kiedy powiedziałem, że nie mam zamiaru tego zostawiać. Zwyzywała mnie od najgorszych, chciała wyprowadzić się razem z chłopcami. Ale oni nie chcieli. To znaczy Bartek był zbyt wstrząśnięty, by sam mógł decydować. Widział w końcu jak ukochany koń zabija jego jedyną siostrę. Chciał iść tam, gdzie brat. A Jakub nie mógł żyć bez koni. Tak więc Kamila odgrażając się odeszła sama. Jednak nam było tu żyć trudniej niż przypuszczaliśmy. Postanowiłem sprzedać stajnię, wyjechać gdzie indziej. Demonowi już nic nie mogło pomóc. Musieliśmy go uśpić. Widziałem jak ta bestia, która zabrała mi córkę i omal nie zabiła syna, zasypia spokojnie. Wtedy stwierdziłem, że w takich wypadkach uśpienie jest bardziej humanitarne niż pozostawienie konia przy życiu. To pewnie wyjaśnia wam, czemu byłem taki wściekły, kiedy zbliżyłyście się do Dashy zanim was zaakceptowała i dlaczego tak bardzo chciałem ją uśpić. To drugie jeszcze rozwinę. Niedługo przed waszym przybyciem Bartosz próbował z nią pracować. Pewny swych możliwości wpakował się jej na grzbiet. Skończył tak jak po przejażdżce na Demonie. Ale gdyby mnie tam nie było, dołączyłby do Joanny. Bez wątpienia uratowałyście Dashę, ale najbardziej ryzykownym sposobem. A jeszcze wcześniej, bo tego nie powiedziałem, po sprzedaży naszej stadniny wyjechaliśmy tutaj, niemal przez przekątną kraju i zbudowaliśmy Equiland. Pomysł na schronisko wziął się właśnie od Demona. Chcieliśmy ratować konie. Dasha była jednym z pierwszych naszych koni. Kiedy braliśmy ją z rzeźni na szprycowali ją tyloma środkami usypiającymi, że sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. U nas ,,wytrzeźwiała" i zaczęła szaleć. Resztę już znacie. Po prostu od tej pory nie startuję w zawodach. Swoje umiejętności wykorzystuję w pracy z końmi, ale nigdy publicznie. Nawet teraz, gdy Equiland przypomina bardziej szkółkę jeździecką niż schronisko, zajmuję się finansami, a to chłopcy prowadzą jazdy.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Kto by pomyślał? Robert miał córkę, która zginęła przez konia, a mimo to miłość do koni zwyciężyła. Dziwne, że zgodził się zostać synom. Sam mógł chcieć zostać z końmi, ale Bartek już parę razy omal nie zginął, nie wiem jak z Jakubem. Miałam zamiar powiedzieć to głośno, ale mogłoby to zabrzmieć oskarżycielsko, a nie chciałam nikogo urazić. Nie musiałam się z Izą porozumiewać słowami, by obiecać sobie, że nie wrócimy nigdy do tematu.
gify konie
Szybciej, szybciej, powtarzałam w myślach. Mieliśmy jeszcze pół godziny do rozpoczęcia zawodów, a do przejechania zostało nam z dziesięć kilometrów. Zdążymy, pocieszyłam się. Wtedy jak na złość usłyszeliśmy trąbienie. Spojrzałam przed siebie i jęknęłam na widok kilometrowego korka.
-Cholera- mruknęłam.
-Delikatnie powiedziane- odpowiedział Robert. Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego zirytowanego. No, może tylko wtedy, kiedy ponaglałyśmy go przed wyjazdem.
Chciałam powiedzieć, że już byśmy byli na miejscu, gdyby mnie posłuchał, wolałam jednak bardziej go nie denerwować
-Otwórz przyczepę- poleciłam.
-Że co?- spojrzał na mnie zaskoczony. Siedziałam na przednim siedzeniu, więc nie było to trudne.
-Pojedziemy na Dashy. 
-Chcesz jechać po betonie między samochodami?
-Nie do końca. Obok drogi jest las. Pojadę z Izą na Dashy. Tak będzie szybciej.
-Obiecałem waszym rodzicom, że przyjedziecie całe i zdrowe. Zabiją mnie, jeśli coś wam się stanie- Robert przejechał parę metrów, gdy korek się ruszył, po czym znów stanął.
-Obiecałeś też, że przywieziesz nas tam na czas- przypomniałam mu, otwierając drzwi.
-A jeśli zabłądzicie?
-Trafimy- uśmiechnęłam się przekonująco.
-Ehh- Robert podał mi kluczyk od przyczepy.- Wejdźcie do niej i ją osiodłajcie. Nie mamy czasu ani możliwości zatrzymywać się na długo. Więc wyprowadzicie ją, jak będzie gotowa.
-Dzięki!- krzyknęłam i obie wyskoczyłyśmy z auta.
Szybko wsiadłyśmy do przyczepy. Osiodłałyśmy Dashę i wyprowadziłyśmy z przyczepy. Iza przytrzymała ją na poboczu. Ja zamknęłam przyczepę na klucz, by drzwi się nie otwierały, po czym kluczyk oddałam Robertowi. Obie dosiadłyśmy karej. Stępa przeszłyśmy do lasu. Pozwoliła nam to ją rozgrzać, nie musiałyśmy też pędzić po betonie.
-To co? Galopik?- spytała Izz. Pozwoliłam jej kierować Dashą.
-Dawaj!- zawołałam
gify konie
-Nie mów mi, że zabłądziłyśmy-syknęłam. Miałam mordercze myśli pod adresem Izki.
-Nie no, coś ty- udawała świetnie zorientowaną. Mimo słów, których używała, w jej głosie nie słyszałam najmniejszej nuty sarkazmu.- Tu tylko wszystko podobnie wygląda. A to drzewo- wskazała roślinę, wygiętą w łuk, którą mijałyśmy już dzisiaj trzeci raz- mijamy pierwszy raz.
Przez chwilę myślałam, że żartuje, ale mówiła poważnie.
-Może tym razem, Izuś, kochanie... SKRĘĆ W PRAWO, ZAMIAST CZWARTY RAZ JECHAĆ W LEWO!- Dasha zastrzygła uszami, gdy wydarłam się na Izę, jednak pozostała spokojna.
-No wiem!- oznajmiła wciąż przystając przy tym, że nad wszystkim panuje.
-Albo daj prowadzić Dashy- dodałam.
-Jeszcze czego! Koń mi będzie drogi szukał. Nad wszystkim panuję.
-Właśnie widzę...
Puściła mój komentarz mimo uszu.
Wreszcie usłyszałyśmy dźwięki dobiegające ze stadniny, do której jechałyśmy. Teraz już było łatwo trafić. Dojechałyśmy niemal w tym samym momencie, co Robert z chłopakami. Mogłyśmy jednak zostać z nimi. Teraz nie dość, że nic nie zyskałyśmy, to jeszcze denerwowałyśmy się, że nie trafimy oraz od jazdy po leśnej ściółce składającej się z liści igieł i błota kopyta Dashy były w opłakanym stanie. Przynajmniej Dasha była już rozgrzana.
-Jesteście!- krzyknęła mama.- Co tak długo?
-Późno wyjechaliśmy, a potem był korek- odpowiedziałam, zsiadając z Dashy.
Na szczęście mama nie zapytała, dlaczego siedzimy na osiodłanym koniu i wyjechałyśmy z innej strony niż nasz samochód.
-Masz jedynkę, zaraz jedziesz- poinformowała mnie.
-Co?!- nawet zapomniałam poprawić ją, że nie JA jadę, lecz MY. Nie lubię, jak ktoś zapomina o koniach, których dosiadają zawodnicy.- Nie możemy! Dasha nie jest gotowa.
-Było wcześniej wyjechać- wtrącił tata.
-Chciałam- warknęłam.
= Na parkur zapraszamy Wiktorię na klaczy hanowerskiej o imieniu Dasha = oznajmił głos z głośników.
Jęknęłam cicho. Rzuciłam okiem na ogłowie, by wiedzieć, że wszystko z nim w porządku. Zapięłam jeszcze popręg o jedną dziurkę więcej, wcześniej nie miałyśmy czasu go podciągnąć. Potem wskoczyłam na siodło. Kłusem wjechałyśmy na maneż. Rzuciłam na niego okiem. Ujeżdżalnia była trawiasta, odkryta. Trawa wyglądała na mokrą po deszczach, których ostatnio w okolicy nie brakowało. Wiedziałam o tym już w lesie, kiedy miejscami błoto sięgało Dashy do kolan. Co prawda obok była hala, do której byśmy się przenieśli, gdyby padało. Ale nikt teraz nie czuł takiej konieczności, w końcu świeciło słońce. Trawa wyglądała na śliską. Jeszcze z kopytami dokładnie wyrównanymi przez błoto... Nie widziałam ich od spodu, ale założę się, że ,,system antypoślizgowy" Dashy właśnie uległ awarii.
Zaczęłyśmy spokojnie, ale moje obawy się potwierdziły. Ledwie udawało mi się kierować klaczą. Za bardzo przyspieszała, skręcanie przychodziło nam z trudem. Czułam, że zaczyna panikować.
-Spokojnie- poklepałam gorącą czarną szyję.- Uda nam się. Zaufaj mi.
Chyba najpierw ja powinnam zaufać jej..., pomyślałam. Dasha była wspaniałą klaczą, ja jednak trzymałam ją krótko, szarpałam wodze i serce waliło mi za każdym razem, gdy minimalnie przyspieszyła bądź się potknęła. Ona wie, co robi. Nie skrzywdzi mnie
   Już prawie skończyłyśmy przejazd. Zostały tylko dwie przeszkody. Wszystkie inne pokonałyśmy bezbłędnie. Teraz dojeżdżałyśmy do oksera. Miał wysokość około półtora metra i długość jednego metra. Kazałam Dashy zagalopować.
W końcu stwierdziłam, że za bardzo się rozpędziłyśmy. Klacz z każdą sekundą bardziej wyciągała chód. W końcu przejdziemy do cwału. Ściągnęłam wodze, Kara wydała się tego nie zauważyć. Z całej siły wywarłam nacisk na jej zad. Miałam nadzieję, że to ją spowolni. Zamiast tego przysiadła na zadzie, nie dotykając nim ziemi i jadąc na kopytach jak na łyżwach. Ogarnęła mnie panika. Dystans dzielący nas od oksera niebezpiecznie malał. Powinnam zachować zimną krew, uspokoić Dashę, ale nie mogłam. Pozostawała jeszcze jedna opcja. Mogłam ewakuować się z siodła, lądując na bezpiecznej trawie. Ale nie byłabym sobą, gdybym zostawiła Dashę. Siedząc na niej w każdej chwili mogę coś zrobić... Gdyby tylko się dało... Cóż, jak będzie okazja, na pewno jej pomogę. Gdybym ją zostawiła... nie chcę myśleć, co by się stało. Kapitan idzie na dno ze statkiem, pomyślałam, a jeździec upada razem z koniem. Kolejną sekundę później już nie miałam tej możliwości. Klacz potknęła się, a noga utkwiła mi głęboko w strzemieniu. Nie miałam ani siły, ani czasu jej wydostawać. Każda normalna osoba pomyślałaby, że błaźni się przed całą Polską albo chociaż że cały kraj patrzy. Mi nawet nie przyszło to do głowy. Wiedziałam tylko, że widzą mnie rodzice, Iza, Robert, Bartek z Kubą, którzy musieli się o mnie strasznie martwić; a pod sobą mam śmiertelnie przestraszonego konia. Nie dziwiła mnie jej reakcja. Sama nie bałam się tak bardzo nawet wtedy, gdy dawno temu galopowała na mnie wściekła kara hanowerka. Od przeszkody dzieliło nas co najwyżej półtora metra, gdy Dasha skoczyła. Cóż to był za skok! Przez chwilę myślałam, że przeskoczy te trzy i pół metra, lądując po drugiej stronie oksera. Ale żaden koń nie był do tego zdolny, pomijając te najlepsze konie w historii. Jednak los chciał, żeby wylądowała w środku przeszkody. Gdyby upadła na grzbiet, zabiłaby mnie na miejscu. Zginęłabym jak nic przygnieciona z jednej strony twardymi, nierównymi drągami, a z drugiej- półtonowym koniem. Ona jednak postanowiła mnie chronić. Zdecydowała się na o wiele bardziej niebezpieczną sztuczkę. Niebezpieczną dla niej... Stanęła pionowo na przednich kopytach między zrzuconymi drągami. Zauważyłam, że jedną nogę postawiła na drągu. Widać nie trzymała ciężaru nas dwóch lub po prostu resztki oksera jej nie pozwoliły wytrwać w tej pozycji, bo przednie nogi ugięły się pod nią. Wylądowała najpierw na głowie, potem całą siłą przewróciła się na bok, by nie upaść na grzbiet. Uderzyłam głową w toczku o drąg. Z przygniecionej przez Dashę lewej nogi eksplodował koszmarny ból. Prawa ręka zacisnęła mi się na wodzach. Lewą opuściłam trochę niżej, jej palcami pogładziłam gorącą szyję przyjaciółki. Przed oczami widniała ciemność, w uszach mi dzwoniło, z całej siły zacisnęłam zęby broniąc się przed bólem z nogi. Życie ze mnie uciekało. Próbowałam uciec przed tym wszystkim. Tracąc przytomność nie mogłam pozbyć się myśli, że Dasha właśnie uratowała mi życie...
gify konie
Otworzyłam oczy. Oślepiła mnie wszechobecna biel i znów musiałam je zamknąć. Spróbowałam się poruszyć. Zacisnęłam zęby. Z całego ciała eksplodował ogromny ból. Czułam się, jakby mnie ktoś wychłostał, przywiązał do samochodu i przeciągnął po betonie, a na koniec wrzucił do słonej wody. Leżałam chwilę w bezruchu. Ból minął, niestety zastąpiły go setki myśli przechodzące przez moją głowę. Wspomnienia z ostatnich... chwilę, ile tu już jestem? Wspomnienia z czasu zawodów powróciły do mnie w ciągu kilku chwil. Zdawało mi się, że znów siedzę na Dashy. Razem galopowałyśmy, razem skakałyśmy, razem upadłyśmy... Serce zaczęło mi walić w piersi tak jak wtedy. Oddychałam szybko. Czułam, że nie mogę złapać oddechu. Usłyszałam jakiś stłumiony, podniesiony głos wypowiadający moje imię. To chyba była Iza. Nie byłam pewna, ale kogoś wołała. Potem poczułam ukłucie w rękę i zasnęłam.
   Śniło mi się, że siedzę sama na łące. Twarz ukryłam w dłoniach. Nie płakałam, ale czułam się bardzo samotna. Usłyszałam znajome kroki. Uniosłam głowę i zobaczyłam Dashę. Z jej czoła w miejscu, gdzie miała gwiazdkę wyrastał śnieżnobiały róg kontrastujący z kruczą sierścią. Po bokach miała czarne skrzydła. Rzuciłam się jej na szyję.
-Wiki- powiedziała spokojnie.
-Ty mówisz?- krzyknęłam zaskoczona.
-Oczywiście!- prychnęła, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
-Nigdy nic nie powiedziałaś...
-A czyż potrzebowałaś moich słów? Rozumiałyśmy się bez nich. Wiki, muszę już iść.
-Gdzie?- w oczach zalśniły mi łzy.
Spojrzała na mnie mądrymi oczami. Mrugnęła parę razy. Rozłożyła skrzydła.
-Gdzie?- spytałam. Z gardła wyrwał mi się szloch.
Klacz jeszcze bardziej rozłożyła skrzydła. Jej róg zalśnił jak latarnia.
-Nie zostawiaj mnie- jęknęłam.
-Zawsze będę przy tobie, moja mała. A teraz idę gdzieś, gdzie ty nie możesz. Jeszcze się spotkamy, Wiktorio. A teraz obudź się i żyj. Masz przed sobą jeszcze wiele lat wspaniałego życia. Mój czas już nadszedł. 
Wzleciała do góry. W myślach raz po raz brzmiały mi słowa ,,Żyj", ,,Żyj...". Ten szept bolał bardziej niż przykładanie rozgrzanego do czerwoności metalu. W końcu przed oczami ujrzałam znowu Dashę. Tym razem galopowała w górę. Zatrzymała się na ciemnym niebie, gdy była taka malutka... Wyglądała jak gwiazda. W końcu całe niebo przybrało kształt galopującej Dashy ze mną i Izą na grzbiecie. Zwiększało się coraz bardziej aż w końcu wszystko spowiła ciemność i spokojnie zasnęłam.
Obudziły mnie ciche głosy. Wwiercały się w uszy jak bzyczenie natrętnych much. Otworzyłam oczy. Tym razem nic mnie nie oślepiło, choć leżałam w tym samym miejscu. Przy mnie siedzieli wszyscy, o których myślałam chwilę przed upadkiem: mama, tata, Iza, Robert, Bartek, Kuba. Brakowało tylko Dashy, ale przecież nie wprowadzą ją do pomieszczenia.
-Wiki?- szepnęła mama.- Wyglądała, jakby ujrzała ducha.
Wyglądam tak okropnie, czy nie było szans, że się obudzę?, zastanawiałam się.
Nim zdążyłam zapytać, wszyscy się na mnie rzucili. Każdy chciał mnie przytulić.
-Auu- rzuciłam szybko, zanim nawet poczułam ból.
Pamiętałam jak ostatnio bolało, gdy tylko spróbowałam się poruszyć. Przez kolejne 10 minut rozmawiałam ze wszystkimi obecnymi. Lecz każdy, jakby się umówili, unikał tematu zawodów i naszego upadku. Byłam pewna, że zostanę zasypana gradem relacji, a tu nic. Dowiedziałam się nawet, co Izz jadła wczoraj na obiad, ale wciąż nie wiedziałam, czy mam kręgosłup w jednym kawałku, bo nie odważyłam się ruszyć, żeby to sprawdzić, ani co z Dashą. W końcu oznajmiłam:
-Możecie wyjść? Wszyscy oprócz Izy i Roberta.
Rodzice spojrzeli na mnie zaskoczeni, Bartek zaczął protestować, ale ostatecznie posłuchali.
-Witaj wśród żywych- Robert uśmiechnął się do mnie.- Było z tobą krucho.
-Z nami było krucho- poprawiłam go.- W końcu to Dasha wylądowała na głowie.- Robert zbladł śmiertelnie.- A teraz mam do Was parę pytań. Po pierwsze: jak długo byłam nieprzytomna.
-Dwa tygodnie- Robert odetchnął jakby uspokojony takim pytaniem.- To nie dużo. Zapowiadało się, że prędko się nie ockniesz.
-Po drugie: jakie odniosłam obrażenia? Co mi jest? Wszystko mnie boli!- żaliłam się.
Robert spojrzał na Izę, ta wzruszyła ramionami, więc spróbował sam odpowiedzieć.
-Przeżyłaś dzięki toczkowi, ale masz pękniętą czaszkę. Na szczęście to opanowaliśmy. To znaczy lekarze opanowali. Złamałaś też dwa żebra z lewej strony, teraz jest już lepiej. Najgorzej z nogą. Została niemal całkiem zmiażdżona. Profesjonalnie nazwali to złamaniem w dwudziestu miejscach. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy myśleliśmy, że ci ją amputują. Na szczęście jakoś tam nogę masz poskładaną i się zrośnie. Nie będziesz już biegała tak szybko ani jeździła konno jak dawniej, ale przeżyjesz.
Odczekałam chwilę, by się upewnić, że skończył, aż wreszcie zadałam najważniejsze pytanie.
-Po trzecie: co z Dashą?- rzuciłam niedbale.
Robert zadrżał. Spojrzał na Izę. Skierowałam wzrok tam gdzie on. Moja przyjaciółka była biała jak ściana. Zamrugała parę razy, przeganiając łzy.
-Co z Dashą?- powtórzyłam z lekkim napięciem. Głos mi zadrżał.
-Kiedy stanęła jedną nogą na drągu, złamała ją...- Robert starał się jakoś z tego wybrnąć. Iza wyszła z sali odwracając głowę tak, by na mnie nie patrzeć. Ja i tak zauważyłam łzy ściekające po jej policzkach.- ...upadając całym ciałem... skręciła kark.
-Co?- spytałam. Jego słowa nie miały dla mnie sensu.
-Wiktorio, Dasha... nie żyje.
-Nie!!!- krzyknęłam z całej siły. Chciałam przegonić jego słowa.
Na chwilę umilkłam, by powiedział, że żartował.Gdy tak się nie stało zaczęłam wrzeszczeć ze zdwojoną siłą. Ktoś zawołał pielęgniarkę, dostałam zastrzyk w ramię i znów zasnęłam.
gify konie
---Miesiąc później---
Wracałam właśnie ze szpitala. Nie dość, że gipsu jeszcze mi nie zdjęli, bo noga naprawdę ucierpiała, to jeszcze poruszałam się o kulach. Jak teraz będę żyć?, spytałam samą siebie. Konie były całym moim życiem. Wraz ze śmiercią Dashy umarła też część mnie. Oczywiście już dawno, niemal odkąd tylko się obudziłam słyszałam od rodziców jedynie: ,,Już nigdy nie wsiądziesz na konia" lub ,,Z końmi koniec" albo ,,Jeśli myślisz, że pozwolę ci się zbliżyć do tych zwierząt to się mylisz". Myślą, że po tym wszystkim mam jeszcze ochotę patrzeć na konie! Po tym, jak zabiłam najlepszą przyjaciółkę... To moja wina!, brzmiało mi w uszach jak refren jakiejś piosenki. Może gdybym wtedy zeskoczyła z siodła Dasha by żyła. Może skończyła by jak Broszka, ale by żyła. Broszka... Całkiem o niej zapomniałam. Kiedy ją znalazłyśmy odżyła we mnie nowa nadzieja. Myślałam, że wyleczymy jej nogę i Iza dostanie Brokę, bo lubiła ją bardziej ode mnie, a ja zatrzymam Dashę, z którą łączyła mnie wielka więź. Potem okazało się, że nikt już Broszki nie dosiądzie. Aż żal serce ściskał, kiedy chodziła. Wyglądała wtedy jak ja teraz. Ledwo co kulała, powłóczyła chorą nogą... Nie wiem jak tamci ludzie zmuszali ją do takiej pracy. Na szczęście Robert zgodził się ją zatrzymać, ale Broszka nie mogła być szczęśliwa... Czasem lepiej zginąć niż przeżyć po to, by być nieszczęśliwym, uświadomiłam sobie mając przed oczami siebie ginącą razem z Dashą. Ale cały czas wiedziałam, że to przeze mnie zginęła Dashka. Cóż, teraz domysły typu: ,,Co by było gdyby..." nie mają sensu. Byłam wolontariuszką w schronisku, kochałam konie nad życie, a co zrobiłam? Najpierw galop po lesie, a potem nawet nie oporządziłam klaczy przed zawodami.
  Po południu siadłam przed domem na trawie. Oplotłam rękami kolana i zapatrzyłam się w dal. Jakie to wszystko było niesprawiedliwe. Czemu takie wspaniałe stworzenia jak konie muszą cierpieć i umierać?  Broszka, Karek, Kamis, Furia, Dasha Jeden, nasza Dasha... A'propos pierwszej Dashy, od której imię wzięła nasza Kara. Tamta też nie była zła bez przyczyny. Ludzie po prostu nie chcieli jej zrozumieć... Kiedy tak myślałam zerwał się silny wiatr, niebo przecięła błyskawica, a z góry prosto na mnie lunął deszcz.
-Wiki, do domu!- usłyszałam głos mamy, która wołała mnie przez okno. Brzmiał jak zza mgły.
Zignorowałam wołanie. Byłam już prawie całkiem mokra, jak nagle poczułam, że deszcz rozstępuje się nade mną, a na plecach leży mi coś ciepłego. Odwróciłam głowę i zobaczyłam mamę. Zasłoniła mnie parasolką, a na plecy zarzuciła mi koc.
-Wikuś- powiedziała łagodnie.- Nie masz wpływu na to, co się stało. Musisz żyć tak, jak kiedyś. Nie zmienisz przeszłości, spróbuj więc wpłynąć na przyszłość. Nie zrobisz tego, jak dostaniesz zapalenia płuc. Kwietniowe deszcze są dość zimne. Choć do domu...
-Ale...- Chciałam coś powiedzieć, jednak z ust wyrwał mi się tylko szloch.- Mamusiu!- objęłam ją.
-Ojciec mnie zabije, ale nie mogę patrzeć jak cierpisz. Pozwalam ci wrócić do koni. Bez szaleństw, ale możesz jeździć.
-Nie chcę- szepnęłam. To moja wina!-Nie wrócę do koni. Nie spojrzę Izie i Robertowi prosto w oczy.
-Przecież nic nie zrobiłaś.
-Jeśli nie mogę jeździć na Dashy, nie będę w ogóle jeździć- odparłam ostro, dając jej do zrozumienia, że zdania nie zmienię. Chociaż po policzkach wciąż płynęły mi łzy, mieszając się ze spływającymi z włosów kroplami deszczu, głos mi nie drżał. Był spokojny, pewny siebie.- Nie chcę już tu mieszkać. Wyjedźmy stąd. Gdziekolwiek, chociaż z pięćdziesiąt kilometrów w którąś stronę.
Nie wierzyłam, że to powiedziałam. Ale tak myślałam. Nie mogłam mieszkać płot w płot z Izą, parę kilometrów od Equilandu. Nie mogłam...
gify konie
Niemal co dzień odwiedzała mnie Iza. Za każdym razem ,,całowała klamkę" mojego pokoju. Nie chciałam z nią rozmawiać. Rodzice próbowali mnie namówić do zamienienia choć paru słów z przyjaciółką, ja jednak całkiem zamknęłam się w sobie. Patrzyłam tylko przez okno jak Izabela odchodzi od mojego domu za każdym razem coraz smutniejsza. Rodzice załatwili mi nauczanie indywidualne, więc nie musiałam chodzić do szkoły co zdawało się jeszcze bardziej zdołować Izę. Może miała nadzieję, że jak teraz ją zbywam to pogadamy w szkole. W końcu skończyłam pierwszą klasę liceum ze średnią 5.0.
Leżałam na kanapie w salonie na parterze i ze słuchawkami w uszach słuchałam muzyki. Ale spokoju nie dawało mi uciążliwe stukanie w parapet. W końcu wyrwałam słuchawki z uszu i zerwałam się na równe nogi. Zachłysnęłam się widząc Izę w moim oknie. A dokładnie jej głowę. Przecież to trzy metry nad ziemią. Co, ona tam na drabinie stoi?, zastanawiałam się. Nie wiele się myliłam. Kiedy podeszłam do okna zobaczyłam całą przyjaciółkę, stojącą na Dirty Dun.
-Co tu robisz?- spytałam wrogo, po otwarciu okna.
-Wyciągam cię na przejażdżkę- uśmiechnęła się przyjacielsko.- No chodź.- Podała mi rękę.
-Że na tym czymś?- skinęła głową ukrywając zniesmaczenie.- Weź się zabieraj z tą drabiną na czterech kopytach, bo was psem poszczuję?
-Że niby Egri?- próbowała mnie przedrzeźniać.-Tym słodziakiem? Weź mnie poszczuj, bo chętnie się do niej przytulę.
Wkurzyła mnie tak bardzo, że zatrzasnęłam okno. Iza omal nie straciła równowagi spadając z konia, mnie jednak to nie obchodziło.
   Mimo mojego zachowania Iza przyszła do mnie jeszcze parę razy. Tym razem bez konia, pukając do drzwi. Za każdym kolejnym razem nie chciałam jej widzieć. Aż pewnego dnia przestała przychodzić. Tak mnie to dotknęło... Nie wiem, czy myślałam, że robię komuś na złość, ale podobała mi się ta zabawa w kotka i myszkę. Lubiłam, kiedy Iza przychodziła, nawet jeśli nie wychodziłam wtedy z pokoju. Tak powinna się zachowywać prawdziwa przyjaciółka. Kiedy przestała przychodzić wakacje trwały w najlepsze.Właśnie zaczynał się sierpień. Wtedy powtórzyłam rodzicom moją prośbę o przeprowadzce. Przy mnie tylko wodzili wzrokiem między sobą. Ale podsłuchałam jak rozmawiali na osobności.
~...zdaniem powinniśmy jej posłuchać~ powiedziała mama.
~Twoim zdaniem?!- wybuchnął ojciec.~ Mamy tu pracę! Chcesz gdzieś jechać i co? Wiśnie sprzedawać?
~Znajdziemy pracę gdzie indziej. A Wiki jest naprawdę nieszczęśliwa.
~Wiki to, Wiki tamto. Ta Wiki za dwa tygodnie kończy siedemnaście lat! A pracy tak na zawołanie nie ma. O nie, za długo jej pobłażaliśmy. Wiktoria idzie od września do szkoły i nie zamierzam się targować!
~Och, Aruś, proszę cię, nie rób jej tego. Umówmy się tak. Jeśli znajdziesz pracę w...- ściszyła głos do szeptu i usłyszałam dopiero końcówkę~... a jeśli nie, wróci do szkoły i zmusimy ją, by wróciła także do dawnego życia, w tym koni.
Odetchnęłam głośno. Przycisnęłam dłoń do ust, żeby mnie nie usłyszeli. Już zaczęłam obmyślać plan ucieczki z domu, kiedy tata znalazł pracę. W Sopocie. Wyjeżdżamy na drugi koniec kraju. Wspaniale!, pomyślałam. Wreszcie spełniła się moja zachcianka. Spakowałam się. Wzięłam nawet większość swoich jeździeckich rzeczy. Ale z nagród zachowałam tylko dyplomy i medale. Puchary postanowiłam zostawić Izie. Były za duże, by tracić na nie miejsce w samochodzie, a jej bardziej się należały. Spakowałam je do pudła i postanowiłam zostawić przyjaciółce list. Po godzinie bazgrania po kartce w końcu ujęłam to co czułam w parę mizernych zdań.
Kochana Izabelo! 
Naprawdę mi przykro, że to tak musiało się skończyć. Jesteś, byłaś i zawsze będziesz moją najlepszą przyjaciółką. Ale po prostu nie mogłam spojrzeć Ci w oczy. Nie po tym, jak zabiłam Dashę. Tak, to moja wina. Ona nie żyje, bo to ja nie zajęłam się nią tak, jak powinnam. Proszę Cię, przyjmij te puchary, bo Tobie należą się o wiele bardziej. Jeśli chcesz mnie jeszcze znać to błagam, wybacz mi. Nie próbuj się ze mną kontaktować, bo wyprowadzam się daleko stąd, zmieniam też numer telefonu, usuwam GG i facebooka. Przekaż też Robertowi, że  był najlepszym człowiekiem na świecie. Nawet jeśli nerwy mu zaczynały puszczać, nigdy nie był dla nas niemiły, zawsze też ratował konie. I powiedz Bartkowi, że go kocham. 
Twoja Wika.
Ostatnie zdanie przekreśliłam jedną poziomą linią. Chciałam je całkiem zamazać, żeby Iza go nie odczytała i nie przekazała Bartoszowi. Niestety w tej chwili do mojego pokoju weszła mama.
-Wyjeżdżamy- oznajmiła. Zobaczyła moją minę i spodziewała się przeciągania wyjazdu, więc profilaktycznie dodała:-Nie zaraz, tylko już.
Wrzuciłam zdenerwowana kartkę do pudełka z pucharami i wyszłam z domu. Szybko przerzuciłam pudło nad ogrodzeniem domu Izabeli, modląc się w duchu, żeby mnie nie zauważyła, po czym szybko wsiadłam do  samochodu. Mama włożyła do zakupionej na czas przeprowadzki przyczepy, jeszcze parę rzeczy. Nie opłacało nam się wynajmować przyczepy, bo i tak nie mielibyśmy okazji jej oddać. Najwyżej sprzedamy ją tam na miejscu. Potem mama wsiadła na siedzenie z przodu, do mnie z tyłu wskoczyła Egri, a na kolanach ułożyła mi się nasza kociczka Loa, która większość życia spędzała zwiedzając odległe osiedla, a do domu wracała na jedzenie i spanie. Przykleiłam nos do szyby spoglądając na mój kochany domek. Spędziłam tam siedemnaście lat życia. Jeszcze tu wrócę, pomyślałam. Nie wiem kiedy, ale wrócę. Cały czas, gdy jechaliśmy po prostej dom malał w dali, aż w końcu tata skręcił za rogiem i całkiem straciłam go z zasięgu wzroku.
gify konie
To moja najbardziej dopracowana notka. Czytałam ją ze 4 razy (no co, to już coś ;) ) i pracowałam nad każdym szczegółem. Mam nadzieję, że się Wam podoba, oczywiście notka sama w sobie, nie zakończenie (;


Piszcie wyczerpujące komentarze, mogą nawet dorównywać długością samemu epilogowi, nie obrażę się, jeśli będą miały więcej niż jedno zdanie, albo lepiej więcej niż strona Worda xD
Od razu mówię, że takie zakończenie wymyśliłam z pół roku temu, więc nic tu nie insynuujcie. Tak, niemal od początku chciałam zabić Dashę. Ale potrafię trzymać buzie na kłódkę ^) Nikt z czytelników nie znał moich planów. Dobra, nie rozpisuję się. Koniec z dopiskami dłuższymi od notek :P Proszę o wyczerpujące opinie, następna notka pojawi się najwcześniej 11 lipca, chociaż pewnie później, bo moje ambicje podpowiadają mi, że nie napiszę jej w jeden dzień. Miłych wakacji wszystkim :D

Edit sobota 29.06.13 godz. 14.47
Nie mogłam wczoraj opublikować notki, bo staram się jak najbardziej przeciągać, żeby między tym epilogiem a prologiem nowego sezonu nie było zbyt dużej przerwy. Nawet publikując go dzisiaj, prolog pojawi się dopiero za CO NAJMNIEJ 22 dni.

PS zrobimy sobie taki mały konkursik. Zgadnijcie ile czasu minie między tymi dwoma rozdziałami, tj. tym i następnym (: Zakres od roku do... powiedzmy 50 lat xD Ciekawe, kto będzie najbliżej ;) Nagrodą jest dedyk dla tej osoby w prologu :) Powodzenia.