Kare Serce Konia

Kare Serce Konia

środa, 16 lipca 2014

Rozdział 69

~Wiki~

Spacerowałam po stajni przyglądając się stacjonującym w boksach koniom. Był czerwiec, dwa miesiące po wyjściu ze szpitala, więc gips już mi zdjęli. Mogłam chodzić już bez kul, chociaż wciąż mocno kulałam. Zatrzymałam się przy tym, z którego wystawała głowa gniadej klaczy. Przytuliłam swoje czoło do czoła konia i zamknęłam oczy, zaciskając palce na krawędzi drzwiczek od boksu.
- Och, Broszko - szepnęłam. - Jestem teraz taka jak ty, nigdy do końca nie wróci mi dawna sprawność...
Broszka uniosła głowę i dmuchnęła mi ciepłym powietrzem we włosy. Zaśmiałam się cicho. Pogładziłam ją po policzku.
- Wiki! - zawołał Robert. - Chodź do siodlarni, zrobiłam lemoniadę.
Odpowiedziałam, że zaraz przyjdę. Już miałam odejść, kiedy mój wzrok padł na pusty boks obok. Nie było w nim nawet źdźbła słomy, kurz na tabliczce całkiem przykrył postawione nań litery. Delikatnie przejechałam kciukiem po gładkim metalu. Wytarłam "zakurzony" palec o spodnie, a potem odczytałam napis: "Dasha - Turbo Skoczek =)". Oba "s" zostały dodatkowo narysowane jak koński ogon, zaś "u" - jak podkowa. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Pamiętałam, kiedy razem z Izą stworzyłyśmy tą tabliczkę. Nie miałyśmy nic do roboty, usiadłyśmy z tablicą i cienkim mazakiem, po czym wzięłyśmy się do roboty. 
Rozzłoszczona naciągnęłam sobie rękaw bluzki na dłoń i dokładnie oczyściłam tabliczkę z kurzu nie zwracając uwagi na to, w co zmieniłam czerń nowej części garderoby. Spojrzałam zadowolona na swoje dzieło. Kruczoczarny mazak wyblakł na skutek działania wielu miesięcy i przypominał teraz bardziej bordowy. Postanowiłam poprawić to w najbliższym czasie.
- No chodź! - rozradowana Iza podbiegła do mnie i delikatnie pociągnęła mnie za rękę. - Czekamy na ciebie... - jej mina zrzedła, kiedy spojrzała na czystą tabliczkę. - Wiki... specjalnie jej nie wyczyściłam. Tak samo z boksem. Nie pozwoliłam tu postawić, żadnego konia, ale... nie wiem, jak to powiedzieć...
- Chciałaś, żeby nic tu nie zostało tknięte, by przypominało czasy, w których Kara tu stała. - dokończyłam. Iza skinęła głową, przyznając, że trafiłam w sedno. - Nie lepiej byłoby o niego dbać? Świeża ściółka co dzień, czyste ścianki boksu... Żeby wyglądał, jakby zaraz miała do niego wrócić.
Odpowiedziało mi milczenie. Wymusiłam lekki uśmiech. Mówimy o niej, jakby zginęła, pomyślałam. A przecież jeszcze nie wszystko stracone... Ruszyłam w stronę siodlarni.
Przyjęłam od Roberta wdzięczna szklankę z napojem i upiłam duży łyk. Wykrzywiłam twarz po połknięciu kwaśnej lemoniady i dostałam ataku kaszlu.
- Niesłodzona - ostrzegła Iza.
- Dzięki za ostrzeżenie - zaśmiałam się. 
Wsypałam do szklanki kilka łyżeczek cukru, mieszając dokładnie. Nagle w sercu poczułam jakieś dziwne ukłucie. Wtedy przypomniałam sobie, że przecież od trzech miesięcy nie siedziałam w siodle. Przed zawodami byłam przyzwyczajona jeździć po kilka godzin dziennie.
- Robert, mogę wziąć jakiegoś konia i trochę pojeździć? - spojrzałam na niego błagalnie. Widząc jego wątpiącą minę dodałam: - Bez szaleństw. Stęp, kłus, może kilka kroków galopu.
- No... - zastanowił się. - Jeśli imię JAKIEGOŚ konia nie zaczyna się na "D" i nie kończy na "asha", to możesz.
Zaśmiałam się mimo wszystko. Rob zawsze umiał mnie rozbawić.
- Wezmę Vancouvera - rzuciłam.
Poszłam do wyjścia, kiedy Robert za mną zawołał:
- Jego nie! Weź Esemesa albo Chantell. Są bezpieczniejsi, a przyda im się trochę ruchu.

~Iza~

Wiktoria zawahała się, po czym skinęła głową potakująco. Wiedziałam, co ma na myśli Robert.  Na Vancouverze ostatnio dużo jeździł Bartosz. Koń miał mnóstwo ruchu, ale przynajmniej raz na każdej jego jeździe musiał stanąć dęba i strzelić minimum trzy baranki. Już mieliśmy nadzieję, że będzie się świetnie nadawał do adopcji, prawie oduczyliśmy go brykania, a teraz było jeszcze gorzej niż na początku.
- A ja mogę? - spytałam od niechcenia.
- Dawno nie spadłaś? - Robert uśmiechnął się sympatycznie.
Wiedziałam, o czym mówi. Wczoraj nie miałam zbytnio ochoty przyjeżdżać do stajni, ale musiałam ostrzec właściciela schroniska o planowanym przyjeździe Wiki, a przez cały dzień nie odbierał telefonu. Po drodze do stajni spotkałam Bartka. Poprosił mnie, żebym potrzymała Vancouvera, a sam musiał odwiedzić łazienkę. Zgodziłam się. Nie zamierzałam stać z nim przez kilka minut w miejscu, więc na chwilę wsiadłam. Bez kasku, w jeansowych szortach i sandałach. Objechaliśmy okrążenie stępem, wszystko było w porządku. A potem ni stąd, ni zowąd koń strzelił baranka, a ja, nieprzygotowana na to, poleciałam i wylądowałam pod ogrodzeniem. Mogłam sobie wtedy coś zrobić.
- Weź drugiego z koni, którego zaproponowałem Wice - oznajmił Rob. - Ale też nie szalej, bo koleżanka ci pozazdrości, a ona tak nie może.
Pokiwałam głową i pobiegłam do stajni. Wiktoria właśnie szczotkowała Esemesa.
- Biorę Chantell i pojeździmy razem - oznajmiłam głosem nieznoszącym sprzeciwu.
-Naprawdę nie potrzebuję niańki -mruknęła.
- Gdybym chciała cię niańczyć -położyłam nacisk na to słowo - stanęłabym na środku ujeżdżalni jak instruktor i pilnowała, żebyś aby za bardzo koniowi wodzy nie popuściła - zauważyłam. - A ja chcę po prostu pojeździć z tobą, tak jak kiedyś.
Resztę prac wykonałyśmy w ciszy. Jazda zaś była baaardzo spokojna. Pół godziny stępa i do stajni. Wice aż trudno było utrzymać Esa. Koń długo stał w stajni, a przyzwyczajony był do długich treningów skokowych. Próbowała zakłusować, ale jedynie krzyknęła z bólu i zwolniła. Noga nie pozwalała jej anglezować, to zbytnio ją obciążało. Zresztą ćwiczebny pewnie nie byłby lepszy. Ja miakam zamiar pogalopować dookoła, ale zrezygnowałam z tego z dwóch względów. Po pierwsze gdyby Chantell zaczęła galopować, próby utrzymania Esemesa w stępie graniczyłyby z cudem. A po drugie nie chciałam, żeby Wice było przykro. Wiem jak kocha galop.
~Wiki~
Wstawiłam Esa do jego boksu i pogłaskałam go czule.
-Jeszcze sobie pogalopujemy - szepnęłam.
Zarzuciłam sobie ogłowie na lewe ramię, siodło na lewe przedramię, a ochraniacze wzięłam w prawą dłoń. Ruszyłam w stronę siodlarni , kiedy na drodze mi stanęła nieznana dziewczyna. Na oko miała jakieś szesnaście lat. Jej brązowe włosy zaplecione zostały w warkocz, a błękitne oczy zlustrowały mnie uważnie. Ubrana była w kompletny strój jeździecki, pod pachą trzymała kask, a w prawej dłoni miała skokowy palcat.
Stałyśmy tak przez chwilę jedynie gapiąc się na siebie. W końcu troszkę zirytowana postanowiłam przerwać kłopotliwe milczenie i popchnąć "koleżankę" w dobrym kierunku.
- Tak? - spytałam starając się, by mój głos brzmiał uprzejmie.
Wyglądała na zakłopotaną, ale tylko przez moment.
- Ja... jestem umówiona na jazdę. Rozmawiałam przez telefon z panem Orlikiem.
- Nic mi o tym nie wiadomo... Zapytam go. Tylko to zaniosę - poruszyłam siodłem.
Poszłam do siodlarni i powiesiłam sprzęt w odpowiednim miejscu. Roberta znalazłam w jego biurze.
gify konie
Witam :) Rozdział miał być dłuższy (miał zawierać całe spotkanie z dziewczyną i jeszcze coś), ale się nie wyrobiłam :( Zachowam to na następny rozdział i może być ciekawie :3 Teraz jestem u Sophie, prawie 200 km od domu, w niedzielę obóz. Następna notka pojawi się najwcześniej w pierwszym tyg sierpnia. Do napisania :*

czwartek, 26 czerwca 2014

Rozdział 68

~Wiki~

- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - spytała Iza, pomagając mi wysiąść z samochodu.
- Jak niczego innego - powiedziałam posępnym głosem.
- W takim stanie?! Przecież to szaleństwo! Ten koń zwariował, a ty nawet nie dałabyś rady uskoczyć przed kopytami.
Iza odsunęła się  w bok, moment przed tym, zanim machnęłam kulą w miejscu, gdzie przed chwilą miała głowę.
- Nie mów na Dashę "ten koń" - syknęłam przez zęby.
- Przepraszam - Iza spuściła głowę i przez chwilę bawiła się kamykiem u swoich stóp, trącając go czubkiem buta. Kiedy spojrzała na mnie w jej oczach iskrzyły się łzy. - Ale Dasha naprawdę się zmieniła. To już nie jest ta sama Kara, z którą miałaś wypadek.
- Raz ją oswoiłyśmy, co za problem to powtórzyć?
Odpowiedziało mi przeciągłe westchnienie. Spojrzałam pytająco na przyjaciółkę. Milczała, więc ruszyłam w stronę stajni. Kuśtykałam niepewnie, potykając się co chwilę. Podłoże było nierówne, noga w gipsie mi ciążyła.
- Wiktorio - Z nowo wybudowanego budynku wyszedł Robert. - Jak się czujesz?
- Przyszłam zobaczyć się z Dashą - zignorowałam pytanie.
Twarz mężczyzny sposępniała. Zastanowił się chwilę, po czym wymienił spojrzenia z Izabelą.
- Jest na pastwisku - rzucił zrezygnowany. - Może tam żyć jak dziki koń. Nie muszę usypiać jej po kilka razy dziennie, żeby dać jej jeść i sprzątnąć boks. Ma problem ze złamaną nogą. Może na niej stawać, jest usztywniona, ale jej niewygodnie...
Usypiać?, pomyślałam. Pamiętałam jak było ostatnio. Bez grubej dawki środków uspokajających zbliżenie się do Dashy było jak samobójstwo. Ale nikt nie musiał jej wtedy aż usypiać.
- Chodźmy - mruknęłam, zmierzając w stronę pastwisk.
Kulejąc podeszłam do bramy, mocując się z zasuwą.
- Nie wchodź tam - powiedziała Iza. - Dasha pewnie stoi gdzieś w kącie pastwiska, zobaczymy ją z bezpiecznej odległości.
Fuknęłam w odpowiedzi, ale ruszyłam za Izą wzdłuż ogrodzenia. Zauważyłyśmy ją bez problemu kilkanaście metrów dalej w miejscu, gdzie stykały się dwie ściany prostokątnego padoku. Stała ze spuszczoną głową, chociaż nie skubała trawy. Mogłam się jej przyjrzeć  dopiero wtedy, kiedy się zbliżyłyśmy. Czarne boki klaczy pokrywała piana, nozdrza miała rozdęte, uszy ruszały się niespokojnie we wszystkich kierunkach. Stałyśmy jakieś 10 metrów od niej  po linii prostej, prostopadle do dłuższej ściany pastwiska, kiedy nas zauważyła. Uniosła łeb wysoko, nie spuszczając z nas oczu. Mięśnie miała napięte do granic możliwości. Wyglądała jak cięciwa łuku, któremu wystarczy jeden ruch, by wypuścić strzałę. Zrobiłam krok w jej kierunku, ale Izka powstrzymała mnie ruchem ręki.
- Możesz sobie popatrzeć z tej odległości, a jak ci się znudzi to wracamy - mruknęła.
- Nie bądź głupia. - Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
Zrobiłam krok, potem kolejny... i jeszcze jeden. Sierść klaczy przyozdobiły plamy świeżego potu. Stanęła dęba wysoko, kłąb znalazł się niemal w jednej linii z drżącymi nogami. Myślałam, że zaraz przewróci się na grzbiet. Ale ona jedynie wywróciła oczami ukazując białka. Kiedy straciła równowagę wylądowała na czterech nogach tylko po to, by zaraz znowu się unieść. Stałam w miejscu jak zaczarowana. Byłam jeszcze tak daleko... A ona całkiem oszalała.

~Iza~

Widziałam Dashę zaraz po wypadku. Była poharatana, miała złamaną przednią nogę. Dobrze się zrastała. Robert stwierdził nawet, że jeszcze kilka tygodni i klacz będzie mogła wrócić do skoków. Ale jedno nam umknęło - rany psychiczne. Rany, których nie da się zasklepić wszystkimi lekami świata. Kiedy widziałam Dashę po raz pierwszy bez wahania weszłam do jej boksu. Zaatakowała mnie i oberwałam kopniaka w plecy. Przewróciłam się, a kopyta Karej znów zaatakowały. O włos ominęły moją głowę. Robert przyszedł w ostatniej chwili przed kolejnym, pewnie celnym, kopniakiem w głowę. Odwrócił jej uwagę i pomógł mi się wydostać. Dla mnie skończyło się to jedynie siniakami na plecach. Ale Robert już wtedy chciał uśpić klacz. Nie zgodziłam się. Dasha należała tak samo do mnie, jak również do Wiki. Nie mogłabym zabić klaczy, dopóki moja przyjaciółka jej nie zobaczy. Teraz, kiedy patrzyłam na Wiktorię wpatrzoną zrozpaczonym wzrokiem na rozszalałego konia, do którego tyle razy się przytulałyśmy, kiedy było nam smutno... żałowałam, że nie pozwoliłam uśpić Dashy. Było jeszcze coś. Coś, czego nie mogłam powiedzieć Wice. Kara jest agresywna, owszem. Ale nie aż tak. Wszystkich atakowała tylko z bliska, a nawet wtedy nie tak ostro. Zaledwie dzień wcześniej oglądałam klacz opierając się o ogrodzenie , na co ona jedynie się pociła i wywracała oczami. Byłam pewna, że Wiktorię kojarzy z wypadkiem. Straciła zaufanie do mojej przyjaciółki gdyż ta, siedząc na jej grzbiecie, nie zrobiła niczego, żeby ją ratować... by oszczędzić jej bólu. Wszyscy wiedzieliśmy, że dziewczyna nie mogła zrobić zupełnie nic. Ale jak to wytłumaczyć koniowi?
Dołączyłam do Wiki energicznym krokiem. Machnęłam ręką szybko. Dasha na to postawiła wszystkie nogi na ziemi, zawróciła szybko i odgalopowała od nas, wyraźnie kulejąc, nie stawając na chorej nodze.
- Tym razem nie można jej już pomóc - usłyszałam głos obok siebie. Bartek położył rękę na ramieniu Wiktorii i patrzył z troską za odbiegającą klaczą. - Czasem koniom po prostu nie można pomóc. A wtedy trzeba pozwolić im odejść...
- Nie - rzekła Wiktoria twardym, nieznoszącym sprzeciwu, ale też zdławionym głosem. - Teraz nie mogę, mam złamaną nogę. Ale jak wrócę do formy zajmę się nią. Czy wam się to podoba, czy nie.
gify konie
Oto mój (nie)wielki powrót! :D Rozdział jest krótki i niezbyt mi się podoba. Wyszłam z formy (jeśli kiedykolwiek takową miałam). Ale dałam dużo opisów, mało dialogów (większość na początku) i udało mi się nawet co nieco dać od Izy :3
--przerwa na reklamę--
Zapraszam na poradnikowego bloga HTFY prowadzonego przeze mnie, Nikki i Koniowatą. Nigdy więcej nie założę opowiadania na spółę z kimś, ale w poradniku nie wchodzimy sobie w drogę, każda pisze co i kiedy chce, więc to czysta zabawa :D
--po reklamie--
Oczywiście odwieszam blogi, na CR może też coś napiszę. Ale nieregularność pozostanie :c
A teraz lecę , bo za jakieś 45 min jadę do stajni [o ile nam ujeżdżalni nie zalało, bo od wczoraj strasznie leje - wiwat południowy-wchód Polski (y)], a muszę jeszcze zjeść obiad i się przebrać. Zachęcam do komentowania a może napiszę jeszcze coś, najpewniej na CR, ale dobre i tyle, do końca tygodnia.
PS dziękuję Nikki za zmotywowanie mnie do roboty :*
PS2 kochane (zakładam, że w naszym gronie nie ma panów xD), nie wiem, czy to do Was dociera, ale, jeśli nie jesteście w 6 klasie podstawówki i 3 gim to od jutra zaczynamy WAKACJE <33 Wstawiam z tej okazji zdjęcie z zeszłorocznego obozu. Galop mój drugi w życiu, więc zdjęcia proszę nie komentować xD
PS3 za potencjalne błędy bardzo przepraszam. Muszę już lecieć, a chcę, żebyście przez te 3 godziny mojej nieobecności mogły już przeczytać rozdział. Nie miałam czasu go przeczytać :<
Edit 14:45 (30 min po opublikowaniu)
Jednak na konie nie jadę, bo cały czas leje, ujeżdżalnię nam zalało :/ Więc poprawiłam błędy w rozdziale.

wtorek, 27 maja 2014

KSK, CR itp. w zawiasach

Zawieszam blogi. 
Przykro mi, ale nie mam siły tego pisać. Czasu (tak jak i czytelników swoją drogą) jest coraz mniej. Coś, co kilka lat temu było moją prawie-pasją i zajmowało mnie bez reszty, teraz jest przykrym obowiązkiem.
Tak naprawdę blogi "zawieszałam" już z pół roku. Ale za każdym razem, kiedy otwierałam post, żeby napisać informację taką jak ta... nagle dostawałam wielkiej weny. Tj. piękny (wg mnie) rozdział w pół godziny. Teraz wena nie przyszła, uważam to za przyzwolenie do opublikowania tej notki. 
Nie oszukujmy się - i tak nie miałam czasu  na bloga. Notki raz na miesiąc w moim wykonaniu? Kiedyś nie mogłam wytrzymać tygodnia bez napisania czegoś. Może to po prostu przez szkołę... Piszę tylko w weekendy (głównie piątkowy wieczór i całą sobotę). Na tygodniu nie mam w ogóle czasu, nawet włączyć laptopa. A teraz mam pełno prac, które piszę w zamian notek na blogi, np. eseje, prezentacje, listy, wypracowania, referaty itp. (kto normalny zadaje referat z w-f-u?). A zależy mi na końcowych ocenach.
Obiecuję, że wrócę i nie traktujcie tego jak usunięcie bloga, lecz jak... przerwę. Postaram się wróćić w drugiej połowie czerwca lub w lipcu. Niestety nie mogę też obiecać, że będę czytać Wasze blogi. Pewnie raz na jakiś czas na któryś zerknę. Ale tutaj proszę jedynie o cierpliwość - nadrobię wszystkie zaległości.

czwartek, 1 maja 2014

Rozdział 67

~Wiki~

Otworzyłam oczy. Oślepiła mnie wszechobecna biel i znów musiałam je zamknąć. Spróbowałam się poruszyć. Zacisnęłam zęby. Z całego ciała eksplodował ogromny ból. Czułam się, jakby mnie ktoś wychłostał, przywiązał do samochodu i przeciągnął po betonie, a na koniec wrzucił do słonej wody. Leżałam chwilę w bezruchu. Ból minął, niestety zastąpiły go setki myśli przechodzące przez moją głowę. Wspomnienia z ostatnich... chwilę, ile tu już jestem? Wspomnienia z czasu zawodów powróciły do mnie w ciągu kilku chwil. Zdawało mi się, że znów siedzę na Dashy. Razem galopowałyśmy, razem skakałyśmy, razem upadłyśmy... Serce zaczęło mi walić w piersi tak jak wtedy. Oddychałam szybko. Czułam, że nie mogę złapać oddechu. Usłyszałam jakiś stłumiony, podniesiony głos wypowiadający moje imię. To chyba była Iza. Nie byłam pewna, ale kogoś wołała. Potem poczułam ukłucie w rękę i zasnęłam.
gify konie
Obudziły mnie ciche głosy. Wwiercały się w uszy jak bzyczenie natrętnych much. Otworzyłam oczy. Tym razem nic mnie nie oślepiło, choć leżałam w tym samym miejscu. Przy mnie siedzieli wszyscy, o których myślałam chwilę przed upadkiem: mama, tata, Iza, Robert, Bartek, Kuba. Brakowało tylko Dashy, ale przecież nie wprowadzą jej do pomieszczenia.
-Wiki?- szepnęła mama.- Wyglądała, jakby ujrzała ducha.
Wyglądam tak okropnie, czy nie było szans, że się obudzę?, zastanawiałam się.
Nim zdążyłam zapytać, wszyscy się na mnie rzucili. Każdy chciał mnie przytulić.
-Auu- rzuciłam szybko, zanim nawet poczułam ból.
Pamiętałam jak ostatnio bolało, gdy tylko spróbowałam się poruszyć. Przez kolejne 10 minut rozmawiałam ze wszystkimi obecnymi. Lecz każdy, jakby się umówili, unikał tematu zawodów i naszego upadku. Byłam pewna, że zostanę zasypana gradem relacji, a tu nic. Dowiedziałam się nawet, co Izz jadła wczoraj na obiad, ale wciąż nie wiedziałam, czy mam kręgosłup w jednym kawałku, bo nie odważyłam się ruszyć, żeby to sprawdzić, ani co z Dashą. W końcu oznajmiłam:
-Możecie wyjść? Wszyscy oprócz Izy i Roberta.
Rodzice spojrzeli na mnie zaskoczeni, Bartek zaczął protestować, ale Robert skarcił go wzrokiem. Ostatecznie wszyscy zrobili tak, jak prosiłam.
-Witaj wśród żywych- Robert uśmiechnął się do mnie.- Było z tobą krucho.
-Z nami było krucho- poprawiłam go.- W końcu to Dasha wylądowała na głowie.- Robert zbladł nieco.- A teraz mam do Was parę pytań. Po pierwsze: jak długo byłam nieprzytomna.
-Dwa tygodnie- Robert odetchnął jakby uspokojony takim pytaniem.- To nie dużo. Zapowiadało się, że prędko się nie ockniesz.
-Po drugie: jakie odniosłam obrażenia? Co mi jest? Wszystko mnie boli!- żaliłam się.
Robert spojrzał na Izę, ta wzruszyła ramionami, więc spróbował sam odpowiedzieć.
-Przeżyłaś dzięki kaskowi, ale masz pękniętą czaszkę. Na szczęście to opanowaliśmy. To znaczy lekarze opanowali. Złamałaś też dwa żebra z lewej strony, teraz jest już lepiej. Najgorzej z nogą. Została niemal całkiem zmiażdżona. Profesjonalnie nazwali to złamaniem w dwudziestu miejscach. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy myśleliśmy, że ci ją amputują. Na szczęście jakoś nogę masz poskładaną i się zrośnie. Nie będziesz już biegała tak szybko ani jeździła konno jak dawniej, ale przeżyjesz.
Odczekałam chwilę, by się upewnić, że skończył, aż wreszcie zadałam najważniejsze pytanie.
-Po trzecie: co z Dashą?- rzuciłam niedbale.
Robert zadrżał. Spojrzał na Izę. Skierowałam wzrok tam gdzie on. Moja przyjaciółka była biała jak ściana. Zamrugała parę razy, przeganiając łzy.
-Co z Dashą?- powtórzyłam z lekkim napięciem. Głos mi zadrżał. 
Miałam ochotę krzyczeć tak głośno, jak tylko się dało. Chciałam zmienić przyszłość, a jedynie niektóre wydarzenia były inne - jak na przykład dojazd do samego miejsca zawodów samochodem, nie konno - ale efekt końcowy był taki sam.
- Żyje... - powiedział Robert ostrożnie.
Wpatrywałam się w niego wielkimi ze zdziwienia oczami. Nie miał powodów, by mnie okłamywać. W końcu i tak o wszystkim bym się dowiedziała. Nie ukryliby przede mną śmierci mojego ukochanego konia. Uśmiechnęłam się słabo.
- To chyba dobrze..? Nie wyglądacie na zachwyconych...
- Bo to nie jest takie proste - szepnęła Iza, siadając koło mnie na łóżku i uważając, żeby nie trącić mojej nogi w gipsie. Jej błękitne oczy zalśniły wiosennym słońcem, kiedy odwróciła głowę w stronę okna znajdującego się nad łóżkiem. Zapatrzyła się na coś w oddali. - Dasha doznała pewnych obrażeń.
- Złamała nogę? - zmartwiłam się.
- Nic nie złamała - Robert pospieszył z wyjaśnieniami. - Była trochę... poraniona. Podczas upadku złamała drąga. W miejscu złamania drewno było zaostrzone. Wbiło jej się w udo.
- Zdarła też sobie skórę z piersi i nadgarstków... - dokończyła Iza.
Poczułam się jak sparaliżowana. Iza wciąż na mnie nie patrzyła, a ja nie mogłam wydusić z siebie słowa.
- Nie uśpicie jej, prawda? - spytałam z nadzieją. Przez chwilę oboje milczeli. Nikt się nie poruszył. - Proszę... Może to się zagoi... Nie muszę na niej jeździć. Chcę po prostu, żeby żyła.
- Nie o fizyczne rany tu chodzi - powiedział Robert. - Goją się świetnie, jeszcze z miesiąc i zostaną tylko blizny.
- Wiki, ona jest jeszcze gorsza niż na początku! - wybuchła moja przyjaciółka. Ukryła twarz w dłoniach, zaczęła cicho szlochać.
gify konie
---Miesiąc później---
Wracałam właśnie ze szpitala. Nie dość, że gipsu jeszcze mi nie zdjęli, bo noga naprawdę ucierpiała, to jeszcze poruszałam się o kulach. Ledwo kulałam u boku rodziców. Próbowali mi pomagać, ale ja co chwilę wybuchałam złością. Czułam się jak kaleka, ale mogłam być samodzielna. Ciągłe próby podtrzymywania mnie nie były tu mile widziane. Byłam wystarczająco zdenerwowana. Uparłam się, żeby prosto ze szpitala pojechać do stajni i zobaczyć się z Dashą. Wróciła do Equilandu zaledwie wczoraj. Wcześniej musiała zostać w klinice dla koni. Jednak nikt mi nie pozwolił pojechać do schroniska. Wpatrywałam się w nich gniewnie, kiedy każdy z osobna mi zabraniał. Robert, jego synowie i Iza stwierdzili, że Kara i tak nie pozwoliłaby mi do siebie podejść. A rodzice stanowczo zakazali mi wychodzić do stajni w takim stanie, skoro "mogą się założyć, że ledwie dam radę dojść do domu." 
- Nie może być z nią aż tak źle - oznajmiłam, zupełnie pewna swoich słów, kiedy Iza przyszła mnie odwiedzić i zostałyśmy same w pokoju.
- Kiedy wyprowadzali ją z kliniki, zużyli na nią trzy strzykawki środka uspokajającego, żeby ktokolwiek mógł się w ogóle do niej zbliżyć - odparła beznamiętnym głosem. - Nie damy sobie z nią rady. - Pokręciła głową z rezygnacją.
- Damy. - Uśmiechnęłam się i położyłam przyjaciółce rękę na ramieniu. - Raz już to zrobiłyśmy, pamiętasz?
- Teraz jest jeszcze gorzej. O wiele gorzej. Z tą różnicą, że nie pozwoliłam jej czegokolwiek złego zrobić. Zapowiedziałam Robertowi, że Dasha ma przeżyć. Kiedyś my byłyśmy potrzebne jej. Dziś to ona jest potrzebna nam. 
Zgodziłam się ze słowami Izabeli. Od dnia, w którym zobaczyłam w kącie boksu czarny kłębek sierści błyskający białkami oczu, czuję się z nią związana. Kiedyś jej pomogłyśmy. Nie zamierzałam teraz odpuścić.
gify konie
Musiałam w końcu pójść do szkoły. I tak miałam już półtora miesiąca zaległości przez szpital i kolejne pół miesiąca hospitalizacji w domu, a za 2 lata matura. Wspinaczka po schodach była nie lada wyzwaniem. Wejście z parteru na trzecie piętro kiedyś zajęłoby mi 2 minuty. Teraz trwało piętnaście. Po dziesięciu minutach "wspinaczki" zadzwonił dzwonek, a zostało mi jeszcze jedno piętro. Mruknęłam pod nosem parę przekleństw. Pożałowałam, że wcześniej praktycznie nie ruszałam się z mojej sofy. Do tego Izy dziś nie było w szkole. Już zdążyłam się poczuć samotna.
Kiedy zapukałam i otworzyłam drzwi do sali matematycznej, 30 par oczu skierowało się w moją stronę. Zawahałam się przez chwilę.
- Dzień... dobry. Przepraszam za spóźnienie... Ja... - poruszyłam niespokojnie kulą, wskazując gips na nodze.
- Rozumiem, siadaj - powiedziała nauczycielka. Zawsze była bardzo surowa i bałam się, że będzie na mnie krzyczeć.  Zazwyczaj za minutę spóźnienia wyrzucała z sali i wpisywała nieobecność. Przekroczyłam to pięciokrotnie, więc pozytywnie mnie zaskoczyła.
Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że mimo iż nauczycielka od razu próbowała dalej prowadzić lekcję, wszyscy mnie obserwowali, kiedy tak kuśtykałam przez całą salę lekcyjną, żeby zając miejsce na samym końcu w jedynej wolnej ławce. Spuściłam głowę i nie odważyłam się jej podnieść. Dopiero gdy usiadłam zdałam sobie zniesmaczona sprawę z tego, że przede mną siedzi Amanda. Jej zielone oczy, przyozdobione długimi rzęsami błyszczały tryumfująco, idealnie zgrywając się ze złotymi, idealnie rozczesanymi włosami. Odwróciła głowę tylko na chwilę, nic nie powiedziała. Ale jej jedno spojrzenie mówiło wszystko. Wiedziałam też, że czeka mnie ciekawa przerwa.
Ledwie przeżywałam kolejne minuty lekcji. Nie mogłam się w ogóle skupić na tym, co mówiła nauczycielka. W końcu wyjęłam z kieszeni telefon i zaczęłam przeglądać internet, ciesząc się, z dostępu do wi-fi. Musiał być jakiś sposób na wyleczenie Dashy.
Konia nie widziałam, a zastanawiam się, jak jej pomóc, pomyślałam dziwnie rozbawiona tym faktem.
- Wiktoria? - usłyszałam głos nauczycielki. Znów wszyscy się we mnie wpatrywali. Dyskretnie wsunęłam telefon do kieszeni. - Zadałam Ci pytanie.
~ Dwa ~ usłyszałam gdzieś z przodu.
- To dwa - posłuchałam kogoś z mojej klasy.
- Twoim zdaniem sinus kąta 60 stopni to dwa? Gratuluję. - mruknęła kpiąco. - Maj, rozumiem, że od dwóch miesięcy nie widziałaś szkoły. Ale czy ma mnie cokolwiek obchodzić, że do niczego się nie nadajesz i nawet z koniem sobie nie radzisz? Jeśli masz zaległości, choć już dawno powinnaś je nadrobić, to uważaj chociaż na bieżących lekcjach.
Po klasie rozległ się dźwięk tłumionego chichotu.
A ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie zdziwiło mnie, że wiedziała o wypadku. Podobno jeszcze tydzień po naszym upadku mówili o tym we wszystkich mass mediach. Dobrze, że byłam wtedy nieprzytomna.
Później mogłam sobie darować szukanie pomocy w internecie. Każde kolejne pytanie kierowano do mnie, do tego dwa razu musiałam pójść do tablicy.
Dzwonek brzmiał jak wybawienie. Chociaż zanim się spakowałam i dokuśtykałam do ławki na korytarzu, minęło pół przerwy. Znów poczułam się samotna. Nawet Ania, która wcześniej rozmawiała tylko z nami, teraz siedziała z grupą dziewczyn z mojej klasy, naprzeciwko mnie. Przywołałam ją gestem. Wstała niechętnie i podeszła do mnie.
- Aniu, nie chcesz ze mną porozmawiać? Dawno się nie widziałyśmy.
- Widzisz... Może później? Właśnie rozmawiałyśmy o imprezie u Amandy. Jestem ciekawa, jak się dziewczyny poubierają - chciała odejść, ale się zawahała. - Szkoda, że nie możesz przyjść.
Ach tak, przecież mam połamaną nogę, pomyślałam odprowadzając Ankę wzrokiem. Och... Wróżę kłopoty..., zobaczyłam Amandę idącą w moim kierunku.
-Wikuś, i jak tam zdrowie?! - zawołała, siadając koło mnie. Dagmara usiadła przy moim drugim boku. - Wybacz, że nie zapraszam Cię na moją domówkę, ale wiesz jak jest... Z nogą w gipsie nie sposób tańczyć. A szkoda - zacmokała w irytujący sposób. - Mam zamiar zaprosić Izabelę i waszych kolegów z... - zrobiła znaczącą pauzę - Equilandu.
- Może jednak - wtrąciła się Dagmara, wyrywając mi kulę i bawiąc się, wymachując nią nad głową - jeździectwo zostawisz tym, którzy się na tym znają. Umiesz chyba tylko... Nie, jednak nic nie umiesz.
- Widziałyśmy tą waszą chabetę - kontynuowała Amanda. - To zwierzę było nienormalne jeszcze kiedy ja się nim zajmowałam. Ale to, co ty z tym koniem zrobiłaś... Brawo! Ja tak bym nie umiała.
Obie wybuchnęły szyderczym śmiechem. Dagmara rzuciła moją kulę na podłogę, bo właśnie zadzwonił dzwonek obwieszczający kolejną lekcję matematyki, i obie odeszły.
gify konie
Kochani, nie oszukujmy się - wiedzieliście, że Dasha przeżyje ;) Wiem, bywam niereformowalna. Ale nie po to zaczynam od nowa z Dashą, żeby ją od razu zabić po pierwszym rozdziale xD A ja znów mam problemy z przysłowiowym "laniem wody". Rozdział miał być dłuższy niż... niż jest :/ Ale nie chciałam w nim jeszcze pokazywać Dashy, a nie miałam pomysłu o czym pisać.
Edit:
Pierwotna wersja miała być bez scenki w szkole, która... no, jednak trochę mi zajęła. ;)

sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 66 [Prolog]

Od razu mówię, że jednak polecam przeczytanie tego prologu. Może on przypominać epilog sezonu 1-go, ale pozmieniam wiele w różnych miejscach, nie tylko wstawka na początku i zmiana zakończenia ;P A poza tym minął niemal rok od zakończenia sezonu nr 1. Na pewno odświeżenie pewnych faktów nie zaszkodzi ;)

~Wiki~

 - Wika, obudź się - coś mnie trąciło w ramię. Zignorowałam to. - Wiktorio, wstawaj! - krzyk był nie do zniesienia.
Gwałtownie przeturlałam się na bok i poczułam, że lecę. Chwilę potem uderzyłam w coś twardego. Jęknęłam przeciągle, otwierając oczy. Leżałam na podłodze, a nade mną rozciągała się miękka kanapa ze schroniskowej siodlarni. Przetarłam oczy. W głowie mi szumiało, widziałam podwójnie. Czułam się, jakbym dostała czymś w głowę. Pamiętałam tylko to, jak Bartek mi się oświadczył, a Iza... skoczyła z urwiska. Zamrugałam przeganiając zaćmę sprzed oczu i zachłysnęłam się. Przede mną stał... Robert! 
- Ty żyjesz - sapnęłam. - Chciałam się mu rzucić na szyję, ale zakręciło mi się w głowie i zostałam na miejscu.
Robert otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi od siodlarni otworzyły się na oścież. Zobaczyłam moją przyjaciółkę, trzymającą za wodze karą klacz.
- IZA! - krzyknęłam na cały głos. Klacz zastrzygła uszami. - DASHA!!!
Poderwałam się z miejsca nie zważając na zawroty głowy i skoczyłam klaczy na szyję. Wtuliłam twarz w aksamitną grzywę.
- Wiki, dobrze się czujesz? - spytał Robert bez cienia cynizmu. W jego głosie słyszałam łagodną troskę.
- Teraz tak - szepnęłam, kiedy miękkie, czarne chrapy łaskotały mnie po szyi. Serce biło mi tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. - Miałam... sen. Chyba. Myślałam, że wy... Wszyscy zginęliście. To znaczy Dasha zginęła na zawodach, ja uciekłam, nie jeździłam konno. Miałam dwójkę dzieci z człowiekiem, który nienawidził koni. Kiedy wróciłam Ty, Robercie nie żyłeś. Bartek prowadził schronisko, które zmienił w luksusową stajnię, a Jakub był frajerem i sukinsynem. Zdradził Izę, a potem zrobił jej dziecko. Ją zwolnili z pracy, bo pracowała w angielskiej stadninie i skoczyła z przepaści razem z ukochanym koniem, którego chcieli oddać pod nóż... - Mówiłam tak szybko, że aż brakło mi tchu. 
Kiedy skończyłam wpatrywałam się w Roberta, ciekawa jego reakcji. Mężczyzna uśmiechnął się pobłażliwie. 
- To by wyjaśniało, czemu przez ostatnie pięć minut snu darłaś się jak opętana. Ale to tylko sen. Kazałem Izie osiodłać Dashę. Może wybierzecie się na przejażdżkę, zanim wrócisz do treningów? Niedługo mistrzostwa.
- Ale Dasha zginie! Nie wystartuję w nich.
Robert położył mi ręce na ramionach.
- To... tylko... sen... - odrzekł spokojnie. - No idź. I baw się dobrze. Wystraszyłaś nas wszystkich tym nagłym omdleniem.
Nie dałam się uspokoić, ale musiałam chociaż zachować pozory. Uśmiechnęłam się przekonywająco i poszłam za przyjaciółką.
gify konie
   Iza była równie wściekła jak ja, kiedy jej powiedziałam o Dashy. Potem pogodziłyśmy się z tą myślą. A mi było łatwiej zrozumieć, czemu omal nie zginęłam podczas pierwszego spotkania z klaczą, skoro chciałam tylko jej pomóc. Niestety nie mogłam odgonić od siebie myśli, że powinna zginąć. I to wiele tygodni wcześniej nim tu trafiła. Jednak teraz nas kochała, a to było najważniejsze.
  Wielkie zawody zbliżały się dużymi krokami. Co dzień trenowałam po trzy godziny na parkurze. Musiałyśmy być najlepsze. I byłyśmy. Iza wydawała się zła, bo nie mogła jeździć na Dashy tyle, ile by chciała. Na moje treningi składały się trzy jednogodzinne jazdy, między którymi robiłyśmy godzinną przerwę. Po ostatniej partii Dasha też musiała odpocząć. Tak więc przez 6 godzin nikt nie mógł jej dosiadać oprócz mnie, a potem zazwyczaj jechałyśmy do domu. Nawet wcześniej, bo nie musiałyśmy czekać aż odpocznie po treningu.
-Najeździsz się na niej do woli po zawodach- pocieszałam przyjaciółkę. 
Chociaż sama miałam wątpliwości. Robert nie chciał słyszeć o mojej rezygnacji z powodu snu. A ja bałam się, że obrócimy to w rzeczywistość.
-Uhm- przytaknęła.- Wiem o tym. Ćwicz spokojnie, Wiki.
Jej głos brzmiał radośnie, ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że stwarzał tylko takie pozory. W końcu oprócz jazdy pozostawało coś jeszcze. W ogóle nie miałam czasu na nic związanego z pracą w Equilandzie. Izabela harowała jak jakiś parobek. Obrabiała konie, czyściła je, czasem dosiadała ich, żeby się rozruszały, te bardziej chore prowadziła w ręku. Przeprowadzała też kilka lekcji jazdy konnej dziennie. Robiła to wszystko kiedy ja, uśmiechnięta od ucha do ucha, śmigałam na parkurze na naszej ukochanej klaczy.
   Pewnego dnia Jakub zaprosił Izę na połowinki. Pamiętałam, że w śnie ucieszyła mnie ta wiadomość. Teraz jednak bałam się o nią. Wolałam, żeby zbytnio się do niego nie zbliżała. A co, jeśli faktycznie zobaczy go całującego się z inną? Nie mogłam do tego dopuścić. 
-Zamierzasz pójść?- spytałam ostrożnie.
-Chciałam, ale kto się zajmie tym wszystkim, jeśli mnie nie będzie? Może ty z nim idź?
Te słowa, pozornie wypowiedziane bez zastanowienia i nuty złośliwości, bardzo mnie zabolały. Nie wiem, czy powiedziała to specjalnie, ale zabrzmiało to dla mnie tak: ,,Nie mogę pójść z Kubą na bal, bo beze mnie sobie rady nie dadzą, za to ty już od dawna jesteś zbędna, więc z czystym sumieniem możesz pójść." Wiedziałam, że coś jej się od życia na leży.
To tylko sen..., pomyślałam. Nic jej nie będzie.
-Izz- rzekłam spokojnie.- Niczym się nie martw. Zrobimy sobie wtedy, ja oraz Dasha, dzień wolny od treningów. Ona odzyska siły, a ja zajmę się wszystkim.
Mruknęła coś bez przekonania, ale przyjęła zaproszenie przyjaciela.
gify konie
---3 miesiące później---
   Wreszcie nadszedł dzień zawodów. Rano całym sercem chciałam dosiąść Dashy, żeby jeszcze poskakać, ale rozum odrzucił tą chęć. Ćwiczyłyśmy przez ostatnie pół roku; teraz powinna jak najbardziej odpocząć. Miejsce zawodów było jakieś cztery godziny spokojnej jazdy samochodem od Equilandu. Zawody zaczynały się o piętnastej. Moi rodzice wyjechali już o dziewiątej. My postanowiłyśmy zostać z Robertem i chłopakami i wyjechać razem z nimi.
-Długo jeszcze?- spytałam zdenerwowana.- Jest za dziesięć jedenasta. Zamierzacie wyjechać o piętnastej? - wciąż miałam na uwadze, że to przez spóźnienie zginęła Dasha i nastąpiły wszystkie komplikacje.- Nie dość, że musimy tam dojechać, to jeszcze przydałoby się rozgrzać Dashę. I ją wyczyścić. Na przykład takie kopyta. Z ubłoconymi nie pojedziemy, bo jeszcze się poślizgnie i... możemy mieć wypadek.
-Dziewczyny!- Robert zacisnął ręce na ogrodzeniu, koło którego staliśmy. Spojrzał w ziemię i odetchnął głęboko.- Zdążymy. Ale błagam was, nie utrudniajcie tego. Nie możemy zostawić siedemnastu koni ot tak, na kilka albo kilkanaście godzin. Musimy tu wszystko ogarnąć oraz poczekać na pana leśniczego, który obiecał doglądać tego wszystkiego. Jeśli chcecie pomóc już teraz oporządźcie Dashę, a potem zapakujcie ją do przyczepy.
Wykonałyśmy polecenie. Było jednak już dwadzieścia po jedenastej, gdy wreszcie wyjechaliśmy. Zadzwoniłam do rodziców i powiedziałam, żeby odebrali mi numerek jak dojadą.
Nasza przyczepa była doczepiana do samochodu osobowego, dzięki czemu mogliśmy jechać w jednym aucie.
gify konie
-Znowu się zaczyna- szepnął Robert. Zdawał się mówić bardziej do siebie.- Mam deja vi, ale oby nie skończyło się to tak, jak ostatnio.
-Wiozłeś kiedyś innych wolontariuszy na zawody i coś się stało?- spytałam.
Chyba dopiero teraz dotarło do niego, że to słyszeliśmy.
-Nie do końca- pośpieszył z wyjaśnieniami Bartosz.
-Bartek...- rzucił Robert ostrzegawczo.
-No co? Tato, one mają prawo wiedzieć. A zbyt długo trzymaliśmy to w tajemnicy. Powiesz im, czy ja mam to zrobić?
-Mów- mruknął mężczyzna.
-Jak wiecie- zaczął Bartek- schronisko jest tu dopiero od niedawna.Wcześniej mieliśmy stadninę na mazurach. I naszego wspaniałego konia Demona...- Przez chwilę się zamyślił.- Wszyscy wołali na niego Demo. Był naprawdę przepiękny... Nawet nie rasowy, ale piękny. O ile dobrze pamiętam matka była oldenburką, a ojciec folblutem. Sierść Demo była jasnobrązowa, wręcz rudawa- jak u kasztana, a grzywa kruczoczarna.
-Bartoszu, do rzeczy- mruknął Kuba.
-Nie przerywaj mu- zaprotestowała Iza.
-Nie, on ma rację- Bartosz potrząsnął głową, przeganiając stare wspomnienia.- A więc Demon, wbrew imieniu był niezwykle spokojnym, ułożonym koniem. Tata startował na nim w tych zawodach co ty, Wiki, teraz.
-I przegrał- dokończyła Iza.
-Ależ nie.- Tym razem odezwał się Robert.- Zająłem pierwsze miejsce.-Zaniemówiłyśmy, a on kontynuował:- Myślicie, że do sukcesu jest potrzebny rodowód? Oczywiście, że nie. Nawet Dasha nie musi być stu procentowym hanowerem, a jak skacze.
-Amanda nie kupiłaby nierasowego konia- wtrąciłam.
-Amanda?
Zapomniałam, że tylko Izie powiedziałam, co usłyszałam tamtego pamiętnego dnia. Nie zwierzyłam się nawet Bartkowi, który ostatecznie widział jak mdleję, ale nie wiedział czemu. Opowiedziałam im wszystko. Robert pokręcił tylko głową smutny, wściekły, zażenowany- tego nie wiedziałam. Widział jaka była Dasha. Był też przy tym, gdy omal mnie nie zabiła. Nic dziwnego, że odjęło mu mowę.
Potem opowieść kontynuował
-Demon stał się bardzo sławnym koniem. Ludzie z całej Polski przyjeżdżali, żeby go zobaczyć, a nawet na nim pojeździć. Był tak popularnym i... dobrym koniem, że braliśmy sto złotych za godzinę jazdy na nim. I to był błąd. Na zbyt wiele pozwoliliśmy ludziom. Domo stał się rozdrażniony, niecierpliwy. Raz, gdy Bartek spróbował na nim pojeździć, ledwo uszedł z życiem. Nasz skokowy misiek stał się godny swego imienia. To, co on robił, było nie do opisania. Wyobraźcie sobie Dashę. Tyle, że od niej wszyscy trzymali się z daleka. Demon nie miał okazji siedzieć w samotności, nie niepokojony przez nikogo. Tak jak mówiłem, Bartek raz miał z nim problemy. Demuś zafundował mu rodeo, a gdy jeździec leżał na ziemi, koń stał nad nim wymachując kopytami. Nikogo nie było w pobliżu. Bartek miał nad tobą, Wiki, tą przewagę, że nie był w kącie. Leżał na środku ujeżdżalni, ze wszystkich stron miał wolną przestrzeń. Udało mu się przeturlać parę metrów i wydostać z ujeżdżalni. Po tym wypadku skończyliśmy z prowadzeniem jazd na Demonie. Ale ludzie wciąż przychodzili. Chcieli robić mu zdjęcia, czasem rzucali w niego kamieniami, żeby pokazał się z innej strony lub poszedł tam, gdzie chcieli. Nie udało nam się do końca nad tym zapanować. Pewnego dnia poszła do niego nasza młodsza siostra Asia, cztery lata młodsza ode mnie. Miała wtedy dziesięć lat.
Sekundę wcześniej kichnęłam, jednak po wzmiance o ich siostrze, o której nigdy nie słyszałam wstrzymałam oddech i odwróciłam głowę, by spojrzeć na Jakuba. On uśmiechnął się smutno.
-Mówiliśmy się, żeby do niego nie podchodziła- kontynuował- ale tak kochała konie... Chciała mu pomóc.- Pociągnął nosem.- Demon potraktował ją tak jak Bartosza, ale nie musiał jej zrzucać ze swojego grzbietu, Aśka nie zamierzała go dosiąść. Stała na ziemi, gdy on ją zaatakował... Bartku?- Jakub nalegał, by to brat skończył opowieść.
-Kuba był jeszcze w szkole- oznajmił sucho Bartosz. Ja wiedziałam, że to wyznanie przychodzi mu z trudem.- Ja wróciłem wtedy wcześniej. Aśka została w domu, bo była przeziębiona, mama była w pracy, tata pojechał po nowego konia. Bo oprócz Demona w naszej stadninie na trzydzieści koni mieliśmy ich jeszcze dwadzieścia. Ale do rzeczy. Zobaczyłem Joankę w chwili, gdy stała pod górującym nad nią ogierem.  Krzyknąłem i rzuciłem się w tamtą stronę. Aśka spojrzała na mnie, w tym momencie Demon ją kopnął w głowę. Miałem do przebiegnięcia kawałek podwórka i część padoku, plus ogrodzenie do przeskoczenia między nimi. Kiedy dobiegłem Demon opuścił już przednie nogi... na mojej siostrze. Złamał jej parę żeber, ale zginęła już od kopniaka w głowę.- Głos mu się załamał.- Spóźniłem się...
-To nie była twoja wina- odpowiedział Rob szybko.- To ja ją zostawiłem. Kamila, moja żona, była wściekła. Wydawało mi się, że nawet nie zapłakała po śmierci córki, a od razu myślała co zrobić z tym wszystkim. Oczywiście ją to dotknęło najbardziej. Już znalazła kupca na całą stajnię ze wszystkimi końmi, kiedy powiedziałem, że nie mam zamiaru tego zostawiać. Zwyzywała mnie od najgorszych, chciała wyprowadzić się razem z chłopcami. Ale oni nie chcieli. To znaczy Bartek był zbyt wstrząśnięty, by sam mógł decydować. Widział w końcu jak ukochany koń zabija jego jedyną siostrę. Chciał iść tam, gdzie brat. A Jakub nie mógł żyć bez koni. Tak więc Kamila odgrażając się odeszła sama. Jednak nam było tu żyć trudniej niż przypuszczaliśmy. Postanowiłem sprzedać stajnię, wyjechać gdzie indziej. Demonowi już nic nie mogło pomóc. Musieliśmy go uśpić. Widziałem jak ta bestia, która zabrała mi córkę i omal nie zabiła syna, zasypia spokojnie. Wtedy stwierdziłem, że w takich wypadkach uśpienie jest bardziej humanitarne niż pozostawienie konia przy życiu. To pewnie wyjaśnia wam, czemu byłem taki wściekły, kiedy zbliżyłyście się do Dashy zanim was zaakceptowała i dlaczego tak bardzo chciałem ją uśpić. To drugie jeszcze rozwinę. Niedługo przed waszym przybyciem Bartosz próbował z nią pracować. Pewny swych możliwości wpakował się jej na grzbiet. Skończył tak jak po przejażdżce na Demonie. Ale gdyby mnie tam nie było, dołączyłby do Joanny. Bez wątpienia uratowałyście Dashę, ale najbardziej ryzykownym sposobem. A jeszcze wcześniej, bo tego nie powiedziałem, po sprzedaży naszej stadniny wyjechaliśmy tutaj, niemal przez przekątną kraju i zbudowaliśmy Equiland. Pomysł na schronisko wziął się właśnie od Demona. Chcieliśmy ratować konie. Dasha była jednym z pierwszych naszych koni. Kiedy braliśmy ją z rzeźni na szprycowali ją tyloma środkami usypiającymi, że sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. U nas ,,wytrzeźwiała" i zaczęła szaleć. Resztę już znacie. Po prostu od tej pory nie startuję w zawodach. Swoje umiejętności wykorzystuję w pracy z końmi, ale nigdy publicznie. Nawet teraz, gdy Equiland przypomina bardziej szkółkę jeździecką niż schronisko, zajmuję się finansami, a to chłopcy prowadzą jazdy.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Kto by pomyślał? Robert miał córkę, która zginęła przez konia, a mimo to miłość do koni zwyciężyła. Dziwne, że zgodził się zostać synom. Sam mógł chcieć zostać z końmi, ale Bartek już parę razy omal nie zginął, nie wiem jak z Jakubem. Miałam zamiar powiedzieć to głośno, ale mogłoby to zabrzmieć oskarżycielsko, a nie chciałam nikogo urazić. Nie musiałam się z Izą porozumiewać słowami, by obiecać sobie, że nie wrócimy nigdy do tematu.
Dalej zastanawiałam się nad moim snem. Łatwo było się domyślić, co jest fałszem. Cały ten sen, czy może raczej koszmar, był bardzo niejasny. Ja na pewno nie patrzyłabym tylko na swoje dobro. Przyjęłam zaręczyny dzień po rozstaniu z mężem, nie mając nawet rozwodu i nie pytając o zdanie moich dużych już dzieci. A Iza? Na pewno zabiłaby siebie, nienarodzone dziecko i ukochanego konia. Konia, który nie przestraszył się jadącego obok głośnego motocykla. Uśmiechnęłam się pod nosem.
To jednak nie ma sensu, pomyślałam. Musze po prostu o tym zapomnieć.
gify konie
Szybciej, szybciej, powtarzałam w myślach. Mieliśmy jeszcze pół godziny do rozpoczęcia zawodów, a do przejechania zostało nam z dziesięć kilometrów. Zdążymy, pocieszyłam się. Wtedy jak na złość usłyszeliśmy trąbienie. Spojrzałam przed siebie i jęknęłam na widok kilometrowego korka.
-Cholera- mruknęłam.
-Delikatnie powiedziane- odpowiedział Robert. Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego zirytowanego. No, może tylko wtedy, kiedy ponaglałyśmy go przed wyjazdem.
Chciałam powiedzieć, że już byśmy byli na miejscu, gdyby mnie posłuchał, wolałam jednak bardziej go nie denerwować
-Otwórz przyczepę- poleciła Iza
-Że co?- spojrzał na nią zaskoczony. Siedziała na przednim siedzeniu, więc nie było to trudne.
-Pojedziemy na Dashy. 
Iza czytała mi w myślach. Sama chciałam to zaproponować, ale trzymałam język za zębami. 
Nie mogę do tego dopuścić. O nie...
-Chcesz jechać po betonie między samochodami?
-Nie do końca. Obok drogi jest las. Pojadę z Wiką na Dashy. Tak będzie szybciej.
-Obiecałem waszym rodzicom, że przyjedziecie całe i zdrowe. Zabiją mnie, jeśli coś wam się stanie- Robert przejechał parę metrów, gdy korek się ruszył, po czym znów stanął.
-Obiecałeś też, że przywieziesz nas tam na czas- przypomniała mu, otwierając drzwi.
-A jeśli zabłądzicie?
-Trafimy- uśmiechnęła się Iza przekonująco.
-Ehh- Robert podał mi kluczyk od przyczepy.- Wejdźcie do niej i ją osiodłajcie. Nie mamy czasu ani możliwości zatrzymywać się na długo. Więc wyprowadzicie ją, jak będzie gotowa.
-Nie - mruknęłam.
-Że co? - oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- Wszędzie jest pełno błota, a my naprawdę nie znamy drogi. Błądząc w lesie na pewno nie zdążymy.
Po długiej kłótni z Izą, siłą, mając wsparcie Roberta, przekonałam ją, żebyśmy zostały.
gify konie
Korek ciągnął się niemiłosiernie, a ja zagryzłam zęby. W końcu w głowie zaczęły kłębić mi się myśli, że może dobrze będzie, jeśli nie zdążymy. Na początku przecież w ogóle nie chciałam startować w zawodach. Widać w tym cały sens. Jeśli chcę zmienić przyszłość, co mi się zaczęło udawać, nie mogę wziąć w nich udziału. Pozostawała jeszcze jedna bardzo ważna kwestia- czy mój sen rzeczywiście mówił o przyszłości, czy to zwykły koszmar, który może zniszczyć moje marzenia o mistrzostwach? 
Wreszcie usłyszałyśmy dźwięki dobiegające ze stadniny, do której jechaliśmy.
-Jesteście!- krzyknęła mama.- Co tak długo?
-Późno wyjechaliśmy, a potem był korek- odpowiedziałam, wyprowadzając Dashę w przyczepy.
-Masz jedynkę, zaraz jedziesz- poinformowała mnie.
-Co?!- nawet zapomniałam poprawić ją, że nie JA jadę, lecz MY. Nie lubię, jak ktoś zapomina o koniach, których dosiadają zawodnicy.- Nie możemy! Dasha nie jest gotowa.
-Było wcześniej wyjechać- wtrącił tata.
-Chciałam- warknęłam.
= Na parkur zapraszamy Wiktorię na klaczy hanowerskiej o imieniu Dasha = oznajmił głos z głośników.
Jęknęłam cicho. Kopyta Dashy były wcale nie w lepszym stanie niż gdybyśmy jechały przez las. Rzuciłam okiem na ogłowie, by wiedzieć, że wszystko z nim w porządku. Zapięłam jeszcze popręg o jedną dziurkę więcej, wcześniej nie miałyśmy czasu go podciągnąć. Potem wskoczyłam na siodło. Kłusem wjechałyśmy na maneż. Rzuciłam na niego okiem. Ujeżdżalnia była trawiasta, odkryta. Trawa wyglądała na mokrą po deszczach, których ostatnio w okolicy nie brakowało. Wiedziałam o tym już w lesie, kiedy miejscami błoto sięgało Dashy do kolan. Co prawda obok była hala, do której byśmy się przenieśli, gdyby padało. Ale nikt teraz nie czuł takiej konieczności, w końcu świeciło słońce. Trawa wyglądała na śliską. Jeszcze z kopytami dokładnie wyrównanymi przez błoto, które zostało na nich jeszcze z poprzedniego dnia... Nie widziałam ich od spodu, ale założę się, że ,,system antypoślizgowy" Dashy właśnie uległ awarii.
Dlaczego nie wyczyściłyśmy jej przed wyjazdem, pomyślałam niepocieszona.
Zaczęłyśmy spokojnie, ale moje obawy się potwierdziły. Ledwie udawało mi się kierować klaczą. Za bardzo przyspieszała, skręcanie przychodziło nam z trudem. Czułam, że zaczyna panikować.
-Spokojnie- poklepałam gorącą czarną szyję.- Uda nam się. Zaufaj mi.
Chyba najpierw ja powinnam zaufać jej..., pomyślałam. Dasha była wspaniałą klaczą, ja jednak trzymałam ją krótko, szarpałam wodze i serce waliło mi za każdym razem, gdy minimalnie przyspieszyła bądź się potknęła. Ona wie, co robi. Nie skrzywdzi mnie
   Już prawie skończyłyśmy przejazd. Zostały tylko dwie przeszkody. Wszystkie inne pokonałyśmy bezbłędnie. Teraz dojeżdżałyśmy do oksera. Miał wysokość około półtora metra i długość jednego metra. Kazałam Dashy zagalopować.
W końcu stwierdziłam, że za bardzo się rozpędziłyśmy. Klacz z każdą sekundą bardziej wyciągała chód. W końcu przejdziemy do cwału. Ściągnęłam wodze, Kara wydała się tego nie zauważyć. Z całej siły wywarłam nacisk na jej zad. Miałam nadzieję, że to ją spowolni. Zamiast tego przysiadła na zadzie, nie dotykając nim ziemi i jadąc na kopytach jak na łyżwach. Ogarnęła mnie panika. Dystans dzielący nas od oksera niebezpiecznie malał. Powinnam zachować zimną krew, uspokoić Dashę, ale nie mogłam. Pozostawała jeszcze jedna opcja. Mogłam ewakuować się z siodła, lądując na bezpiecznej trawie. Ale nie byłabym sobą, gdybym zostawiła Dashę. Siedząc na niej w każdej chwili mogę coś zrobić... Gdyby tylko się dało... Cóż, jak będzie okazja, na pewno jej pomogę. Gdybym ją zostawiła... nie chcę myśleć, co by się stało. Kapitan idzie na dno ze statkiem, pomyślałam, a jeździec upada razem z koniem. Kolejną sekundę później już nie miałam tej możliwości. Klacz potknęła się, a noga utkwiła mi głęboko w strzemieniu. Nie miałam ani siły, ani czasu jej wydostawać. Każda normalna osoba pomyślałaby, że błaźni się przed całą Polską albo chociaż że cały kraj patrzy. Mi nawet nie przyszło to do głowy. Wiedziałam tylko, że widzą mnie rodzice, Iza, Robert, Bartek z Kubą, którzy musieli się o mnie strasznie martwić; a pod sobą mam śmiertelnie przestraszonego konia. Nie dziwiła mnie jej reakcja. Sama nie bałam się tak bardzo nawet wtedy, gdy dawno temu galopowała na mnie wściekła kara hanowerka. Od przeszkody dzieliło nas co najwyżej półtora metra, gdy Dasha skoczyła. Cóż to był za skok! Przez chwilę myślałam, że przeskoczy te trzy i pół metra, lądując po drugiej stronie oksera. Ale żaden koń nie był do tego zdolny, pomijając te najlepsze konie w historii. Jednak los chciał, żeby wylądowała w środku przeszkody. Gdyby upadła na grzbiet, zabiłaby mnie na miejscu. Zginęłabym jak nic przygnieciona z jednej strony twardymi, nierównymi drągami, a z drugiej- półtonowym koniem. Ona jednak postanowiła mnie chronić. Zdecydowała się na o wiele bardziej niebezpieczną sztuczkę. Niebezpieczną dla niej... Stanęła pionowo na przednich kopytach między zrzuconymi drągami. Zauważyłam, że jedną nogę postawiła na drągu. Widać nie trzymała ciężaru nas dwóch lub po prostu resztki oksera jej nie pozwoliły wytrwać w tej pozycji, bo przednie nogi ugięły się pod nią. Wylądowała najpierw na głowie, potem całą siłą przewróciła się na bok, by nie upaść na grzbiet. Uderzyłam głową w toczku o drąg. Z przygniecionej przez Dashę lewej nogi eksplodował koszmarny ból. Prawa ręka zacisnęła mi się na wodzach. Lewą opuściłam trochę niżej, jej palcami pogładziłam gorącą szyję przyjaciółki. Przed oczami widniała ciemność, w uszach mi dzwoniło, z całej siły zacisnęłam zęby broniąc się przed bólem z nogi. Życie ze mnie uciekało. Próbowałam uciec przed tym wszystkim. Tracąc przytomność nie mogłam pozbyć się myśli, że Dasha właśnie uratowała mi życie...
gify konie
Wiem, wybrałam najbardziej przewidywalną wersję, ale nie mogłam wymyślić nic innego xd
Wyjaśniłam też, dlaczego Epilog był taki... jaki był. Niejasny, krótki. I teraz zaczynamy od początku ;) Wycięłam stąd tą część ze szpitalem, bo... po prostu nie mam tego jeszcze dopracowanego. Stwierdziłam, że zakończenie w takim momencie będzie idealne :)
Zapraszam na nowego bloga, którego założyłam z Nikki:
http://horse-tips-for-you.blogspot.com/
Nie jest opowiadaniowy, ale mamy nadzieję, że się spodoba ;)

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Rozdział 65 [EPILOG]

,,Straszną jest rzeczą, kiedy dusza zmęczy się życiem szybciej niż ciało." - Marek Aureliusz

~Wiki~

Oczywiste dla mnie było, że koniem, którego kupimy będzie Highway. Bartosz zaskoczył mnie, kiedy zaoferował, że odda mi go za darmo. Nie wypadało się nie zgodzić.
Następnego dnia, kiedy Magda i Rafał czyścili Higha, Bartek odciągnął mnie na bok. Poszliśmy do siodlarni, zamknął za nami drzwi. Klęknął.
- Co ty robisz? - spytałam speszona.
- Wiktorio... czy spełnisz moje życiowe marzenie i zostaniesz moją żoną?
Wpatrywałam się w niego chwilę, ale od początku znałam odpowiedź.
- Tak! - krzyknęłam, rzucając się mu na szyję.

~Harry~

Byłem wściekły na Izę. Pojechała do Polski na pogrzeb babci. Na pogrzeb! A wróciła z dzieckiem, w dodatku nie moim. Związek powinien opierać się na zaufaniu. Jak mógłbym jej jeszcze kiedyś zaufać? Może wybaczę, ale nigdy nie zapomnę. Zastanawiałem się, co zrobić ze swoim życiem. Oczywiste było, że będziemy się spotykać niemal codziennie w pracy. Kochałem konie. Jeśli ktoś miał zrezygnować z pracy to właśnie Iza. Przede wszystkim nasza stadnina była bardziej ujeżdżeniowa. A Iza wolała skoki. Nie mieliśmy w stajni nawet dobrych koni do skoków. Więc ja się bardziej nadawałem. Z drugiej strony przychodziłem do tej stadniny od dziecka, to w niej nauczyłem się jeździć.
Wtedy przyszedł mi do głowy świetny pomysł. Jeśli porozmawiam z szefostwem, może ją zwolnią. Mój tata był dobrym przyjacielem szefa. Powinien mnie posłuchać.

~Iza~

Cóż miałam zrobić? Byłam w potrzasku. Nie widziałam z niego wyjścia. Miałam zamiar pójść do narzeczonego i błagać go o wybaczenie. Ale czy się zgodzi? Wiedział też pewnie, że chciałam z premedytacją go okłamać. Musiałam zrozpaczona stwierdzić, że tak było. Gdyby Harry był w pełni zdrowy, wmówiłabym mu, że to jego dziecko. Jakub to palant. W ogóle go nie obchodziłam. Bogaty gnojek, którego kiedyś nawet lubiłam. Próbowałam sobie przypomnieć tego samego chłopca, który niegdyś pracował w schronisku dla koni. Miły, sympatyczny, pomocny, zaangażowany w pracę ze zwierzętami. Nie wiem dlaczego, ale podobał mi się bardziej niż Bartek.
Jeśli nie wiesz o co chodzi, pomyślałam, musi chodzić o pieniądze. Cały świat się teraz na nich opierał. Bartek miał w spadku dostać całą stadninę. Jakub odszedł praktycznie z niczym. Ale nie chciał... Dobrowolnie odszedł ze stadniny. Zamierzał podbić cały świat, mało go obchodziło dożywotnie zbieranie gnoju i ujeżdżanie pół dzikich koni.
Odetchnęłam głęboko, wyjeżdżając samochodem z garażu. Do jutra trwał mój urlop, ale czułam potrzebę spotkać się z końmi. Wiedziałam, że jedno spojrzenie końskich oczu da mi ulgę w problemach.
Po drodze minęłam samochód Harry'ego. Wyglądało na to, że właśnie wracał ze stadniny. Zmusiłam się, by odwrócić wzrok.
gify konie
Dojechałam do stadniny. Wysiadłam z samochodu. Na parking minęłam szefa.
- Izabelo - powitał mnie krótko. - Nie masz jeszcze dziś urlopu?
- Stęskniłam się za końmi - odparłam. - Mogę wziąć Fire'a na  przejażdżkę?
- Jak konie wrócą z jazdy, czyli za jakieś 10 minut, będziemy karmić. Fire stoi w boksie i wolę, żeby przed jedzeniem nie wychodził.
Skinęłam głową. Postanowiłam przywitać się z moim ulubieńcem, a pojeździć jak odpocznie po jedzeniu.
Weszłam do stajni, a w budynku rozeszło się szczere rżenie. Konie, z których większość znała mnie od lat, cieszyły się, że wróciłam. Jednak z drugiego końca stajni roznosiło się nie tylko powitalne rżenie, ale też niecierpliwe uderzanie kopytami w ściany boksu. Zdecydowanym krokiem podążyłam w tamtą stronę.
- Hej, maleńki - powiedziałam, stając przed boksem Fire'a. Zanurzyłam palce w czarną jak noc grzywę ogiera.
Koń spojrzał na mnie i parsknął, dmuchając powietrzem w moją twarz.
Zachichotałam. Zręcznym ruchem odsunęłam zasuwę przy drzwiczkach i wsunęłam się do boksu. Wyjrzałam na korytarz. Chciałam wiedzieć, czy ktoś idzie. Wszędzie dookoła było pusto. Większość ludzi znajdowała się albo na czworoboku, albo w paszarni, przygotowując obiad dla koni. Mogłam więc zrobić to, na co miałam ochotę od wielu godzin. Wtuliłam twarz w grzywę ogiera i dałam ujście łzom. Koń skręcił łeb w moją stronę i skubnął mnie za włosy. Zaśmiałam się przez szloch. To konie zawsze poprawiały mi humor. Kiedyś wiedziałam, że jeśli będę miała umrzeć, to w siodle. Nie wiedziałam jeszcze jak. 
Zresztą... miałam dla kogo żyć, pomyślałam, odgarniając z czoła ogiera kosmyk grzywy.
Wytarłam oczy rękawem bluzki. Musiałam teraz wyglądać okropnie. Rozmazałam się, a Fire teraz też do najczystszych nie należał. Poszłam do łazienki, unikając ludzi jak ognia.
Umyłam twarz i wróciłam do stajni. Konie właśnie były skarmiane, więc postanowiłam nie przeszkadzać. Wyszłam przed stajnię, siadając na ławce i czekając cierpliwie.
- Wiktorio, musimy porozmawiać - powiedział szef, siadając obok mnie. - Zapraszam do mojego biura.
Wstaliśmy, a ja podążyłam w ślad za pracodawcą. 
- Przywitałaś się z tym karym ogierem? - spytał.
- Owszem. Ale nie wiem, po co mnie tu pan przyprowadził.
- Widzisz - odezwał się bardzo czystą angielszczyzną z wyraźnym brytyjskim akcentem - musimy poważnie porozmawiać.
- Tyle zrozumiałam - mruknęłam niezbyt sympatycznie.
- Długo zastanawiałem się, co mam zrobić z Fire'em...
- A co niby miałby pan z nim zrobić? - zaniepokoiłam się.
- Fire się do niczego nie nadaje. Słucha tylko ciebie. Nikt inny sobie z nim nie daje rady. To bestia, nie koń.
Poruszyłam się niespokojnie pod spojrzeniem mężczyzny.
- Przecież nigdzie się nie wybieram. Będę z nim już zawsze.
- Przykro mi. Od dziś tu nie pracujesz.
Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie cegłą w brzuch. Nie mogłam wydobyć z siebie słowa, ani nawet oddychać.
Właśnie mnie zwolnił..., sapnęłam zbita z pantałyku.
Patrzyłam na mojego BYŁEGO szefa, oczekując dalszych wyjaśnień. Gdy nie nadeszły, odważyłam się spytać:
- Co to oznacza dla Fire'a?
- Postanowiłem go sprzedać. Na rzeź.
Zakręciło mi się w głowie. Marzyłam, by teraz paść na ziemię i zginąć. Właśnie zawalił się cały mój świat. Straciłam polskich przyjaciół; narzeczonego, a co za tym idzie także dom, będący własnością Harry'ego; pracę; a teraz jeszcze najlepszego przyjaciela.
- Odkupię go. - Nic innego nie przyszło mi do głowy.
- Za co? Wiem, że nie masz pieniędzy. A poza tym już go sprzedałem. Handlarz przyjedzie po niego za godzinę. Gdybym teraz się wycofał, drooogo by nas to kosztowało - uśmiechnął się porozumiewawczo.
Miałam deja vi. Dawno temu też straciłam ukochanego konia. Co prawda później okazało się, że klacz o imieniu Broszka przeżyła. Ale my przez wiele miesięcy byłyśmy przekonane, że zginęła. Z tą różnicą, że Broszka była ciężko ranna, praktycznie nie mogła chodzić. A Fire... on był jak Dasha. Piękny, młody, zdrowy, w pełni sił... po prostu temperamentny. Co nie znaczy, że powinien cierpieć. Wtedy do głowy przyszedł mi pewien pomysł.
- Mogę się z nim pożegnać? - zapytałam nieśmiało.
- Masz kwadrans - odpowiedział szybko, gestem nakazując mi opuszczenie gabinetu.
Mój ex szef został w gabinecie, jego żony nie było tego dnia w stajni, a nikt inny nie wiedział, że właśnie straciłam pracę. Żadna z krzątających się po stajni osób nie zwróciła na mnie uwagi. Zignorowali to, że wzięłam siodło i ogłowie Fire'a, a następnie poszłam go siodłać.
Właśnie wyprowadzałam ogiera z boksu za przerzucone nad szyją wodze, kiedy na korytarzu stajni pojawił się ten sam człowiek, który piętnaście minut temu mnie zwolnił. Spojrzał na mnie osłupiały. Wskoczyłam na konia, nie zaprzątając sobie głowy strzemionami. Naprędce dałam łydkę do galopu, łapiąc przy tym wodze w obie ręce. Wszyscy uskakiwali przed rozpędzonym koniem. Wyjechaliśmy ze stajni. Przy okazji włożyłam nogi w zwisające po bokach konia strzemiona. Zrobiłam duży półsiad, cały czas poganiając konia. Po drodze minęłam mojego narzeczonego stojącego z motocyklem przed stajnią. Widocznie odstawił samochód i przyjechał swoim ścigaczem. Widząc mnie cwałującą przed siebie, wsiadł na pojazd i pojechał za nami. Wiedziałam, gdzie jedziemy. Wszystko miałam zaplanowane. Niestety nie wchodziło w grę zgubienie Harry'ego. Dotrzymywał nam tempa nawet w zaroślach, ciasnych przejazdach, czy kiedy trzeba było nad czymś przeskoczyć. Nic nie mówił, nawet gdy się zrównaliśmy. Tylko jechał koło nas. Może czekał, aż każę się zatrzymać koniowi?
Zatrzymałam go nad klifowym wybrzeżem. Klif był ogrodzony przez niewielkie, około metrowe ogrodzenie. Przeskoczylibyśmy je bez problemu. Wiedziałam, że teraz nie ma dla nas ratunku.
- Nie zbliżaj się - warknęłam, kiedy Harry zsiadł z pojazdu i postąpił krok ku nam. - Jeden ruch i oboje wpadniemy na skały.
- Nie rób tego, Iza - powiedział ostrożnie, cofając się o krok. - Przez swoją paranoję chcesz zabić też jego?
Prychnęłam rozbawiona. 
- Wyrzucili mnie z pracy a JEGO, chcą przerobić na kiełbasę. Harry... przepraszam - spuściłam wzrok, szykując się na nieuniknione. - Jaaa! - krzyknęłam, dając łydkę do galopu.
Modliłam się w myślach, żeby Fire tylko zechciał przeskoczyć. Zaufał mi bezgranicznie i wybił się nad ogrodzeniem.
gify konie
Tak oto skończyłam sezon :D Musiałam to teraz napisać. Miałam nagły przypływ weny. Najpewniej przyniosło mi ją myślenie o prologu 3-go sezonu, która mam obmyślany w najdrobniejszym calu :3
ŻYCZĘ OSTATNIM ROCZNIKOM GIMBAZY POWODZENIA NA EGZAMINACH! :D

niedziela, 20 kwietnia 2014

Happy Easter!

Aby był to czas uroczy,
Życzę miłej Wielkanocy.
Aby zdrowie dopisało
I jajeczko smakowało,
Aby szynka nie tuczyła,
Atmosfera była miła.
Niech tradycja wodę leje,
A zajączek niech się śmieje!

Życzę Wam, aby te święta były miłe, spędzone w gronie rodziny i przyjaciół. Żeby na stole nie brakowało placków i w ogóle jedzenia ;) No i mokrego dyngusa, kochani! 
Cóż, nie będę się dłużej rozpisywać. Ostatnio mi to nie wychodzi. 
Na zakończenie dam mój rysunek, stworzony wczoraj. Taki trochę nijaki, ale podoba mi się ;)


Rozdział 64

~Iza~

Wpatrywałam się w Harry'ego. A on we mnie. Długi czas żadne z nas nawet nie drgnęło. Wstrzymałam oddech w nadziei, że to wstrzyma czas, a może nawet go cofnie. Może, gdybym się poruszyła, cały urok by prysł i Harry wybiegłby z domu, zrywając zaręczyny i na zawsze znikając z mojego życia... Jednak nic nie trwa wiecznie. Harry wyprostował się, odchrząknął. Myślałam, że coś powie, ale się rozmyślił. Albo mnie tylko się wydawało. Ostatecznie spojrzał na mnie szklistymi oczami, odwrócił się na pięcie i wybiegł z domu, trzaskając drzwiami.
Ale ja byłam głupia, pomyślałam. Jedna, nic nieznacząca noc może mi zniszczyć życie...
Zupełnie pozbawiona sił ległam na łóżku.
Zastanawiałam się, co powinnam zrobić. A może najlepiej będzie, jeśli wrócę do Polski? Bez Harry'ego nie wiem, co tu zrobię.
Tak, stwierdziłam. Powiem Jakubowi, że będzie ojcem. Od niego zależy, co zrobi z tą wiedzą.
Znalazłam telefon i wybrałam numer Jakuba, który podał mi przed moim wyjazdem.
- Jakub Orlik, słucham?- odpowiedział mi ten sam sztuczny głos biznesmena, który wcześniej słyszałam wiele razy. - Halo? - powtórzył, gdy milczałam.
- Cześć - mruknęłam, zbierając w sobie wszystkie siły. - Tu Iza.
- Iza? Jaka znowu Iza?
- Izabela Swift.
- Aa, ta Iza. Tak, kotku, już się stęskniłaś? - Wręcz widziałam jego szelmowski uśmieszek. - Może zadzwonisz później, bo jestem... zajęty. - W tle usłyszałam kobiecy śmiech.
- Jestem w ciąży - wyrzuciłam z siebie.
Po drugiej stronie zapanowała niezręczna cisza. Sekundy ciągnęły się jak całe godziny. Kiedy w końcu Jakub odchrząknął i zmienionym, lecz tak samo nonszalanckim głosem powiedział:
- No i co? Gratuluję serdecznie, a teraz może idź poinformować ojca dziecka?
- TY jesteś ojcem.
Po drugiej stronie rozbrzmiał rubaszny śmiech. Kiedy umilkł, odezwał się po raz ostatni:
- Zabezpieczyłem się, nie, kotku? Skąd mam wiedzieć, czy się z innym nie puściłaś, a teraz chcesz tylko wyciągnąć ode mnie kasę?
Poczułam, jak mi zapłonęły policzki. Gdybyśmy rozmawiali w cztery oczy, uderzyłabym go pięścią w twarz. Brakło mi słów, nie wiedziałam, co powiedzieć. Ale otworzyłam usta, żeby się bronić. Wtedy w słuchawce rozbrzmiało tępe pikanie. Rozłączył się.
W złości rzuciłam telefonem o ścianę patrząc, jak rozbija się i w częściach opada na podłogę.

~Wiki~

Pojechałam na wskazany komisariat odebrać moje dziecko. Cieszyłam się, że tylko tak się to skończyło. Mogło być o wiele gorzej. Gdyby wyjechali za granicę... Magda nie zdołała by mu uciec i do mnie wrócić, a sam Dariusz... rozpłynąłby się bez śladu. Zastanawiałam się, z jakim ja człowiekiem żyłam przez ostatnie czternaście lat. Znałam go tak długo, a jednak... nie znałam w ogóle.
Nienawidzę go, pomyślałam. Zaczęło się od śmierci Dashy, a skończyło na zniszczonym życiu. Przynajmniej moje dzieci muszą mieć lepiej.
- Dzień dobry - powiedziałam, wchodząc na komisariat policji. - Miałam przyjechać... Zatrzymano mojego męża próbującego wywieźć córkę za granicę.
- Tak, pamiętam - powiedział policjant. - Męża aresztowaliśmy. A córka jest tutaj - obejrzał się za siebie.
Podążyłam za jego spojrzeniem i zobaczyłam Magdę biegnącą w moim kierunku. Wpadła mi w ramiona i przytulałyśmy się chwilę.
- Oczywiście chce pani męża oskarżyć o próbę porwania dziecka bez pani zgody? - spytał po chwili policjant.
- Oczywiście - odparłam przez zaciśnięte zęby. - Chcę, żeby zgnił w więzieniu.
Dziesięć minut później siedziałyśmy w samochodzie. Rozmawiałyśmy o tym, co się ostatnio zdarzyło.
- Mamo - szepnęła Magda - jeśli nie chcesz, nie muszę jeździć konno. Nie chcę ci sprawiać przykrości...
- Daj spokój - zaśmiałam się. - Oczywiście, że chcę. Wręcz będziesz jeździć, nawet jeśli nie będziesz chciała. Kupuję nam konia. A twój tata już nam nie przeszkodzi.


gify konie
Wybaczcie, że piszę tak rzadko :( Ale... po prostu nie mam czasu. Liceum mnie dobija. Praktycznie co dzień praktycznie mamy jakiś test, kartkówkę... Jeśli trafi się jakiś luźny dzień, po szkole idę spać i nie wstaję do wieczora. O ile wreszcie wstawałam wypoczęta, po tej zmianie czasu jestem nieprzytomna :'( Ale powoli już liczę czas do wakacji. Zostało tylko 69 dni! :D W tym około z 50 do wystawienia ocen. A my mamy jeszcze matury w maju, więc pełno lekcji przepadnie. Uczymy się głównie do końca kwietnia, potem jakieś kartkóweczki w maju, a w czerwcu ostatnie poprawy.
A teraz do konkretów. DZIĘKI WAM ZA PONAD 16,5 TYS WEJŚĆ!!! :*
Aten sezon już się kończy. Jak dobrze pójdzie, następny rozdział będzie epilogiem. I liczę na to, że z nowym sezonem zacznę pisać z nową werwą i pomysłami ;)

piątek, 7 marca 2014

Rozdział 63

,,Gnać przez wzgórza na grzbiecie wspaniałego konia. Marząc, szukać miłości, do zachodu słońca. To sens życia, to apogeum istnienia."~ Danielle Steel "Palomino"

~Wiki~

Rafał, Magda, Dariusz... Myśli krążyły mi po głowie. Jedyne co czułam to bezsilność oraz tępy żal. Nienawidziłam mojego męża. Wiedziałam już, że nic nie naprawi naszego związku. Chciałam rozwodu, na pewno. Nie dam się udobruchać, nawet jeśli złość mu minie. Ale nie dam też zostawić się z niczym. Że niby on zabierze dzieci, połowę majątku, a ja zamieszkam w kawalerce z kotem? Nonsens. Wstałam i wybrałam telefon do Rafała. Syn odebrał.
- Gdzie jesteś?- spytałam.
~ No... u Kamila. Czy coś nie tak?~ odparł zaskoczony.
Kamil był młodszym bratem Angeliki- koleżanki Magdy. Moje dzieci miały być w tym samym domu, ale słysząc, że Magdy nie ma, całkiem zapomniałam o synu.
- Ojciec zabrał Magdę? - chłopiec przytaknął. - Co powiedział? 
~ Że ma do niej sprawę. Magda nie bardzo chciała iść, ale niemal na siłę wpakował ją do auta.
Na początku zdziwiło mnie, że rodzice Kamila i Angeliki nie zareagowali. Ale zaraz sobie przypomniałam dlaczego. Przecież wiedzą, że Dariusz jest moim mężem.
Dosyć tego!, pomyślałam. Nie pozwolę mu bezkarnie porywać Magdy. Pożegnałam się z Rafałkiem i poszłam na komisariat policji. Opisałam dokładnie, jak było. Powiedziałam o wieczornej awanturze oraz liście od męża, który odebrałam po powrocie z pracy. Policjanci potraktowali mnie bardzo sensownie. Przyznali rację, że żadne z rodziców nie może zabierać dziecka bez zgody drugiego, a po rozwodzie pierwszeństwo ma matka. Obiecali odnaleźć Dariusza i zadbać, by córka do mnie wróciła.
gify konie
Następnego dnia pojechałam do stajni. Musiałam jakoś odreagować. Wiedziałam, że Magdzie nie dzieje się krzywda, więc nie niepokoiłam się.
Wcześniej zadzwoniłam do Bartka, informując o moim przybyciu. Kiedy dojechałam on już trzymał dwa osiodłane konie- Goldie i siwego wałacha.
-Wybierasz się gdzieś? - spytałam.
-Owszem. A Ty jedziesz ze mną. I nie będzie cały czas stępa. Może nawet pojedziemy szybciej niż kłusem... Jeździsz tak jak kiedyś, musisz się po prostu odważyć.
Spuściłam wzrok. Na myśl o galopie coś ścisnęło mnie mocno za żołądek.
- Zrobię to - uniosłam głowę, uśmiechając się nieśmiało.
Nasze konie biegły zgodnie obok siebie. Kłusowały rytmicznie. W mig przypomniałam sobie, jak się anglezuje. Zamiast Dashy widziałam Broszkę. Nasz pierwszy teren, pierwszy galop. Dodało mi to otuchy, a strach zniknął.
- Gotowa? - spytał Bartosz, a ja wiedziałam, o co mu chodzi. Skinęłam głową.- Jedź pierwsza. Będę nad wszystkim czuwał.
Dałam łydkę do galopu, ale Goldie tylko potrząsnęła łbem, wyciągnęła wykrok w kłusie i na tym skończyła.
- Nie mogę!- zawołałam z rezygnacją.
- Pomogę ci. Tylko się trzymaj, a ja ją popędzę.
Zbliżył się i strzelił jej batem w zad. Klacz poderwała się do galopu. Krzyknęłam wystraszona i już chciałam ,,zaciągnąć ręczny", kiedy w końcu wypuściłam zbierane wodze, łapiąc je za samą sprzączkę. Odchyliłam się do tyłu i pozwoliłam się ponieść. Za sobą słyszałam tętent kopyt konia Bartka. W końcu wczułam się w rytm galopu. Przeszłam do półsiadu. Klacz lekko przyspieszyła, a ja poczułam jak moje niesforne włosy targa wiatr. 
- Nie szalej tak! - krzyknął Bartek, kiedy złota klacz jeszcze bardziej wyciągnęła krok. - Bo spadniesz!
- Ja?! - udawałam urażoną, przekrzykując huk wiatru. - No co ty!
Ale siadłam w siodle i kazałam klaczy zwolnić. Czułam, jak zaczynam podskakiwać w siodle. Moje ciało odzwyczaiło się od jazdy, zmęczyło się. Przeszłam do kłusa, a potem do stępa. Siwek zrównał się z Goldie.
- Jak on ma na imię? - spytałam.
- Nigel [czyt. najdżel] - poklepał konia po szyi. 
- A tak w ogóle od kiedy ty jeździsz z batem? Naturalne metody, które stosowaliście w starym Equilandzie szlag trafił?
- Nie mamy tu nerwowych koni po przejściach, które szaleją na widok bata. Nasze konie to typowe rozpieszczone stajenne miśki. Jeśli czegoś nie robią to tylko dlatego, że im się nie chce. Owszem, jeździmy z batami, ale ich nie nadużywamy.
Zasalutował mi batem, a Nigel strzelił z zadu, zrzucając Bartka. Zgięłam się w pół ze śmiechu.
- Nie rżyj tak, tylko pomóż mi stać. - Udał obrażonego.
Wychyliłam się mocno na bok, sięgając do ziemi i podałam mu rękę. Wtedy złapał mnie za dłoń i pociągnął w dół. Spadłam na niego. Zaczęliśmy się turlać po ziemi, a przez leśną ciszę przedzierały się nasze radosne krzyki. Zadzwonił mój telefon
 i podniosłam się szybko. Odebrałam.
~ Pani Domerdz?~ usłyszałam w słuchawce. Przytaknęłam. ~ Tu komisarz Myślnicki. Nasi koledzy zatrzymali pani męża, kiedy próbował przekroczyć granicę polsko-niemiecką. Był razem z córką. Teraz są w drodze na nasz komisariat.
gify konie
   Może i tutaj długością nie grzeszę, ale rozdział jest :3
   Na koniach byłam wczoraj. Chyba pierwszy raz w życiu w czwartek xD Zawsze jeżdżę w piątki albo soboty, jak jeździłam 2 razy w tygodniu, to jeden raz był we wtorek albo środę ;) Ale wczoraj Klara była świetna <3 Trochę bezproblemowego galopu, skoków i od razu życie nabiera barw! :D
   Nie zawieszam blogów tak, jak początkowo planowałam, ale rozdziały będą publikowane bardzo rzadko :( Niestety w szkole tak nas teraz cisną, że w weekendy nadrabiam takie bardziej czasochłonne prace domowe (czytanie lektur, projekty, prezentacje)... A to właśnie weekendy przeznaczałam na pisanie :'( Ale nie martwcie się (jeśli ktoś w ogóle zauważy brak notek, które pojawiają się coraz rzadziej). W maju mamy matury, więc praktycznie cały maj mam luźny. Co prawda nie robią nam miesiąca wolnego, iż, ponieważ , aczkolwiek xD wiele lekcji będzie przepadać i będzie fajnie ;)

niedziela, 2 marca 2014

Rozdział 62

~Iza~

Biegłam gorączkowo przez lotnisko. Wzbierające w oczach łzy sprawiły, że prawie nic nie widziałam. Zamrugałam szybko, zmuszając je, by popłynęły po policzkach. Zacisnęłam wargi, hamując szloch. Przecież to był tylko impuls!, pomyślałam, wściekła na siebie. Jedna chwila. Nie wiedziałam, co robię... Tak naprawdę Harry pozwolił mi zostać w Polsce jeszcze z miesiąc. Załatwił mi urlop, a sam stwierdził, że jest tak zapracowany, że nie moglibyśmy spędzać ze sobą wystarczająco dużo czasu. Jak najbardziej zamierzałam skorzystać. Chciałam opowiedzieć Wiktorii o wszystkim, co spotkało mnie w ciągu ostatnich lat. Ale pojawił się ON i wszystko zepsuł. Życie zdążyło mnie nauczyć, że jedna chwila potrafi wszystko zniszczyć. A ja jednak zignorowałam doświadczenie... A może po prostu potrzebowałam kogoś, kto by mnie podniósł na duchu? Jakkolwiek by nie było, zostałam wykorzystana. Westchnęłam przeciągle, a z ust wyrwał mi się szloch. Kucnęłam przy ścianie lotniska i ukryłam twarz w dłoniach. Muszę się ogarnąć, pomyślałam. Zacisnęłam rękę na rączce walizki i skierowałam się w stronę łazienki. Ochlapałam twarz lodowatą wodą, powtarzając w myślach "Weź się w garść". Gdyby wszyscy płakali nad każdą swoją głupotą, cały świat pogrążyłby się w głębokiej żałobie, a nikt by nic nie osiągnął. Cóż, stało się. Teraz musiałam dumnie unieść głowę i stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami. Poszłam jeszcze do ubikacji. Musiałam wiedzieć, jak wielkie są te konsekwencje- musiałam zrobić test ciążowy.
gify konie
Siedziałam na zamkniętym już sedesie, wpatrując się z oszołomieniem w trzymany w ręku kawałek plastiku. dwie kreski. Powtórzyłam go ze sto razy i tyle samo sprawdziłam na opakowaniu, co oznacza jego wynik. Pozytywny. Byłam w ciąży i to z kim? Z JAKUBEM! Zaprosił mnie do siebie do domu. Chciał porozmawiać, a ja mu zaufałam. Na tym polegał błąd. Wypiliśmy sobie po drinku, rozmawialiśmy na luzie. Ale całe to zwierzanie przybrało nieoczekiwany obrót. Drinki leciały jeden za drugim, a nim się zorientowałam, obudziłam się obok niego rano. Wiedziałam, że do czegoś między nami doszło. Jakub po prostu wykorzystał moją chwilę słabości.
Wszystko stracone, pomyślałam. Teraz moja zdrada wyjdzie na jaw. Harry raczej zauważy, że jestem ciężarna. Chyba, że... Wtedy wpadłam na świetny, według mnie, pomysł. Musiałabym tylko spędzić noc z Harrym, a wtedy wmówię mu, że to jego dziecko. Uwierzy bez wątpienia.
Spojrzałam na zegarek. Za pół godziny miał odlatywać mój samolot. Czas się zacząć szykować.
gify konie

~Harry~

Szczotkowałem właśnie klaczkę Daybreak, ale w ogóle nie mogłem skupić się na pracy. Cały czas myślałem nad rozmową z Izą. Kiedy zadzwoniła do mnie mówiąc, że wraca do domu pierwszym lepszym samolotem, nieźle mnie zaskoczyła. Głos miała jakiś dziwnie zaniepokojony, ale nie chciała powiedzieć dlaczego. Cieszyłem się, że będzie dopiero wieczorem. Musiałem jeszcze coś załatwić- czekała mnie wizyta u lekarza.
Poklepałem Day po łopatce i zostawiłem ją w spokoju w boksie. Szef pozwolił mi wyjść dziś z pracy wcześniej. Czyli pójdę na badania i czekam, aż Iza przyjedzie. Stęskniłem się. Chciałbym, żeby już tu była.
gify konie

~Iza~

Właśnie samolot przystępował do lądowania. Wysiadłam i skierowałam się ku wyjściu z lotniska. Tam powitał mnie Harry. Wróciliśmy do domu. Podróż minęła nam w ciszy. W domu rozpakowałam walizki.
-Jadę do stajni - oznajmiłam.
- Też się cieszę, że Cię widzę po tak długiej rozłące.- Harry oparł ręce na biodrach.
A może jednak czas zrealizować mój plan..., pomyślałam.
-Wiesz co? Jednak zostanę.
gify konie
Obudziłam się koło Harry'ego. Słońce zaczęło już wschodzić.
Teraz druga część planu, pomyślałam, idąc do łazienki. Wzięłam prysznic, ale głównie chodziło mi o to, żeby po prostu spędzić trochę czasu w tym pomieszczeniu. Wiedziałam, że Harry pewnie też już nie śpi. W końcu poszłam do sypialni, siląc się na szeroki uśmiech. Harry właśnie ścielił łóżko. Wiedział, że żadne z nas nie będzie już spało. On o 5 rano musi być w pracy, a ja pojadę z nim, żeby wreszcie zobaczyć ukochane konie.
-Kochanie...- Harry przygryzł wargę na mój widok.
=Muszę ci coś powiedzieć- powiedzieliśmy w tym samym momencie.
-Mów pierwszy - zaproponowałam.
-To może poczekać. A zdaje się, że ty też cow chciałaś mówić?
Westchnęłam głęboko i na jednym oddechu wykrzyczałam.
-Jestem w ciąży, będziemy mieli dziecko! Nie cieszysz się...? - dodałam widząc, jak mój narzeczony zaciska usta w wąską linię  i wbija wzrok w ziemię.
-Chciałem ci powiedzieć, że wczoraj przed twoim przyjazdem byłem u lekarza. Izabelo, jestem bezpłodny...
gify konie
Od razu mówię, że nie- nie pominęliście żadnej notki xD Po prostu nie jestem dobra w pewnego rodzaju scenach, więc postanowiłam je pominąć. No i stwierdziłam, że tak doświadczonym czytelnikom-pisarzom nie trzeba podawać wszystkiego na tacy, więc na początku notki pozwalam Wam się domyślać niektórych rzeczy ;P
Dawno nie pisałam, ale w ferie mi się nie chciało, a potem perspektywa szkoły mnie dobiła. Mamy tyle nauki, że 2 tyg kompa nie włączyłam.
A po wczorajszej jeździe całkowicie zwątpiłam w swoje umiejętności. Pierwszy kłus był ok. Ale potem, jak miałam galopować, Klarze całkiem odbiło. Zaczęła kombinować, jak przeszła do stępa nie sposób było zakłusować. Aż w końcu zatrzymała się na środku ujeżdżalni i nie miała zamiaru ruszyć. Po wieeelu trudach, udało mi się ją nakłonić do stępa, w porywach NAWET przekłusowałyśmy kilka kroków. Tak więc zaczynam żałować, że nie przestałam jeździć, bo teraz za bardzo to kocham, a po prostu się do tego nie nadaję. Eh... nawet kucyk metr 40 robi mnie w konia :/
PS powinnam dodać, że notka krótka, głupia i bez sensu. Ale jakoś nie miałam weny jak to rozwinąć. Kiedy o niej myślałam, wydawało mi się fajnie, a ostatecznie takie byle co :/