Kare Serce Konia

Kare Serce Konia

piątek, 15 listopada 2013

Rozdział 55

~Wiki~


   Stałam na środku ujeżdżalni. Dookoła mnie biegała Dasha, zataczając coraz to mniejsze kółka. Aż w końcu stanęła przede mną, wpatrując się we mnie swymi brązowymi oczami. Klacz zamrugała, a w miejscu mnie stała teraz Iza. Po kolejnym mrugnięciu zobaczyłam, że teraz obie stoimy obok siebie. ,,Dwie mogą żyć bez jednej, rozbrzmiało w mojej głowie, ale jedna nie może żyć bez drugiej. Zakazane jest rozdzielać to, co nierozdzieralne". Klacz parsknęła smutno, zawróciła na zadzie i zaczęła biec dalej. ,,Zaczekaj!", wołałam. ,,Będę na was czekać tam, gdzie jest najlepsze miejsce dla konia". Patrzyłyśmy bezradnie, jak odchodzi. Po chwili zobaczyłam, że Iza znika. Dosłownie znikała. Jej ciało zrobiło się aż przezroczyste. Krzyczałam, ale nic to nie pomagało. Mogłam tylko patrzeć, jak znów ją tracę, je obie. Nagle powietrze rozdarł straszliwy jazgot...
*-*-*-*
Obudziłam się przerażona. Cholerny budzik, pomyślałam na widok grającego urządzenia. Uwielbiam poniedziałki, dodałam zirytowana. W łóżku byłam już sama.A nawet jego druga połowa już zdążyła dawno wystygnąć. Zanim wstałam, wniosłam bezradnie oczy do nieba lub raczej sufitu i zawołałam:
-Niech ci będzie, pójdę do tej stajni, tylko daj mi wreszcie spokój!
Zasłony poruszyły się pod wpływem nagłego podmuchu wiatru, wpadającego przez uchylone okno. Ale oprócz tego pokój pozostał nieruchomy. Sny już od kilku dni mnie nie nawiedzały i myślałam, że to ich koniec. A teraz to wróciło... Cóż, wczoraj cały dzień ociągałam się, żeby powiedzieć Darkowi o zaproszeniu Bartosza, aż w końcu nie zdobyłam się na odwagę. Oczywistym dla mnie było, że wróciło to w śnie. Pogadam z nim po południu, pomyślałam i poczułam dziwny spokój.


gify konie
-Czyś ty na głowę upadła w dzieciństwie?!!!- wydarł się Dariusz, waląc pięścią w stół.
-Tylko pojedziemy do stajni- tłumaczyłam się jak głupia.- Żadne z nas nawet na konia nie wsiądzie. A dostaliśmy zaproszenie od właściciela stadniny.
-Kochasz go?
-Słucham?!- oburzyłam się.
-Spałaś z nim? Odpowiedz!
Wymierzyłam Dariuszowi siarczystego policzka. W momencie odpłynęła mu krew z twarzy. Wpatrywał się we mnie zszokowany. W końcu odwrócił się na pięcie i poszedł w kierunku sypialni. Mimowolnie poszłam za nim. Obserwowałam jak wrzuca do plecaka parę ubrań i innych przydatnych rzeczy. W końcu podszedł do mnie, a przemawiając trzymał swoją twarz tak blisko mojej, że prawie dotknęliśmy się nosami:
-Obiecałaś, Wiktorio. Przed ślubem, kiedy powiedziałaś mi prawdę o swojej przeszłości, umówiliśmy się, że nie będziemy poruszać tego tematu. Dziś śpię u Luka. Może do jutra ci przejdzie. A jak nie, spotkamy się u adwokata!- odwrócił się, idąc w kierunku wyjścia.
-Dlaczego ich tak nienawidzisz?!- zawołałam za nim bezradnie.
Wyszedł, trzaskając drzwiami. Nawet się nie odwrócił. Wróciłam do jadalni i oparłam się o stół. Kocham mojego męża, ale ma on dwie zasadnicze wady- zazdrość o mnie i nienawiść do koni. To przesłania mu cały świat. Ja jednak nie zamierzałam rezygnować z wizyty w stajni. Ostatnio dzwoniła do mnie Anita. Powiedziała, że udało jej się wynegocjować z mamą zatrzymanie Ars Medic. Klacz już od czasu wypadku była wystawiona na sprzedaż, ale brakowało chętnych. Zdziwiło mnie, że nastolatka zareagowała na to tak entuzjastycznie. W końcu ogłoszenie o sprzedaży klaczy wisiało na tablicy w stajni i było zamieszczone na kilku portalach handlowych; kiedy dziewczyna przedstawiała mi Ars jako wredną szkapę bez wartości. Nie pytałam o to jednak. No i był inny powód, dla którego musiałam tam jechać- IZA. Może ją spotkam. Może nie... Nie dowiem się jak nie spróbuję. Wsiadłam w samochód i po 20 minutach wjeżdżałam już przez wielką elegancką bramę z tabliczką ,,DASHA'S SHELTER". W stajni było koło dziesięciu osób. Wszyscy stali przy największej ujeżdżalni; zgaduję, że mającej 20 na 60 m; wpatrując się w kogoś jeżdżącego. Nie widziałam wśród nich nikogo znajomego, więc stanęłam w tłumie. Kobieta na ujeżdżalni siedziała na wspaniałym karym ogierze... Highway'u? Mogłabym przysiąc, że to on. Amazonka miała blond włosy nieco za ramiona, które rozpuszczone, skręcone w spirale powiewały teraz eleganckim zebranym galopie. Dwa ślady ujeżdżalni były wolne, po środku i bokach w pewnej odległości od ścian znajdowały się przeszkody ułożone w skomplikowany parkur. Koń zrobił piruet w galopie, po czym z zebranego galopu przeszedł do kłusa roboczego. Anglezowała kilka kroków po czym zatrzymała Highway'a. Pokłoniła się sobie tylko widzianej jurze i zagalopowała z miejsca. Na długiej ścianie wyciągnęła galop tak bardzo jak tylko się dało bez przejścia do cwału. Na krótkiej zebrała galop i robiła lotną zmianę nogi co dwa foule. W końcu przy literze M (jechała w prawo, tj. C,M,B,F,A,K,E,H) zwolniła do kłusa. Parę kroków przejechała pasażem. W końcu maksymalnie zebrała chód, kłusując w miejscu. Z piaffu przeszła do kłusa roboczego, wjechała na linię środkową i przeszła do zatrzymania dokładnie w punkcie X. Prawie całkiem wypuściła wodze. Jedynie jedną ręką trzymała za ich sprzączkę, drugą położyła sobie na udzie. Koń dalej stał jak zaklęty.
-Nie jest taki zły!- zawołała, patrząc w moim kierunku. Po sekundzie zorientowałam się, że obok mnie stoi Bartosz.-Wręcz przeciwnie... Przecież jest wspaniały! Widziałeś?! On się mija z powołaniem...! Powinien startować w ujeżdżeniu i to w najwyższych klasach! A więc jak, niedowiarku?! Widziałeś co umiem, mogę wreszcie poskakać?!
Bartek otworzył usta, by odpowiedzieć, ale w tym momencie ludzie, którzy dotąd stali jak zaklęci, zaczęli klaskać, krzyczeć i wiwatować. Musiał poczekać aż się uspokoją. Tylko my dwoje tkwiliśmy w bezruchu. Bartek czekał aż pozwolą mu przemówić; ja zastanawiałam się, czemu ta kobieta wydaje mi się tak znajoma.
-Pokaż, co potrafisz!- zawołał. A tak cicho, że tylko ja usłyszałam dodał:- Ale go nie zabij. Nie potrzebujemy powtórki z rozrywki...
Kobieta przejeżdżała przez każdy rodzaj przeszkody, łącznie z murem i rowem z wodą, a każda miała przynajmniej 100 cm wysokości, pomijając rów, który miał 200 cm długości. Koń wręcz przelatywał nad przeszkodami.
Widać w tobie krew Dashy, pomyślałam. Będziesz cudownym wierzchowcem. Cudownym...
Kobieta występowała Highway'a. W końcu zeskoczyła z niego i podeszła do nas. Koń zerkał nieufnie w stronę zebranych przy ogrodzeniu ludzi.
-Daj go- ni stąd, ni zowąd z tłumu wyłoniła się Anita. Przeszła między deskami płotu. Wyciągnęła rękę, a koń wtulił w jej dłoń swoje aksamitne chrapy.- Dobry konik- szepnęła ciepło, po czym zwróciła się do ,,nieznajomej", która przed chwilą na nim siedziała.- Pogadajcie sobie, a ja go rozsiodłam i puszczę na padok. Należy mu się chwila odpoczynku po tym co z nim zrobiłaś. Półtorej godziny intensywnego ujeżdżenia i pół godziny skoków. Przecież on ledwo trzyma się na nogach!
Nie czekając na odpowiedź szarpnęła za wodze i odeszła z koniem. Kobieta chciała odpowiedzieć, ale Bartek ją powstrzymał.
-Ten koń jest silny, wytrzymały. Aż kipi energią, bo brak mu ruchu. Pozwala się dosiadać tylko Anicie, która od wypadku nadal ma szlaban na jazdę, a nawet jak jeździ to i tak za bardzo go oszczędza. Ty mu na pewno nie zaszkodzisz.
Pokiwała głową.
-Tu jest naprawdę wspaniale!- zawołała podekscytowana.- O wiele lepiej niż...
-Ekhem- chrząknął Bartosz, kładąc mi rękę na ramieniu. Zepchnęłam ją z siebie, ale on osiągnął swój cel-zwrócił na mnie uwagę kobiety.- Całe wieki czekałem na tę chwilę! Na to, byśmy znów mogli spotkać się w tym miejscu, w tym składzie.
-Bartuś- powiedziała kobieta.- Co masz na myśli?
-Izabelo- kontynuował, a ja wstrzymałam oddech- poznaj Wiktorię Domerdz, niegdyś znaną jako Maj. Wiktorio, mam przyjemność przedstawić ci Izabelę jeszcze Swift.
-Wiki- sapnęła Izabela.
-Izz- wydukałam.
Rzuciłyśmy się sobie w objęcia.
-Tyle lat- jęknęła.- Straciłam już nadzieję.- Łzy popłynęły jej z oczu.- Kiedy odeszłaś... i zostawiłaś mi te wszystkie nagrody... ja... nie dopuszczałam do siebie myśli, że już nie wrócisz. Domyślałam się, ale wciąż miałam nadzieję... Tak jak w wypadku Broszki. Wtedy się nie myliłam...
-Nie chciałam odejść-szepnęłam.- Po prostu nie mogłam się z tym wszystkim pogodzić... Kiedy pierwszy raz przyszłam do stajni po dwudziestu latach, oczekiwałam, że zobaczę Waszą szczęśliwą czwórkę. Ciebie, Bartka, Jakuba i... Roberta. Nawet sobie nie wyobrażasz jakim szokiem dla mnie była wiadomość, że ty zniknęłaś, Jakub wyjechał, a Robert zginął... Proszę, zmieńmy temat. Świetnie jeździsz. Wróciłaś do jazdy od razu po moim wypadku?
-Nie od razu, ale nie wytrzymałam długo bez koni. A ty? Ile czasu minęło, zanim zaczęłaś jeździć?
Spuściłam głowę i przez chwilę trącałam ziemię butem. W końcu spojrzałam jej w oczy.
-Izz, ja nie jeżdżę. Boję się koni. Bardzo...
Dawna przyjaciółka wpatrywała się we mnie z niemym współczuciem. Wiedziałam, że muszę kontynuować:
-Ten wypadek... Ja... Kiedy widzę skaczącego konia, czyjś upadek, czy słyszę dźwięk zrzucanych drągów widzę tamten dzień tak dokładnie, jakbym przeżywała to jeszcze raz.
-Rozumiem-odparła spokojnie.- Wybacz, bardzo bym chciała zostać dłużej, nie widziałyśmy się całe wieki, ale... jestem w Polsce przez sprawy prywatne. Moja babcia zmarła...
-Izz, tak mi przykro...-wtrąciłam.
-No i teraz mam parę spraw do załatwienia. Będziesz jutro w stajni?
-Pewnie.
-To do zobaczenia- pomachała nam, wsiadła do samochodu i tyle ją widzieli.
-A ja nie mogę liczyć na uścisk, Wiki?- spytał Bartek, rozkładając ręce.
Przytuliłam się do niego przyjacielsko. W końcu dzięki niemu znów spotkałam się z Izą.
-Kogo my tu mamy?- usłyszałam za sobą znajomy głos.
Bartek zacisnął zęby, a ja odwróciłam się gwałtownie.
-Kubuś!- zapiszczałam, rzucając mu się na szyję
-No, no, kochanie, z każdym facetem się tak obściskujesz?- spytał Jakub.
Puściłam go zarumieniona. Przypomniałam sobie, że przed sekundą przytulałam Bartosza.
Jakub nic się nie zmienił. Miał inny styl: z wiejskiego chłopaka pracującego w stajni przekształcił się w biznesmena w drogim garniturze i złotym zegarku. A z pokerowej twarzy nie znikał mu firmowy uśmiech. Ale wiedziałam, że to mój stary przyjaciel. Tylko czemu Bartek wygląda na takiego wściekłego. Powinien zareagować równie entuzjastycznie jak ja. W końcu nie widział go od dawna. Nawet jeśli Jakub był tu już wcześniej, co jest pewne, bo Bartosz nie wyglądał na zaskoczonego, to powinien się nacieszyć jego towarzystwem.
-Wciąż jeździsz konno?- Próbowałam załagodzić sytuację.- Może pokażesz nam, co potrafisz?
-A wiesz, że to nie jest taki zły pomysł?- Uśmiechnął się w sposób, który nie przypadł mi do gustu i rzucił zwycięskie spojrzenie Bartkowi.-  Braciszku, możesz mi dać tą chabetę po Dashy, na której przed chwilą jeździła Izabela? Myślę, że to koń na moją miarę.
Bartosz zrobił się purpurowy na twarzy. Myślałam, że zaraz zrobi awanturę, ale nie wyglądał jakby chciał coś powiedzieć. Wręcz przeciwnie. Rozejrzał się nerwowo jak dzikie zwierzę zapędzone w kozi róg, szukające ucieczki z pułapki. Utkwił wzrok w miejscu, gdzie młoda dziewczyna wykrzykiwała polecenia do grupy jeżdżących dookoła niej jeźdźców. Poszedł do niej, zostawiając nas przy ujeżdżalni. Powiedział coś do kobiety, a ona z uśmiechem wdzięczności energicznie pokiwała głową i poszła do stajni.
-A temu co?- spytałam zaskoczona.
-Nie mam pojęcia. Ale zachował się co najmniej niegrzecznie.- na ustach Jakuba widniał dziwny uśmieszek.
-Czy ja czegoś nie wiem?- spytałam, unosząc brew do góry.
-Brat jest na mnie zły, że zdecydowałem się kształcić i wyjechałem na studia- zrobił minę zbitego dziecka. -A ja tylko chciałem im się na coś przydać, a nie robić tylko za kolejnego stajennego.
Zrobiło mi się go trochę żal, ale nie cieszył mnie też widok Bartka. Tamten teraz z bladą twarzą bez wyrazu wykrzykiwał polecenia głosem pozbawionym jakiejkolwiek barwy, a nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w dal. Jedna z amazonek galopujących dookoła niego po trasie ze stacjonatą ok. 50 cm, nastolatka na gniadym wałachu, ledwo trzymała się w siodle, nogi w strzemionach miała po piętę, a przy skoku wieszała się na wodzach? Jednak on zawzięcie wiedział tylko, kiedy ją poprawić jak skoczyła nie przez środek, tylko bardziej ukosem lub kiedy kazać jej zmienić kierunek. O czym ja w ogóle myślę... Nie siedziałam na koniu więcej niż pół życia, a widzę błędy jak posiadaczka Złotej Odznaki Jeździeckiej. Dziewczyna poprawiła pozycję i nie miałam zarzutów co do jej dosiadu, ale bez problemu zobaczyłam, że podczas skoku ,,wyprzedza" konia. Pochylała się nad jego szyją tak, jakby skakała z metr.
-To ja już pójdę- głos Jakuba wyrwał mnie z zamyślenia. Byłam mu dozgonnie za to wdzięczna.
Jeszcze chwilę i sama bym kazała się wsadzić na konia. A tego zrobić nie mogę. Dawno temu obiecałam sobie, że jeździectwo to już zamknięty rozdział mojego życia. Na zawsze.
-Gdzie?- spytałam od niechcenia.
-Nocuję w hotelu w mieście... Jeśli będziesz chciała, to zapraszam. Na pewno miło spędzimy czas- uśmiechnął się szelmowsko.
-Yhymh- mruknęłam.
Jego słowa nie miały dla mnie żadnej wartości. Ich dźwięk rozmył się w mojej głowie, zanim odczytałam znaczenie. Skinęłam mu głową na pożegnanie i poszłam w stronę Bartka. Oparłam się o ogrodzenie ujeżdżalni, w milczeniu przyglądając się jeździe.
-Poszedł?- spytał, stojąc odwrócony do mnie plecami.
-Yep- pokiwałam głową z uśmiechem, ale on i tak tego nie widział.- O co Ci chodzi? Pokłóciliście się? Był miły, może chciał dać ci na zgodę?
-Wiki...- Cofnął się z środka maneżu na ,,ścianę" i oparł plecami o to miejsce ogrodzenia, gdzie stałam ja.- Nie było cię tu, kiedy rozmawiał ze mną i z Izą. To nie jest ten Jakub, którego znałaś. Nie lituj się nad nim tylko dlatego, że się do ciebie uśmiechnął i udał pokrzywdzonego. U nas jest już spalony, więc próbuje ciebie przekabacić. Nie ufaj mu.
Nie dając mi odpowiedzieć wrócił do prowadzenia lekcji.
-Ja już pójdę!- zawołałam, kierując się w stronę parkingu.
-Wika!- zawołał. Przystanęłam i odwróciłam się do niego.- Propozycja nadal jest aktualna- Uniosłam brew pytająco.- Przyjedź z rodziną.
W milczeniu poszłam do samochodem. Uśmiechnęłam się pod nosem, ale zaraz mina mi zrzedła. To się skończy w końcu rozwodem, pomyślałam, przypominając sobie dzisiejszą awanturę. Kto wie, może go tu zaciągnę. Zrozumieliby się z Bartkiem. Poza końmi są do siebie podobni. Chociaż Bartosz jest mniej porywczy...
gify konie
-Spójrz, mamo- powiedział Rafał, stawiając przede mną laptopa.
-Na co?- byłam zmieszana.
-Najpierw mi powiedz, gdzie jest tata. Mam do niego sprawę.
-Eee... tata... Hmm... On po... poszedł... - próbowałam jakoś wybrnąć- do kolegi. Będzie dziś u niego nocował. Widzisz, on też lubi spać poza domem i całą noc rozmawiać z przyjaciółmi.
Ku mojej uldze Rafik nie drążył tematu.
-Wczoraj znalazłem film z twojego wypadku. Wiesz, jak to koszmarnie wyglądało?- mówił spokojnie, choć wyglądał na wystraszonego.
Skąd on wiedział o moim wypadku? Albo Magda, albo Darek. Już ja się dowiem, które z nich mu powiedziało i będzie ostro. To nie jest wiedza dla siedmiolatka.
- Było tam tyle krwi, ty się nie ruszałaś... Tylko twój koń potrząsnął łbem i przebierał nogami w...
-Coś ty powiedział?!- zawołałam, łapiąc laptopa, jakby od niego zależało moje życie.
Mój syn za dużo czasu spędzał przed komputerem. Miałam nadzieję, że nigdy nie dotrze do źródeł z mojej przeszłości, ale w sumie nie mogę być pewna, że ktoś mu powiedział. Może właśnie ten film mu wszystko powiedział. A ja nie mogłam złagodzić sytuacji, bo on widział wszystko takim, jakie było w rzeczywistości. Bagatelizowanie tu nie wchodzi w grę.
-Mamo, idę do Szymona. Nie chcę oglądać tego drugi raz.
Skinęłam głową. Szymon był jego przyjacielem. A ja też nie chciałam, żeby to znów widział. Pogrążyłam się w lekturze:
,,Cała Polska żyła wydarzeniami z 5 marca sprzed ponad dwudziestu lat. Nasza reprezentantka na zawodach jeździeckich miała tragiczny w skutkach wypadek. Do dziś nikt nie wie co się stało, a Wiktoria M., która ledwo uszła z życiem, rozpłynęła się w powietrzu. Oto film, który ponad 20 lat temu był transmitowany na żywo na jednym z kanałów sportowych."
Mruknęłam zirytowana. Szczerze mówiąc nie miałam ochoty w ogóle tego oglądać, ale zżerała mnie też ciekawość. Wszystko działo się tak szybko, a ja nie mam pojęcia jak to wyglądało. Ta układanka ma dwie części. Pierwszą mam tylko ja. Moje odczucia z wypadku i wiedza o jego powodzie. Drugą może być ten film. To, o czym ja nie wiedziałam. Co się z nami działo, kiedy ja zastanawiałam się, jak nas uratować oraz to, co się działo, kiedy straciłam przytomność. Szybko poruszyłam palcem po dotykowym panelu laptopa i kliknęłam ,,play". Był to impuls, ale oglądanie porwało mnie bez reszty. Czułam potrzebę oglądania od początku. Film zaczynał się, jak wjeżdżałyśmy na parkur. Potem skakałyśmy wszystkie przeszkody, aż wreszcie to, na co czekałam... tak jakby.
Dojeżdżałyśmy do oksera. Kiedyś nie stanowił problemu, teraz wydawał się ogromny. Po wcześniejszej przeszkodzie zwolniłyśmy do stępa. W tym momencie dałam łydkę do galopu. Zaczęłyśmy się rozpędzać. Zaczęłam nerwowo szarpać za wodze. Siadłam mocno w siodle. Miało ją to spowolnić, zamiast tego klacz przysiadła na zadzie. Jechała na kopytach jak na łyżwach, mimo iż próbowała wbijać je w ziemię. Całe jej ciało drżało. Moje też. Klacz potknęła się, prawie uderzając łbem w ziemię. Ja podskoczyłam w siodle, a noga utknęła mi głęboko w strzemieniu. 
Dopiero teraz zauważyłam ciszę panującą podczas nagrania. Wcześniej od początku cały przejazd komentował komentator, a po każdym bezbłędnym skoku dolnośląska część publiczności wstawała z miejsc nagradzając nas gromkimi brawami. Teraz słyszałam nawet nasze szybkie oddechy.
Kamera pokazała moich rodziców, Izę, chłopaków i Roberta. Wszyscy byli śmiertelnie bladzi, wpatrywali się we mnie na Dashy z zapartym tchem. Potem znów zobaczyłam Karą ze mną na grzbiecie. Byłyśmy już blisko przeszkody, jednak wciąż za daleko, by ją przeskoczyć. Wtedy Dasha się wybiła. 
Wyobrażałam sobie wiwaty publiczności, gdy przeskoczymy bez zrzutki i trafimy, jakimś cudem, na metę. Przez chwilę zupełnie zapomniałam, jak kończy się ta scena. Nagranie musiało być przekształcone z trybu ,,na żywo", gdyż teraz oglądałam nas w zwolnionym tempie.
Dasha leciała. Leciała jak ptak. W końcu zaczęła opadać. Widziałam dokładnie, jak walczyła z grawitacją. Robiła wszystko, żeby nie upaść na grzbiet... żebym przeżyła... Postawiła na ziemi między drągami przednie nogi, stanęła na nich niemal pionowo. Jedna noga trafiła na drąga. Wygięła się nienaturalnie. Nogi ugięły się pod nią i zaczęła upadać. Uderzyła łbem w ziemię, a za nim poszła reszta ciemnego, spoconego ciała. Wypadłam lekko z siodła na tyle, na ile pozwoliła mi zaklinowana w strzemieniu noga i uderzyłam głową w drąg. A lewa noga zniknęła pod ciałem klaczy. Powieki mi opadły. Jeszcze musiałam zachować choć trochę świadomości, gdyż lewą dłonią pogładziłam szyję klaczy. Znieruchomiałam, musiałam stracić przytomność. Wtedy Dasha uniosła głowę. Zarżała jakby wołając o pomoc. Na parkur wbiegło kilka osób z pomocy medycznej. Podbiegli do nas, ale Dasha zaczęła przebierać nogami w powietrzu lub szurać nimi po ziemi. Nawet nie próbowała się podnieść. Chciała mnie chronić. Jeden mężczyzna podszedł do niej od strony grzbietu i zrobił zastrzyk w szyję. Klacz przestała ruszać nogami czy głową. Ale nie spała. Jej powieki mrugały miarowo. Kilku mężczyzn podeszło do Dashy od tej strony co ten poprzedni i próbowali umieść ją trochę, żeby kolejny mógł mnie wyciągnąć spod konia. Udało się. Zieloną trawę skropliła krew z mojej zmiażdżonej nogi. Wzięli mnie na nosze, wsadzili do karetki i odjechali. Potem, nie bez problemu, zapakowali Dashę do ciężarówki weterynaryjnej. 
Film się skończył. Przeczytałam jeszcze dopisek pod nim:
,,Dziewczyna i klacz zostały przewiezione do specjalistycznych klinik. Pierwsza zapadła w dwutygodniową śpiączkę. Po obejrzeniu obrażeń drugiej podjęto odpowiednią decyzję. Właściciel wyraził zgodę na jej uśpienie. Wiktoria obudziła się i wyjechała z rodziną. Nikt do tej pory nie widział jej w świecie jeździeckim. Co się dzieje z najlepszą polską amazonką XXI wieku?"
Wypuściłam powietrze przez zęby. Przez dwie dekady byłam przekonana, że Dasha zginęła na miejscu.  Tymczasem ,,jej właściciel"; którym mógł być albo Robert, albo mój ojciec; kazał ją uśpić po jakimś czasie od wypadku. Czułam się oszukana. Wszyscy kłamali. Dlaczego...?
gify konie
I oto jest :D Nie wiem jak Wy, ale ja długo czekałam na spotkanie dziewczyn :D Tylko musiałyśmy zrobić do niego wstęp, którym było wszystko od prologu, do teraz. Oczywiście gdyby nie Sophie, Wika i Izz jeszcze długo by się nie spotkały, bo ja bym zaniedbała Izę. Dziękuję :* Wyszło mi dosyć długo ;) Pisałam ją przez wiele dni.Trochę jak epilog, ale jego jeszcze czytałam z 7 razy, a ten rozdział przeczytałam tylko raz. Wiecie, składanka różnych fragmentów, więc błędy są nieuniknione. {Np. z grupy jeźdźców, do których poszedł Bartosz, zrobiłam samą amazonkę.} A nawet dzisiaj ją wykańczałam. Została mi część rozmowy Wiki z Bartkiem, po odjeździe Jakuba ;) A z częściami tej notki miałam problemy, bo nie wiedziałam, co gdzie wstawić. Początkowo fragment z filmem miał być na początku, ale wtedy Wika musiałaby o tym wspomnieć w stajni, co zrobiłoby moją notkę o wiele dłuższą, na dziś też pewnie bym jej nie skończyła, a poza tym pewne... ekhem... rzeczy muszę uzgodnić z Sophie. Mam pomysł, ale muszę wykorzystać Izę }:)
A więc przechodzę do konkretów, bo trochę tego jest.
Po 1. chwała tym, którzy doczytali do tego miejsca, czytając całość od początku, i nie zanudzili się na śmierć <3 Normalnie lubię dużo pisać, ale takie długości zostawiam sobie na epilogi, kiedy przychodzi mi 3 rozdziały zamieścić w jednym i walnąć jeszcze obszerne podziękowania xD
Po 2. WTF! ≈10100 wejść? xO A pamiętam, kiedy cieszyłam się po pierwszej setce. Jesteście kochani :*
Po 3. Zapraszam na tego BLOGA. Autorka ostatnio podupadła na komentarzach i wejściach, a przecież świetnie pisze :D Tak jak każdy z blogów, które czytam, ale tylko tutaj coś nie widać Waszej obecności.  (A idź Ty Koniowata z Twoimi prawie 22-oma  tysiącami wejść ;P) Ostatnio było dość nieźle z komentarzami, ale tą reklamę zaplanowałam sobie już ze 2 tygodnie temu, więc proszę :D
Po 4. Zapraszam na mojego drugiego BLOGA. Coś Was tam mało, a ja naprawdę bardzo dużo serca wkładam w tamtego bloga, wcale nie mniej niż w Karoszka, więc miło by było, gdyby miał jego sławę ;) Nawet jak bardzo nie chce Wam się czytać, to przynajmniej go rozreklamujcie ;)
Po 5. w zeszłym tygodniu miałam zastój twórczy. Niby długi weekend i te sprawy, a ja co? Na KSK nie dopisałam ani jednego zdania, notkę na CR ledwo zaczęłam, a recenzję na polski szlag trafił (dobrze, że to było dla chętnych). Zamiast tego całe niedzielne popołudnie spędziłam na ,,zabawie sznurkiem", którą potocznie nazywają robieniem rope haltera. 5 godzin roboty, 3 razy zaczynania od początku, aż wreszcie do dziś jestem po pierwszym węźle Fiodora xD Muszę go skończyć, ale mi się nieeee chce ;P Jak zrobię halter wezmę się za bosalkę. Indian bosal wygląda na łatwy, o wiele łatwiejszy niż kantarek sznurkowy, ale muszę spróbować, żeby oceniać.
Po 6. Dziś byłam na koniach. Skakałam krzyżaczek ok. 70 cm. Robię postępy *_* Co prawda za nim pierwszy raz skoczyłam, musiałam robić z pięć podejść. I wpadłam galopem w drągi na kłus. Pierwszy raz bałam się na koniu. Klara zaczęła się potykać i przez strasznie długą sekundę myślałam, że wywrócimy się razem, metodą: Wika&Dasha, ale potem jakoś odzyskała kontrolę nad nogami i jechałyśmy dalej. ;)
Po 7. Mam fazę na konie maści cremello i perlino *_* O istnieniu tej drugiej dowiedziałam się kilka dni temu, zupełnie przypadkiem. Szukałam cremello i w google w propozycjach wyskoczyła mi ta cudna maść <3 Teraz zmieniam też avka z gniadego łebka na całego albino :D
Po 8. Chyba już o to pytałam, ale macie howrse? Jeśli tak, to o jakich loginach? Aryę, Tunguskę i Koniowatą zwalniam z odpowiedzi. Spirit chyba też miałam... ;) Ja jestem ABChowrse na polskim serwerze. Ostatnio założyłam sobie konto na międzynarodowym, tj. howrse.com o tym samym loginie. Mam już 6 dni stażu xD Dziwnie się tak gra. Na polskim miałam ponad 470 dni stażu, a tu co? Dokonania dopiero zaczęte, nawet nie mogę brać udziału w aukcjach, bo to jest od dziesiątego dnia (;
Po 9. całego Dekalogu nie będzie, bo więcej spraw już nie mam. Jeszcze raz bardzo dziękuję, kocham Was, czekam na Wasze notki i proszę o jak najwięcej komentarzy ;)

czwartek, 31 października 2013

Rozdział 54

* małe ostrzeżenie, ciemny gif Iza a jasny Harry albo Jakub ;) zorientujecie się jak mam nadzieję (piszę Iza tylko na początku żebyście wiedzieli, że ja to ja a nie Sid :P )
~Iza~
gify konie
Rozglądałam się po stajni w poszukiwaniu Bartka, kiedy nagle poczułam na plecach intensywne spojrzenie. Odwróciłam się i zobaczyłam dobrze znaną mi Bellę.   Zebrały mi się łzy w oczach kiedy na nią spojrzałam. Poznałam ją po głębokich i spokojnych brązowych oczach. Była prawie jedynym powodem dla którego miałam ochotę zawrócić kiedy opuszczałam Polskę. Podeszłam do niej bliżej i pocałowałam delikatnie  w chrapy.
- Tęskniłam za tobą - szepnęłam i przytuliłam się do jej szyi. - Przepraszam, że cię zostawiłam - głaszcząc ją delikatnie przypomniały mi się chwile kiedy ją szkoliłam. Kiedy wyjeżdżałam była jeszcze młodym koniem a teraz to już staruszka. Dmuchnęła mi ciepłym powietrzem w twarz i wysunęła uszy do przodu.
- Przepraszam, ale co pani tutaj robi? - usłyszałam za sobą zdziwiony męski głos. Odwróciłam się do niego, starając się odwrócić na chwilę uwagę od Belli. Widząc go byłam prawie pewna, że to Bartek. Zmienił się,ale nadal miał swój charakterystyczny sposób wyrażania uczuć.
- Można powiedzieć, że witam się z imienniczką - powiedziałam pewnie. Jego oczy powiększyły się chyba z dwukrotnie kiedy usłyszał co powiedziałam
 - Iza?! Czy może Izabela Swift? - zapytał, podchodząc bliżej
- Uważaj, bo ci oczy wypadną! Tak to ja - zaśmiałam się, ale po chwili spoważniałam - przepraszam. Wiem, pewnie nie mam tu czego szukać. Niezbyt ładnie się z wami rozstałam, ale musiałam przyjechać. Masz prawo na mnie naskoczyć, ale tęskniłam - westchnęłam, schylając głowę. Po chwili milczenia, poczułam przyjacielski uścisk na ramionach.
- Byłem zły, ale teraz jestem zwyczajnie szczęśliwy, że nasza stara przyjaciółka wróciła. I wiem, że Bella też za tobą tęskniła. Zdajesz sobie sprawę, że niezbyt dobrze zniosła wtedy rozstanie?
- Zdaję sobie z tego sprawę, i nawet nie wiesz jak mi przykro...- przerwałam, nie wiedząc co powiedzieć - ,,Nasza" masz na  myśli kogoś o dwóch nogach? - zapytałam z nadzieją, że  może Wiki jednak tutaj wróciła. Mężczyzna gwałtownie potrząsnął głową - Nie, mówiłem o koniach -  powiedział twardo, uciekając wzrokiem w bok. Westchnęłam zawiedziona, on chyba też jeszcze się nie otrząsnął po jej wyjeździe. Wygląda na to, że już nigdy nie spotkam dawnej przyjaciółki.
- Może chciałabyś zobaczyć konie i resztę stadniny? Może nie wiele się zmieniło, ale możesz już mało co pamiętać. A jeśli jeszcze pamiętasz jak się jeździ, to myślę, że Bella ucieszyłaby się znowu mając cię na grzbiecie.
- Jasne z wielką chęcią! - zawołałam. Po słowach ,,konie" i ,,jazda" wrócił mi dobry humor. Odwróciłam się niepewnie do Isabelli. Wyglądała na bardzo zmęczoną, ale przypatrywała się mi z wielką uwagą. Znowu ją pocałowałam - Myślisz, że ma na tyle siły żebym mogła jej dosiąść? - zapytałam zaniepokojona
- Oczywiście! Jej zmęczenie chyba bardziej wynika z  braku częstych jazd niż fizycznego przepracowania. Niestety wszyscy chcą młodsze konie i mało kto się nią interesuje - powiedział smutno. Poczułam niemiły ścisk w gardle na te słowa. Z chwili na chwilę czułam się coraz bardziej winna.
- Zacznijmy już, bo mam dzisiaj bardzo dużo pracy - na te słowa niechętnie puściłam Bellę i podążałam za oddalającym się już powoli Bartkiem. Mężczyzna zaczął mnie prowadzić po stadninie, przedstawiając mi wierzchowce i krótko coś o  nich opowiadając. Przystanęliśmy na dłuższą chwilę przy jednym z boksów
- Jaki podobny do Dashy! - zawołałam zdziwiona widząc karego ogiera  hanowerskiego.
- Nic dziwnego. To jej wnuk, a syn Belli. Pomyślałem parę lat temu, że może warto by było przekazać zwycięskie geny do kolejnego konia. Skrzyżowałem Bellę z czystym hanowerem, dlatego wygląda tak podobnie - odparł przypatrując się dumnie ogierowi - To nasz najlepszy koń!
Wpatrywałam się w niego bez słowa. Przed oczami w jednej chwili zamigotała mi straszna scena upadku Wiki i Dashy - Piękny - powiedziałam  cicho, starając się odpędzić złe wspomnienia. 
- Chodźmy dalej - Bartek chyba wyczuł moją zmianę nastroju. Ruszyliśmy w stronę ujeżdżalni, kiedy wybiegła z niej jakaś ruda nastolatka.
- O Bartek, szukałam cię! Muszę już lecieć do domu. Przepraszam, że tak wcześnie, ale muszę być na urodzinach mojej mamy - powiedziała wyglądająca odrobinę znajomo dziewczyna.
- Nie ma problemu! I tak się za bardzo przepracowujesz, Nika. Do zobaczenia i pozdrów mamę - uśmiechnął się do niej szeroko.
- Pa! - zawołała i odeszła szybkim krokiem.
- Kto to był? Wydała mi się dziwnie znajoma...Gdzieś już chyba widziałam te długie kręcone rude włosy- zaczęłam niepewnie
- A nie oglądasz przypadkiem mistrzostw Europy w jeździe? 
- Oczywiście, że tak, nigdy nie przegapiłam żadnych. Najwspanialsze były te na których wygrała Bella! - przerwałam na chwilę, rozumiejąc - Zaraz, zaraz... To ona jej dosiadała prawda?
- Myślę, że już wiesz. Jest naprawdę świetna! A jeśli chodzi o chęć zajmowania się końmi, to jest tak samo nakręcona jak wy kiedyś.
- A wspominając o kiedyś -  gdzie jest Robert? Bardzo bym chciała z nim porozmawiać! - na moje słowa twarz mu stężała a usta zacisnął w wąską linię.
- Nie  żyje. Parę miesięcy temu miał wypadek samochodowy. Uderzył w słup wysokiego napięcia i umarł na miejscu - powiedział chłodno - Jeśli nie masz nic przeciwko, to wolałbym o tym nie rozmawiać
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, kiedy to usłyszałam. Niemożliwe! Nie Robert! On był zawsze taki dobry i wprowadzał do stadniny domową atmosferę... Po moim policzku bezwiednie spłynęła łza. Bardzo liczyłam na spotkanie z nim. Od niego nauczyłam się praktycznie wszystkiego, co wiedziałam o koniach. Zawsze był moim i Wiki najbardziej zaufanym dorosłym-przyjacielem.
I wtedy doszło do mnie coś jeszcze. Gdybym nie była taka głupia i odważyła się wcześniej przyjechać, zdążyłabym się z nim pożegnać. A przecież pół roku temu babcia nalegała żebym odwiedziła Polskę choć na parę dni! Gdybym wtedy nie stchórzyła, to mogłabym ich  oboje zobaczyć jeszcze przed śmiercią. A teraz wyszło tak, że dwie bardzo ważne dla mnie osoby umarły a ja nie widziałam ich tak wiele lat. Owszem - rozmawiałam z babcią na wideo chatach, ale to nie to samo co twarzą w twarz.
- Chyba czas na twoją jazdę. Czy siedziałaś na koniu od czasu wyjazdu?
- Oczywiście! Pracuję nawet w stadninie - odparłam cicho
- W takim razie możesz ją wyczyścić i osiodłać. Będę czekał - to powiedziawszy odszedł w stronę stajni. Na szczęście pokazał mi wcześniej gdzie jest niezbędny sprzęt. Kiedy do niej podeszłam zastrzygła uszami i nachyliła do mnie głowę. Poklepałam ją lekko po szyi
- To co, kochana, gotowa na jazdę ? - powiedziałam do niej miękko. Zorientowałam się, że mam w kieszeni spodni paczuszkę z miętówkami. Zawsze nosiłam jakieś, żeby dogodzić czasem moim podopiecznym konikom. Zaczęłam od porządnego wyszczotkowania jej sierści, zatrzymując się na dłużej w okolicach siodła. Czyszczenie zawsze sprawiało, że potrafiłam się odprężyć. Stwierdziłam, że teraz chcę czerpać jak najwięcej przyjemności z przebywania z Bellą, a później będę myśleć o kłopotach.Po skończeniu ze szczotką wzięłam kopystkę i delikatnie wyczyściłam jej kopyta z  błota. Kiedy była już czysta założyłam jej uzdę i nałożyłam siodło. 
- Bella idę! - zawołałam i przeszłam najdalej jak się dało od zadu, żeby się nie przestraszyła i przypadkiem nie próbowała mnie kopnąć. Będąc po drugiej stronie podpięłam popręg, tak, żeby siodło się nie zsunęło.
- Chyba jesteś gotowa - oznajmiłam jej z uśmiechem. Założyłam toczek na głowę. W tej chwili  gratulowałam sobie wygodnego stylu. Dzięki temu zawsze mogłam wsiąść na konia. Wyprowadziłam klacz z boksu i skierowałam kroki w stronę ujeżdżalni.  Tam czekał Bartek, widocznie w lepszym humorze. Sam stał obok jakiejś  osiodłanej klaczy przypiętej do ogrodzenia. 
- Tak na wszelki wypadek - mrugnął do mnie - Na niej będziesz mogła spróbować wysokich skoków, bo Bella  nie chce i raczej nie powinna skakać w tym wieku. Poczekaj, przytrzymam strzemię - powiedział. Zwinnie wsiadłam na grzbiet Isabelli. Całe ciało przeszedł mi przyjemny dreszcz emocji. Ustawiłam jeszcze długość strzemion i ruszyłam. Zawsze wyobrażałam sobie jazdę na karej, ale teraz rzeczywistość była dużo lepsza. Z nią wiązały się moje najlepsze chwile tutaj, byłyśmy idealnie do siebie dopasowane. Postanowiłam na rozgrzewkę zrobić na zmianę dwa okrążenia z aglezowaniem w stępie i dwa w półsiadzie. Następnie zrobiłam z nią slalom i kilka wolt. Bella słuchała mnie i idealnie  wykonywała wszystkie polecenia. Później przeszłyśmy do kłusa i przejechałyśmy wokół różnych przeszkód. Tak bardzo skupiłam się na jeździe, że nie widziałam i nie słyszałam Bartka. Teraz byłam tylko ja i Bella. Moje serce przyśpieszyło a na twarzy zagościł uśmiech. Wtem klacz skierowała mnie lekko w stronę kawaletek. Przejechałyśmy bez problemu. Lecz zauważyłam, że kara wyraźnie chce przeskoczyć jedną z niskich przeszkód. Zdziwiona zawahałam się przez chwilę, ale to był  tylko drążek na wysokości  20cm, więc stwierdziłam, że nie ma się czego bać. Bella przeskoczyła, lądując w  pięknym stylu. przechodząc do stępa poklepałam ją po szyi 
- Pięknie malutka. Chyba jednak nadal lubisz skakać, co? - w odpowiedzi dostałam zadowolone parsknięcie. Wydawała się być pełna energii. Znowu popędziłam ją do kłusa by po chwili przejść w galop i zrobić kilka foule. Po tym jednak wróciłam do kłusa, ponieważ nie chciałam jej zbytnio przemęczać. Jednak ona wyraźnie zasugerowała mi, że chce spróbować czegoś jeszcze. Skierowałyśmy się w stronę 40cm koperty. Bella ponownie perfekcyjnie wykonała skok. Byłam w lekkim szoku, zwłaszcza, że Bartek wspominał o tym, że ona nigdy nie pozwala na sobie skakać. Przeszłyśmy stępem jeszcze jedno okrążenie, po czym podjechałam do Bartka.
- To nie możliwe! Ona nie skakała już jakieś dwa lata! Wcale! Nawet Weronika nie potrafiła jej do tego namówić.
- Może przypomniało jej się, jak ją szkoliłam? To ze mną robiła swoje pierwsze lonże i ja ją przyzwyczajałam do siodła i trzymania na grzbiecie ludzi. Co prawda wydaje mi się prawie niemożliwe żeby to pamiętała, ale nie widzę innego wyjaśnienia - powiedziałam, schylając się i wtulając w jej szyję.
- Ale ja i tak muszę przyznać Izz, niesłusznie w ciebie wątpiłem - uśmiechnął się do mnie szczerze. Już otworzyłam usta kiedy ktoś zza moich pleców mi przeszkodził.
- Izz? A więc to dlatego wydałaś mi się znajoma! - usłyszałam arogancki głos - Kopę lat przyjaciele!
- Jakub?! - krzyknął  zaskoczony Bartek. Zirytowana Bella lekko wierzgnęła, ale uspokoiłam ją i szybko zeszłam z siodła. Przystojny mężczyzna  podszedł nieco bliżej.
- Owszem, braciszku! To ja, ale opanuj się proszę. Widzisz, przestraszyłeś  koniki - powiedział kpiąco. Odwrócił się w moją stronę z błyskiem w oczach - To nieuprzejme, że mi nic nie powiedziałaś w taksówce. Wyglądasz niesamowicie! Do twarzy ci w blondzie - mrugnął szelmowsko.
- Dziękuję za komplement, Jakubie - odwróciłam się w stronę Bartka. Wybacz, ale muszę już iść do domu. Muszę jeszcze załatwić parę spraw,a chyba się zasiedziałam
- Jasne, nie ma problemu. Przyjedź jutro to spróbujemy cię posadzić na jeszcze innym koniu. Tylko mam małą prośbę... Mogłabyś rozsiodłać Bellę i zaprowadzić ją do boksu? Chyba będę zajęty przez najbliższy czas - powiedział patrząc chłodno w oczy brata.
- Pewnie,z wielką chęcią! Widzimy się jutro  - powiedziałam i zaczęłam się oddalać. Przed odejściem rzuciłam jeszcze przelotne spojrzenie Jakubowi.
- Mam nadzieję, że spotkamy się  w najbliższym czasie. Jestem pewien, że lampka wina w samotności nam nie zaszkodzi-  uśmiechnął się szeroko, jakby na to czekając.
- Cześć - rzuciłam zdawkowo oddalając się pośpiesznie wraz z klaczą. Ten facet zdecydowanie pozwala sobie na zbyt wiele. Czułam powoli opętującą    mnie  wściekłość. Nagle jednak uśmiechnęłam się przypomniawszy sobie o  minie Bartka.
- No no, kochana. Coś mi się wydaje, że starszy brat zedrze mu ten zarozumiały uśmieszek z twarzy - rzuciłam lekko do Belli.
 gify konie
Patrzyłem jeszcze chwilę za oddalającą się Izabelą. Miała wyjątkowo przyjemnie obcisłe spodnie.
- Wow! Niesamowite kształty jej się udało zatrzymać - gwizdnąłem z podziwem. Kątem oka zauważyłem, że Bartosz zrobił się czerwony z wściekłości
- Radzę ci zamknąć jadaczkę, bo jeszcze ci za nią dołożę - aż zachłysnął się powietrzem. No tak, wieczny dżentelmen. Mrugnąłem do niego
- No co? Czyżbyś nigdy nie przypatrywał się kobiecym pośladkom? Nie mów, bo nie uwierzę -zaśmiałem się kpiąco. Zacisnął pięści tak mocno, że aż zbielały mu knykcie
- Czego ty właściwie tutaj szukasz?! - krzyknął na mnie
- A, przyjechałem w odwiedziny. Nie można już się spotykać z rodziną? - zapytałem nadal pewnie.
- A od kiedy znowu się z tą rodziną kontaktujesz?  Przez prawie dwadzieścia lat jakoś nie miałeś takiej potrzeby.
Westchnąłem kręcąc  głową z politowaniem.
- Są rzeczy ważne i ważniejsze. Dla mnie ważniejsza jest wygoda. Jednak ostatnio coś mnie tchnęło i postanowiłem przyjechać do was na jakiś czas. Przypomnieć sobie życie w takiej dziurze.
Teraz z jego oczy wręcz ciskały we mnie gromami.
- Do twojej wiadomości nie ma już ,,nas". Tata nie żyje - patrzył się mi prosto w oczy i przez chwilę miałem wrażenie, że widzę w nich nutę nadziei. Kiedy doszło do mnie to, co powiedział zaschło mi w gardle.
- Tata nie żyje? - zapytałem kompletnie zbity z pantałyku - To nie możliwe! Co się stało?
- Miał wypadek samochodowy. Jechał w trakcie burzy i stracił panowanie nad kierownicą.
- Więc to twoja wina! Powinieneś był go zatrzymać przed wyjazdem! - tym razem to ja krzyczałem.
- Jak śmiesz mi coś takiego mówić?! To nie przeze mnie cierpiał dwadzieścia lat! - wrzasnął maksymalnie już wściekły. Zacisnąłem usta.
- Chyba to nie jest dobry moment żeby z tobą rozmawiać. Przyjdę jutro - już miałem odchodzić, kiedy wpadło mi coś wstrętnego do głowy - A jeśli spotkasz Izę to weź od niej numer. Nie mogę się doczekać aż sprawdzę jaka jest w łóżku! - Sam ogłupiałem po tych słowach. Przecież nie miałem takiego zamiaru! Już miałem się wytłumaczyć, ale w tym momencie oberwałem z pięści w nos.
gify konie
Westchnąłem, zdając sobie sprawę,  że Izz nie odzywała się cały dzień. Obiecała zadzwonić wieczorem... Było już przed 24 a ja dopiero wychodziłem z pracy. Potarłem w zadumie czoło, ruszając autem z parkingu. Jutro muszę wziąć wolne i pobyć dłużej z końmi. Zdaję sobie sprawę, że bez Izy reszcie pracowników będzie dużo trudniej. Oprócz niej zatrudniam przecież tylko trzech, a stadnina wcale nie jest mała.  Chyba znajdę kogoś na czasowe zastępstwo. Westchnąłem ciężko. Jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a osobiście wolałbym być teraz w Polsce z Izą. Wiem ile babcia dla niej znaczyła i zdaję sobie sprawę, że jest jej teraz bardzo ciężko.

Kładąc się do łóżka postanowiłem, że nawet będąc daleko, chcę robić wszystko co mogę żeby jej        pomóc. Każdy czas bez niej oznaczał zawsze dla mnie okropne chwilę. Leżąc samotnie czułem, że nie wytrzymam tak bez niej długo. A choćbym nie wiem ile pracowników zatrudnił, to i tak nikt jej nie zastąpi. Wysłałem jej jeszcze SMS-a, mając nadzieję, że jej nie obudzę. Powoli zacząłem odpływać w krainę snów, szczęśliwy, że wreszcie, chociaż na kilka godzin zostawię te wszystkie sprawy daleko od siebie.



gify konie

Przepraszam, że tak późno, ale jest :) mam nadzieję, że  się wam  spodobał. Proszę, napiszcie mi w komentarzach adresy waszych blogów. Nie obiecuję, że od razu przeczytam wszystkie, ale chętnie bym spróbowała w wolnym czasie ;)
paaa :D

piątek, 25 października 2013

http://czerwony-rumak.blogspot.com/

Zapraszam na mojego nowego BLOGA. Przed chwilą zamieściłam pierwszą notkę, mam też wstępny zarys bohaterów ;) Miło mi będzie, jeśli chociaż duża część z Was będzie chciała czytać tamtego bloga, bo się staram ^_^ Pokażcie komentarzami, nawet króciutkimi, że będziecie ze mną i mogę na Was liczyć ;) 

Dla tych, którzy chcieliby już nowe rozdziały tutaj, informacja. Pracujemy NIE TYLKO nad nowymi rozdziałami, przy których robota wre, ale również nad urodzinowym dodatkiem :D Na razie nic więcej nie powiem :#
~Sydney F.

niedziela, 6 października 2013

Ankieta

   Zachęcam do głosowania w urodzinowej ankiecie :D 
   Można zaznaczać wiele odpowiedzi. 
   W komentarzach pod tym postem możecie też wygłaszać swoje pomysły :) Ankieta kończy się 24 listopada o godzinie 20.00

piątek, 4 października 2013

Rosdźau 53

~Wiki~

Już miałam wychodzić ze szpitala, kiedy zobaczyłam Bartosza. Rzucił mi zadowolone spojrzenie.
-Udało mi się cie jeszcze złapać- powiedział ukontentowany.
-Właśnie wychodziłam- oznajmiłam, próbując go wyminąć.
-W porządku, odwiozę cię.
Jego nachalność zaczynała mi działać na nerwy. I pomyśleć, iż przyszło mi do głowy, że zerwie ze mną kontakt, jeśli dowie się kim naprawdę jest pani Domerdz.
-Mam samochód-lekko podniosłam głos, starając się go przekonać, żeby dał mi spokój.
-Wiem. Przyjechałem autobusem- zaśmiał się serdecznie, ale ja wciąż miałam ponurą minę.- Odwiozę cię twoim autem. Jesteś roztrzęsiona, nie powinnaś prowadzić.
Nie miałam siły się z nim dłużej kłócić, więc uległam. Zawiózł mnie do samego domu, (po drodze odebraliśmy mojego syna od jego kolegi) a nawet wstawił samochód do garażu, który u nas miał wspólną ścianę z domem. Potem poszedł na przystanek, a ja już nawet nie próbowałam go zatrzymywać czy proponować, że teraz ja go odwiozę. Niech się stąd wynosi tak jak dotarł.
gify konie
Magdę wypisali ze szpitala jeszcze przed powrotem Darka. Postanowiłam ukryć przed nim prawdę o jej wypadku, ale nie omieszkam dać jej nauczki. Na zapłatę mandatu musiała sobie zapracować. Przez najbliższy miesiąc miała co dzień po szkole sprzątać w moim gabinecie.
Madzia więcej nie poruszała tematu koni. Wiedziała, że robię jej wielką przysługę, zatajając prawdę przed Dariuszem. Przecież gdyby on się o tym dowiedział, dałby jej szlaban nawet na oddychanie... o ile wcześniej nie wyrzuciłby jej z domu. Mój mąż wrócił do domu późnym popołudniem w niedzielę. Jedliśmy ugotowany przeze mnie obiad, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
-Ja otworzę- od razu poderwał się Darek.
Zgodziłam się skinieniem głowy.
-Wiki! Ktoś do ciebie!- zawołał od drzwi.
Minęliśmy się w przedpokoju, kiedy ja szłam do drzwi, a Darek wracał do obiadu. Omal się nie zachłysnęłam na widok Amandy.
-Co ty tu robisz?- spytałam opierając jedną rękę na drzwiach, drugą na ścianie, by nie weszła do środka.
-Chcę pogadać. Wpuścisz mnie?- spytała.
Musiała się bardzo zdziwić, gdy zamiast odsunąć się i pozwolić jej wejść, popchnęłam ją i zamknęłam drzwi za nami, ale nie z tej strony, jak oczekiwała- czyli gdy znalazłyśmy się na zewnątrz. Spojrzała na mnie zaskoczona, a ja wskazałam altankę stojącą po drugiej stronie posesji wystarczająco daleko, by Dariusz nie mógł nas podsłuchać lub zbliżyć się niepostrzeżenie.
-Tam będziemy mogły porozmawiać- powiedziałam, a na miejscu dodałam:- A tak w ogóle skąd ty masz mój adres?- usiadłyśmy wygodnie na drewnianych ławeczkach z przyszytymi nań poduszkami.
-Od Bartosza.
-A skąd on...?- nie zdążyłam skończyć pytania, kiedy uświadomiłam sobie skąd on wie gdzie mieszkam. Przecież wczoraj odwiózł mnie do samego garażu.- Zdrajca!- syknęłam.
-Spokojnie- Amanda zaśmiała się słodko.- Kilka godzin zajęło mi przekonywanie go, żeby mi podał twój adres i kazał mi przyrzec, że przekażę ci parę rzeczy od niego. On naprawdę cię kocha...
Ostatnie zdanie wypowiedziała ledwie słyszalnie, ale wystarczyło bym zerwała się z miejsca.
-Za późno!- starałam się trzymać nerwy n wodzy. Mam rodzinę i... i...- brakło mi słów.
-Czy ty zawsze musisz wszystko komplikować... Wiki?- Moje imię zaakcentowała tak jak kiedyś, kiedy jeszcze byłyśmy nastolatkami, a Amanda odgrywała rolę ciernia w moim ciele- położyła nacisk na ,,Wi" i przeciągnęła ostatnie ,,i".
Zagryzłam zęby na wspomnienie tych kilku lat najpierw w Świecie Rumaków, później w Equilandzie.
-Niby co?- spytałam, gdy już trochę mi przeszło.
-Przyszłam tu po co innego, ale sama się prosisz, żeby cię trochę douczyć a'propos przeszłości. Na początku życiowa lekcja- jeśli nie chcesz, żeby ktoś coś zobaczył, zamazuj to całkiem, opcjonalnie bierz inną kartkę i pisz od nowa. Jedną linią to sobie możesz...
Podkreśliła powagę swoich słów chwilą milczenia. Ja ten czas poświęciłam na intensywne myślenie o co jej chodzi. Już miałam się poddać, kiedy mnie olśniło. List do Izy!
-Powiedziała mu?- bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
-Owszem. Wtedy wywołałaś duże zamieszanie. Iza na drugi dzień po twoim wyjeździe przyjechała  do schroniska. Byłam tam wtedy i zalecałam się do Bartka. Szpanowałam moim pięknym Kamisem. Pokazywałam Bartoszowi, czego nauczyłam konia. Właśnie popisywałam się stępem hiszpańskim, kiedy Izka przebiegła niemal pod kopytami Kamisa. Nigdy nie był zbyt łagodny, jak to ogier. Wtedy stanął dęba tak wysoko, że prawie polecieliśmy oboje do tyłu, strzelił trzy barany i pogalopował w stronę Green Trees. Oczywiście beze mnie na grzbiecie. Dębowanie wytrzymałam, ale spadłam przy pierwszym baranim skoku. Po prostu nie byłam na to przygotowana. Jeszcze omal nie kopnął mnie w głowę. A  wtedy nie założyłam kasku. Dopiero ułożyłam sobie włosy u fryzjera, nie planowałam też nic ekstremalnego. Z Green Trees do Bartosza szliśmy stępa, potem pokazywałam mu sztuczki w stępie lub z ziemi. Ale do konkretów. Nie zdążyłam się wydrzeć na Izę, kiedy ona, nawet nie zwracając uwagi na spłoszonego ogiera, wetknęła Bartkowi list od Wiki. Przeczytał na głos, bez ostatniego zdania. Zamurowało mnie. Nigdy za tobą nie przepadałam, ale ta chora rywalizacja uczyniła mnie tym, kim byłam. Dobrze się uczyłam, żeby być lepszą od was, ciężko trenowałam, żebym to ja zgarniała pierwsze miejsca zapisując się do tych samych zawodów co wy. Aż wreszcie wy weszłyście w posiadanie wspaniałej Dashy- ja zmieniałam konie jak rękawiczki, kupowałam te najdroższe, chciałam nadrobić to, czego ja nigdy nie będę miała. Nie było drugiego takiego konia jak Dasha. Chociaż kiedyś była moja. Lacosta była wspaniałą klaczą, ale ja tego nie doceniałam. Chciałam by była jeszcze lepsza. I zaczęłam ją bić podczas każdego treningu. Aż w końcu oszalała. Gdyby nie wy, zginęłaby. Ale byłam głupia... Hmm... w takim tempie do jutra nie dojdę do tego, co chciałam ci powiedzieć. A więc zdziwiło mnie, że wyjechałaś. W pierwszej chwili zaczęłam się śmiać. Myślałam, że żartowałaś. Oni jednak nie podzielali mojego rozbawienia. ,,Wika oddała mi wszystkie swoje nagrody, powiedziała Iza. Były dla niej bardzo ważne. Ona nie żartowała." Wtedy wszyscy się przejęliśmy. Myśleliśmy, że wrócisz. Tak minął tydzień, miesiąc, rok, pięć lat... Wtedy nie mieliśmy już wątpliwości. Chociaż Iza od początku to wiedziała. Zniknęła już po tygodniu. Miała mniej taktu od ciebie i nie zostawiła żadnego listu. Nie wiedzieliśmy, czy jeszcze żyje. Mogła przecież mieć wypadek. Ale pewnego dnia Bartek poszedł do jej domu. Otworzyła mu jej babcia i powiedziała mu, że jej wnuczka wyjechała z rodzicami i sama do końca nie wie gdzie. A dzień przed jej zniknięciem nie sprawiała wrażenia kogoś, kto nazajutrz zniknie bez słowa... Śmiała się, żartowała, po raz pierwszy przejechała ujeżdżalnię we wszystkich trzech chodach na Belli, popracowała z nią też na drągach. W życiu byśmy nie pomyśleli, że jest z nią coś nie tak. Ja bywałam w Equilandzie co dzień. Wstyd się przyznać, ale twoje odejście dało mi dużą szansę. Podkochiwałam się w nim, jednak wolał ciebie. Moje dalsze starania nie przyniosły rezultatów. Po odejściu Izy i wyjeździe Jakuba zupełnie zamknął się w sobie. Otwarcie odrzucił moje zaloty. Potem wyszłam za mąż za Kamila. Nie lubił koni, ale dla mnie postanowił nie narzekać. Nauczyłam go jeździć, a kiedy 8 lat temu moi rodzice wyjechali w dziesięcioletnią podróż dookoła świata, pomagał mi w prowadzeniu stadniny. Dopiero nie dawno dowiedziałam się o przekreślonym zdaniu z twojego listu. On naprawdę wierzył, że kiedyś wrócisz. Nie ożenił się, nawet nie miał dziewczyny. To się nazywa miłość jak z melodramatu... To tyle z mojej opowieści. Chciałabyś jeszcze coś wiedzieć?
-Co ci kazał powiedzieć Bartek, kiedy zgodził się podać ci mój adres?- spytałam, poprawiając się na ławce. Obiad pewnie już wystygł, ale chciałam dowiedzieć się wszystkiego, co mnie ominęło. Może Dariusz nie będzie się złościł.
-To zaraz. Sprawę Bartka i moją przekażę ci na końcu. Jakieś pytania do tego, co już powiedziałam?
Zastanowiłam się chwilę.
-Co wiesz o śmierci Roberta?- spytałam.
Moje słowa zawisły w powietrzu. Nie powinnam o to pytać, to już inna historia, ale musiałam wiedzieć. Bartosz był taki przybity... Nie chciałam go wypytywać.
-Jechał samochodem i wyleciał w powietrze. Jeśli chcesz szczegółów, to ja naprawdę nie jestem najodpowiedniejszą osobą.
-W takim razie nie mam więcej pytań.
-No to tak. Przyszłam w ogóle zapytać jak się czuje twoja córka i przeprosić za to, co się stało. Pracowałam, a Agata niepostrzeżenie wsadziła ją na konia. Po wypadku wszystkie zwiały, ale dzieciaki zapomniały, że mamy monitoring- prychnęła rozbawiona.- Sprawdziłam go zanim przyjechało pogotowie, a przy twojej córce znalazłam twoją wizytówkę. Było to samo nazwisko, co w jej legitymacji, więc zadzwoniłam. No to jak się czuje... Magda, tak?
-Magda- potwierdziłam.- Dobrze. Dziś rano wypisali ją ze szpitala. Miała wstrząśnienie mózgu, ale nic jej nie będzie. To co chciał Bartek?
-Kazał mi przekazać, żebyś przyjechała do niego razem z mężem i córką. Jeśli chce jeździć, nie zabraniajcie jej. Może on przekona twojego męża do jazd dziewczyny. Na końcu dodał jeszcze ,,Zanim się nie zgodzisz pomyśl, co ty byś zrobiła w jej wieku, gdybyś nie mogła jeździć".
Owszem, miałam się nie zgodzić, ale to ostatnie zdanie... eh... Oczywiście bym się nie poddała. Kochałam konie i stosowałam się do zasady ,,po trupach do celu", gdzie ,,celem" była jazda konna.
-To tyle- kontynuowała Amanda.- Ja już pojadę. Odprowadzisz mnie do samochodu?
Niechętnie poszłam za nią. Wsiadła do samochodu i odpaliła silnik, gdy jeszcze coś jej się przypomniało. Uchyliła szybę, gdyż już byłam w drodze do domu.
-Zapomniałabym. Bartosz kazał ci jeszcze przekazać, że zaraz po twoim odjeździe do szpitala w stajni zjawiła się Iza. Chciał ci to powiedzieć wieczorem, ale brakło mu odwagi.
Nie zdążyłam otworzyć ust, gdy po prostu odjechała, zostawiając mnie samą. A mi zakręciło się w głowie. Ledwo dotarłam do pustej już jadalni, ze świadomością, że muszę pogadać z mężem.
gify konie
Hej (: leżę właśnie chora już od wtorku, więc postanowiłam sobie popisać. Na tygodniu nie mam czasu, a w weekend... W piątek wróciłam z koni przed 19.00, nie miałam kiedy włączyć komputera, w sobotę od 12.00 do 20.30 robiłam prezentację na angielski, a w niedzielę nie mogłam już patrzeć na komputer. Oczywiście następne weekendy będę miała luźniejsze, bo na konie będę się umawiać najpóźniej na 16.00, nie na 17.00 jak ostatnio, a w soboty nie będę siedziała z Power Pointem i Googlami. Ale w tym tygodniu muszę nadrobić zaległości. Wczoraj rysowałam sobie taki emblemacik:
Dużo różni się od ORYGINAŁU, ale jestem z niego dumna ^_^ Zawisł już na szafce pod obrazkiem 3D. Heh, nie mam już gdzie przyczepiać tego wszystkiego. Ale mój rysunek pierwszy raz został powieszony :D

Tutaj są dwa rysunki z mojego szkicownika. Rysowałam je jeszcze w wakacje. Pierwszy arabek (po łysinie i skarpetkach/pończoszkach przyjmuję, że kasztanowaty), a drugi to łebek siwego jabłkowitego :D

PS Sophie, nie przyjmuję do wiadomości rewanżu. ;P Dalej się upieram, że TY rysujesz milion razy lepiej i koniec, kropeczka, myślniczek, czy co tam wolisz :D
PS2 musiałam odwołać dzisiejszą jazdę :( A wielka szkoda, bo pogoda śliczna. Chłodno jest, ale niebo bezchmurne... Czemu muszę chorować akurat teraz? :'(
PS3 blog Koniowatej końcaył dopiero roczek, a rocznica Karoszka przypada na 25 listopada. Szukuję coś fajnego, ale nie wiem jak  się wyrobimy ;)

sobota, 14 września 2013

Rozdział 52

~Wiki~

    Zanim wyszłam z domu czekałam, aż Magda zrobi to pierwsza. Nie chciałam, żeby widziała jak wychodzę. Kiedy wreszcie wyszła do koleżanki, ja wzięłam się za siebie. Odprowadziłam Rafała do rodziców jego kolegi, a sama wsiadłam w samochód.
Dojechałam do stadniny, kiedy słońce było już wysoko na niebie. Nie wiem dlaczego w ogóle chciałam znów tam jechać. Po prostu coś mnie tam ciągnęło...
Wyskoczyłam ochoczo z samochodu i pomachałam do Bartka zamiatającego przy ujeżdżalni. Odmachał mi z uśmiechem, a ja poczułam, że policzki mi płoną. Nie wiem skąd wziął się ten cały entuzjazm, ale zdecydowanie przesadzam. Przecież masz męża i dwoje dzieci, upomniał mnie głos, który tylko ja słyszałam. Na konie też się nie napalaj, bo przecież nie jeździsz. Pamiętasz, co było, gdy ostatnio włożyłaś nogę w strzemię? Westchnęłam i spuściłam głowę. Nieśmiało podeszłam do dawnego przyjaciela. Żeby on tylko wiedział, kim tak naprawdę jestem... Oczywiście miałam wielką ochotę mu powiedzieć, ale bałam się, że jeśli to zrobię, już nigdy nie zobaczę tego uśmiechu. Może Bartosz nie będzie mnie chciał widzieć, a może ja wykrzyczę mu wszystko w twarz i ucieknę, by nigdy nie wrócić? Nie, najlepiej poznajmy się od nowa, stwierdziłam.
-Chcesz mi pomóc przy tym gniadoszu?- spytał, wyrywając mnie z zamyślenia.
Dopiero teraz zauważyłam, że nastoletni chłopiec, który przed chwilą mknął po parkurze, oddawszy wodze rumaka rasy holsztyńskiej Bartkowi, właśnie siadał na przednim siedzeniu nowego srebrnego Citroena D S5.
-Ja...- odparłam nieśmiało- boję się koni.
Wypowiedziałam to niemal szeptem, ale on dobrze usłyszał. Pokiwał głową ze współczuciem.
-Ani* wspominała jak odskoczyłaś przed pokojowo nastawionym Highway'em. Nie wiedziałem, że jest aż tak źle...
-Anitka wróciła do stajni? Przekonała mamę?- zainteresowałam się na wspomnienie młodej koniary.
-Poszły na kompromis. Może wrócić do pracy i jeżdżenia dopiero tydzień po zdjęciu gipsu. To jednak nie powstrzymało jej przed odwiedzinami. Ale tylko z mamą, która miała jej dopilnować. Chodź, pomożesz mi przy koniu. Nie będzie to nic trudnego. Nie musisz go nawet dotykać. Poczekaj, występuję tylko tego zgrzanego nieszczęśnika i możemy iść.
gify konie
-Jak ma na imię?- spytałam Bartka przynosząc kopystkę, gąbkę, koński szampon, zbierak do wody, grzebień do grzywy/ogona i olej do kopyt, tak jak mi kazał, gdy sam rozsiodłał konia i przywiązał przy myjce.
-Calypso- odparł, klepiąc czule konia po łopatce.- Wałaszek Kamila. Chłopak nieraz nie omieszkał mi przypomnieć, że, cytuję, ,,jego koń jest wart tyle co cała ta brudna stajnia i jeśli coś mu się stanie, zniszczy nas". Calypso nie jest aż TAKI drogi, ale za lekko sto tysięcy by się go sprzedało. Świetny skoczek. Szkoda, że właściciel poświęca mu tak mało czasu. Kiedy przyjeżdża do stajni koń ma być nie tylko lśniący i osiodłany, ale też rozprężony. Czasem żałuję, że zrobiłem tą karuzelę, ale bez niej mielibyśmy najwyżej więcej roboty. Kamil wysiada z limuzyny, wskakuje na siodło i wio galopem po parkurze. Półtorej godziny treningu, oddaje mi wodze Calypsa, po czym nie obchodzi go, co się dalej dzieje z wierzchowcem. Jak ma dobry humor i masę czasu, to NAWET rozstępuje go po treningu, co zdarza się niezwykle rzadko. A te treningi są strasznie forsowne.- Podniósł nogę konia i obmacał pęcinę.- Gorąca. Mam nadzieję, że to nic poważnego, ale w takim tempie po dwóch latach ten koń ledwo będzie się trzymał na nogach. Wyczyśćmy go teraz, a potem zobaczę co z pęciną. Dasz radę go uczesać? Najpierw grzywa.
Skinęłam niepewnie głową. Już podnosiłam grzebień, kiedy zadzwonił mój telefon. Calypso stanął dęba i zaczął rzucać się na uwiązie. Odskoczyłam z krzykiem, a Bartosz jednym szarpnięciem odpiął karabińczyk bezpieczeństwa, po czym poszedł w moje ślady. Koń galopem wybiegł ze stajni. Zobaczyłam Jak kilku jeźdźców wracających z jazdy puszcza swoje wierzchowce i odskakuje na boki, a konie, jakby nigdy nic ignorując przerażonego końskiego kumpla, spuszczają łby i zaczynają skubać skąpą trawkę na wydeptanej ziemi. Calypso zatrzymał się dopiero pod ujeżdżalnią i zaczął się paść.
-Wiktoria- powiedział Bartek oddychając powoli.- Telefony na terenie stajni wy-łą-cza-my!
- Przepraszam- sapnęłam. Telefon tymczasem zaczął dzwonić po raz trzeci. Zignorowałam go przez to całe zamieszanie.- To chyba coś ważnego. Muszę odebrać- Nacisnęłam zieloną słuchawkę.- Halo?
~Pani jest matką Magdaleny?~ usłyszałam w słuchawce.
-Ta-ak- odparłam ostrożnie.- A o co chodzi?
~Pani córka miała wypadek. Spadła z konia. Niby nic poważnego, ale co chwilę traci i odzyskuje przytomność. Teraz też zdążyła tylko podać nam numer do pani i zemdlała. Może pani przyjechać do stadniny Green Trees? Zaraz będzie też pogotowie.
Z konia? Jest nieprzytomna? Wezwali karetkę? Zrobiło mi się czarno przed oczami. Oparłam się o ścianę, żeby nie upaść.
~Jest pani tam?
-Tt... Yhym- Nie mogłam z siebie wydusić słów.
~Przyjedzie pani?
-Będę za pięć minut- powiedziałam na jednym oddechu. Zdążyłam się rozłączyć, a telefon wyleciał mi z ręki.
-Wszystko w porządku?- Spytał Bartek. Dopiero teraz zauważyłam, że to on był tą ,,ścianą", o którą się oparłam.
-Magda miała wypadek- wydukałam zrozpaczona. Widziałam, że jest zmieszany.- Moja córka!- wyjaśniłam.- Spadła z konia. Jadę do Green Trees.
Bartosz rozejrzał się nerwowo po stajni. Jego wzrok zatrzymał się na około szesnastoletniej dziewczynie z długimi brązowymi włosami.
-Nika- zawołał do niej.- Zajmiesz się Kapslem?! Nagła sytuacja.- skinęła głową, a on zwrócił się do mnie.- Jadę z tobą.
Nie zadając więcej pytań po prostu pobiegłam do auta.
-Kapslem?- spytałam wyjeżdżając z terenu stadniny. I co to za Ika?
-Calypsa pieszczotliwie nazywamy po prostu Kapsel. Nika, nie Ika, to nasza Weronika. Mamy dużo wolontariuszy. Siedemnastolatka jest wśród nich najstarsza. Starsi stajenni są tu zatrudnieni za pieniądze. Mamy też kilku instruktorów. Weronika często prowadzi lonże, a sama jest świetną amazonką. Jeździ od 10 lat i do niej należy mistrzostwo Polski juniorów na Belli kilka lat temu.
Dalej rozwodził się na temat dziewczyny. Z tego co mówił można wywnioskować, że jeździ lepiej niż ja i Iza w jej wieku. Ale my jeździłyśmy też krócej. Zaczęłyśmy dwa lata później niż ona. Skupiona na prowadzeniu samochodu nawet nie wspomniałam, że dziewczyna wydała mi się co najmniej rok młodsza. Wyłapałam też informację, że Wera pracuje z trudnymi końmi, ma Złotą Odznakę i o wiele za często wchodzi z jakąś tam Agatą w konflikty. Podobno to jest córka naszej Amandy, o wiele gorsza od mamuśki.
-Zostań tu- powiedziałam do Bartka.
-Ale...
-Proszę cię. To dla mnie wystarczająco trudne. Czuję twoje wsparcie, a teraz na mnie zaczekaj.
Wybiegłam z samochodu i pobiegłam w stronę grupy ludzi przy ujeżdżalni i karetki pakującej moją córkę.
-Co się stało?!- krzyknęłam.- Co jej jest?!
-Pani jest matką dziecka?- spytał ratownik medyczny. Skinęłam głową.- Jedzie pani z nami?
-Mam samochód na parkingu... Ale czy możecie mi powiedzieć, co jest mojej córce?
-Jej stan jest stabilny. Na razie pozostaje nieprzytomna. Więcej dowiemy się po przyjeździe do szpitala.
-Jedźcie- odparłam.- Ja zaraz dojadę moim autem.
Karetka odjechała na sygnale, a ja przyjrzałam się kobiecie stojącej przez cały czas koło mnie. Przechyliłam głowę, przyglądając się twarzy, która wydawała mi się znajoma.
-Amanda?- spytałam powoli.
-Czy my się...- zaczęła, kiedy jej oczy nagle rozbłysły.- Wiktoria? Wiktoria Maj?
Nim zdążyłam potwierdzić, do Amandy doszła jakaś dziewczyna.
-Ta Maj?- prychnęła rozbawiona.- Ta, która nie potrafiła naprowadzić konia na przeszkodę i przez którą szkapa zginęła?- Łzy stanęły mi w oczach na wspomnienie tamtych chwil. Ale dziewczyna kontynuowała.- Ta, która tchórzliwie uciekła na drugi koniec kraju, zostawiając tu wszystko?
-Dość!- odezwał się głos za nami.
Odwróciłyśmy się automatycznie i zobaczyłyśmy Bartosza. Na ustach dziewczyny zatańczył złośliwy uśmieszek.
-Myślisz, że...
-Agata!- warknęła Amanda.- Po tym co zrobiłaś nie powinnaś mieć już nic do powiedzenia. Później się rozmówimy, a teraz do stajni. Never trzeba wyczyścić.
-A od czego są stajenni?
-Na pewno nie od wyręczania cię. Już!
Obie poszły do wielkiej stajni, jeszcze większej niż była kiedy ją ostatnio widziałam.
-Długo tu jesteś?- spytałam szeptem.
-Wystarczająco- jego spokojne oczy nie zdradzały żadnych uczuć.- To jedziemy do szpitala?- wsiedliśmy do samochodu, kiedy on kontynuował:- Nie wiedziałem, że umiesz tak dobrze kłamać- nawet na mnie nie patrzył.
-Nie kłamałam. Domerdz to nazwisko mojego męża, a od ślubu także moje. Już od lat nie użyłam ani razu starego nazwiska.
-I nie mogę sobie wybaczyć, że cię nie poznałem! Nawet Amandzie się to udało.
Zaśmiałam się z ironią.
-Poznałeś. Widziałam to po tobie. Ale kiedy się przedstawiłam ci jako pani Domerdz i to taka, która beztrosko pojechała na studia, wmówiłeś sobie, że to nie ja.
Powiedziawszy to zdałam sobie sprawę z tego, że w rzeczywistości go okłamałam. Może nie, kiedy się przedstawiałam, ale potem. Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle.
-Naprawdę boisz się koni?
-Tak. Kiedy tylko widzę konia, przypominam sobie Dashę. Serce wali mi w piersi tak mocno jak wtedy, kiedy galopowałyśmy razem po konkursowym parkurze. Wstyd się przyznać, ale to po prostu straszna hippofobia.
-Dlatego odskoczyłaś przed Highway'em i nie robiłaś nic, żeby uspokoić Kapsla?
Potwierdziłam cicho.
gify konie
-Czemu tu stanęłaś?- spytał, gdy wjechałam na parking jego stadniny.
-Bo ty tu wysiadasz.
-Ale... eee... ja...- jąkał się.
-Nie martw się, Bartek. Przyjadę do ciebie w przyszłą sobotę. A myślę, że nie powinieneś jechać ze mną.
Odprowadził mnie wzrokiem, kiedy jechałam do wyjścia. Tam minął mnie mały, zielony samochód. kobieta, siedząca za kierownicą wydała mi się znajoma, ale nie zwróciłam na nią większej uwagi. Po prostu skierowałam się w stronę szpitala.
gify konie
Przed salą powitał mnie lekarz. Rzuciłam mu pytające spojrzenie.
-Pani córka ma dość poważne wstrząśnienie mózgu- powiedział.- Nic bardzo poważnego. Już się ocknęła. Ale mogło skończyć się to o wiele gorzej. Miała szczęście, że ziemia była dość miękka, a koń jej nie kopnął. Niech jej pani wbije do głowy, że ma jeździć w kasku. I żadnej jazdy konnej przez najbliższy miesiąc.
Już ja się o to postaram, pomyślałam wściekła. Podświadomie wiedziałam, że jeszcze pozostaje opowiedzenie wszystkiego Darkowi. Oczywiście nie powiem mu, że spadł z konia. Powiedziałam lekarzom, żeby nie wspominali o koniach i weszłam do sali, na której leżała Madzia.
-Mamo, ja...- zaczęła się tłumaczyć na mój widok.
-Milcz!- ledwie trzymałam nerwy na wodzy. Odetchnęłam głęboko, chociaż miałam ochotę ją złapać i porządnie potrząsnąć.- Co ty sobie myślałaś? Czy w ogóle myślałaś? Ach tak, bo pewnie twoim zdaniem wsiadać na konia za moimi plecami to nic niezwykłego, hę? Mój przyjaciel ma stajnię. Zastanawiałam się, czy cię tam nie zaprowadzić. Mogłabym przekonać ojca. Ale teraz zapomnij.
Po godzinie ostrej rozmowy trochę się uspokoiłam i skończyłyśmy z tematem wypadku, czy koni. W końcu postanowiłam wracać do domu, bo było już dość późno.
-Mamo...- zaczęła Magda.
-Tak?
-Czy pięćset złoty na mandat to bardzo dużo?
-Czemu pytasz?
-Bo stwierdziłam, że i tak nigdy nie sprawdzają biletów i postanowiłam jechać bez niego.
W tej chwili skojarzyłam fakty.
-Magda!!!

*Ani- (zdrobn.) Anita [mówię tak do mojej siostry stryjecznej o tym imieniu]

gify konie
Hejoł :) Jak tam Wam mijają pierwsze dni szkoły? U mnie w miarę dobrze. Jak na liceum...
A co do koni idzie mi dość nieźle. Chociaż ostatnio mało co mi wychodzi. Klara chodzi jak chce i sobie z nią nie radzę, a Panama wybija tak mocno, że galop w pełnym siadzie (jeśli w ogóle uda mi się zagalopować) graniczy z cudem. Mimo to wolę tą pierwszą. Lepiej pomęczyć się psychicznie niż fizycznie ;)
Edit 13.09.13
Ale wczoraj było cudnie. Skakałyśmy takiego krzyżaczka. Trochę tracę równowagę przy wybiciu, ale jest spoko. Nauczę się, a i tak jeżdżę już kilka razy lepiej niż te 2, 3 miesiące temu. W końcu się nauczę :) Biorąc pod uwagę, że podczas ostatnich skoków na jakieś 10 najazdów tylko 3 razy trafiłam na przeszkodę, xD ,w tym jeszcze raz Klara mi przeszła do kłusa przed skokiem. Zazwyczaj albo zwalniała do kłusa, albo zapominałam się i za późno skręcałam i w obu przypadkach kazałam jej przejechać obok przeszkody. A wczoraj za każdym najazdem skoczyłam. (Pomijając dwa razy kiedy Ani [patrz. różową czcionką na bordowym tle] zajechała mi drogę). Kilka razy przejechałam kłusem (a miało być galopem -,-), parę przeszłam do kłusa zaraz po skoku, przy tym najeżdżałam ukosem; ale już na samym końcu jazdy najechałam prawie prostopadle, utrzymałam chód, tempo i było fajnie :D

poniedziałek, 9 września 2013

Rozdział 51

 --Iza--
To Jakub! To on jest teraz gdzieś ze mną w samolocie! Zrobiło mi się duszno. Pierwszej miłości się nie zapomina... Jednak z wiekiem emocje mijają, więc nie była już na niego tak wściekła jak kiedyś. Pozostał wspomnieniem zarówno dobrych jak i złych chwil. Nie wiem tylko czy mam siłę z nim teraz rozmawiać. Mimo wszystko nie rozstaliśmy się w zgodzie. Miałam niezłego farta, że mnie nie rozpoznał. A z drugiej strony... Jednak może nie być więcej okazji do spotkania. Póki co i tak nie wiem gdzie on dokładnie jest. Muszę niestety przyznać, że nikt nie ma takiego wspaniałego koloru oczu jak on. Harry ma w oczach głębię i miłość, a Jakub tajemnicę... O czym ja myślę?! Chyba zaczynam świrować. Zaczęłam przeszukiwać torebkę w poszukiwaniu zegarka, a przez przypadek znalazłam krzyżówki. Co to tu robi? Ja... Chyba się starzeję. Nie prawda! Pewnie przez przypadek je spakowałam. To Harry czasem je rozwiązuje. Jednak skoro już są, to można spróbować! Pierwsze hasło... I w tej chwili już mi się odechciało. Co łączy lisa z wiewiórką? Ludzie kto to wymyślił?! I nie myśląc nad tym co robię, rzuciłam książeczką przez pokład samolotu.
- Au! - usłyszałam zirytowany męski głos. Ups! I jakby humor mi powrócił. Jakiś pan w średnim wieku wstał z miejsca i pogroził w moją stronę kochanymi krzyżówkami.
- To ona! - wskazałam palcem na panią siedzącą obok mnie - Co masz na swoje usprawiedliwienie? - przybrałam srogi ton. Widząc zdezorientowanie na jej twarzy nie mogłam już powstrzymać niekontrolowanego śmiechu.
gify konie
--Harry--
Westchnąłem po rozmowie z Izz. Ona zawsze potrafi mnie czymś zaskoczyć. Mam nadzieję, że nie narobi sobie kłopotów. Chociaż... Nie, z nią to nie możliwe. Uśmiechnąłem się, wspominając nasze wspólne ,,wypadki". Różnimy się od siebie, ale jesteśmy ze sobą bardzo zżyci.
@Przez te twoje krzyżówki pewna pani prawie oberwała mi głowę! 
Parsknąłem śmiechem.   Moja sekretarka, która właśnie przechodziła, obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem. Westchnąłem. Gdyby nie była taka dobra w ,,papierkach" już dawno bym ją zwolnił. Ma fatalny charakter. Nigdy nie lubiłem swojej pracy, ale ojciec musi mieć dziedzica firmy. Nie mogę go zawieść, ważne, że mogę jeździć konno. Dzięki stadninie poznałem kobietę swojego życia. Kocham ją  i to się nigdy nie zmieni.   Spojrzałem na zdjęcie przedstawiające Izz na jej ogierze. Będę tęsknić...
gify konie
--Jakub--
Nie wiem czemu, ale ta kobieta przypominała mi Izę. Doskonale pamiętam nasz związek. Był krótki, ale szczęśliwy. Wielokrotnie żałowałem, że byłem takim debilem i ją zdradziłem. Ale tamta dziewczyna się do mnie wręcz kleiła! A Izabela zawsze trzymała mnie na ,,fizyczny dystans". No bo przecież w związkach to ważne, prawda? Jednak ja zawsze bardziej zwracam uwagę na fizyczność. Dupek? Nie... Prawdziwy facet. Zwyczajnie nie jestem zbyt ,,uczuciowy". Chociaż muszę przyznać, że przy Izie miałem już  wrażenie, że coś do niej czuję. Tylko, że mi przeszło. Znudziłem się i tyle, to żadna filozofia. Zawsze byłem wierny i uczciwy wobec przyjaciół. Chyba nie jestem złym człowiekiem... Chociaż muszę przyznać, że po tym wszystkim stchórzyłem. Uciekłem od rodziny, wyjechałem daleko na studia, a później do Niemczech. Teraz wracam, ale znając życie Ojciec i Bartek nie będą zbyt zadowoleni. Nie zostawiłem im żadnego kontaktu ze mną...Bartek był starszy, więc to jemu przypadało odziedziczenie stajni. Wszyscy wymagali od niego, żeby został i zajmował się schroniskiem. Ja miałem wybór. Mogłem albo resztę życia spędzić na wywożeniu obornika, albo pójść na studia i zacząć normalne życie. Wybrałem to drugie. Zostawiłem ich i już nigdy się nie odezwałem. Sam nie wiem czemu do nich jadę. Już dawno przerwałem ,,uczuciową" więź z rodziną.
W głośnikach rozbrzmiał przesłodzony głos stewardessy - Prosimy zapiąć pasy i  przygotować się do lądowania. Dziękujemy za wspólny lot.
Zaśmiałem się w duchu - No braciszku, przybywam!
Nigdy nie odczuwałem potrzeby kontaktu z nimi. Te parę lat szybko zleciało. Najlepszy czas, jednak dużo jeszcze przede mną.
gify konie
 --Iza--
Jechałam taksówką, będąc zupełnie gdzieś indziej myślami. Dlaczego? Obok mnie siedział nie kto inny jak Jakub. Na parkingu została już tylko jedna taryfa, a kiedy poprosił o pierwszeństwo nie wiedziałam co robić. ,,Przypadkiem" okazało się, że jedziemy do tego samego miasteczka. Dzięki temu ,,szczęśliwemu przypadkowi" obydwoje nie musieliśmy czekać. Czułam się bardzo dziwnie siedząc obok tego mężczyzny, którego kiedyś tak dobrze znałam. Jednak widać było, że się zmienił. Już nie był roześmianym chłopakiem kochającym konie, tylko nieprzyjemnym typem podrywacza. Firmowy, biały uśmiech prawie ciągle nie schodził mu z twarzy. Byłam pewna, że wiele kobiet padało z wrażenia widząc tak atrakcyjnego faceta. Z początku próbował nawiązać rozmowę, ale go zbyłam, bojąc się, że mógłby mnie rozpoznać... Chyba nie był zbyt zadowolony z tego, że jego zaczepki nie skutkują, bo zmarszczył brwi i już więcej się nie odezwał. Żeby nie wzbudzić podejrzeń, poprosiłam o wysadzenie mnie przed jedynym ,,hotelem" w miasteczku. Zanim wysiadłam, mężczyzna mnie zatrzymał, łapiąc za dłoń- Jeśli miałabyś problem z odnalezieniem się tutaj to chętnie pomogę - powiedział z kolejnym, równie sztucznym co poprzednio uśmiechem.
- Ależ dziękuję - powiedziałam słodko - jestem tutaj tylko chwilowo - Wyrwałam dłoń z jego uścisku i już chciałam zapłacić taksówkarzowi, ale Jakub znowu mnie powstrzymał. - Ja zapłacę później za ciebie, jeśli pozwolisz. - Nic nie odpowiedziałam, tylko wysiadłam z grzecznym ,,Do widzenia" na ustach. Nie mogę uwierzyć w to co się z nim stało. Wciągając torbę na ramię, oceniłam, że do mojego dawnego domu mam średnio dziesięć minut drogi. Szczerze, to nawet się  ucieszyłam. Tak dawno tutaj nie byłam... A mimo wszystko jako dziecko kochałam to miasto. Szłam powoli rozglądając się wokół siebie z lekkim uśmiechem. Wszystko co mijałam przywoływało różne stare wspomnienia. I większość z nich przypominała mi Wikę... Moją najlepszą przyjaciółkę od tak długiego czasu. Mimo tego, że wtedy bardzo się pokłóciłyśmy, ja nadal uważam ją za najbliższą mi osobę. Trochę mnie przygnębiało myślenie o niej. Od dwudziestu lat nie miałyśmy żadnego kontaktu i nie wiadomo nawet czy jeszcze go odzyskamy. Ciekawa jestem, czy kiedykolwiek tutaj wróciła. Po chwili zorientowałam się, że jestem już na naszej ulicy. Wyglądała prawie identycznie jak dwadzieścia lat temu. Zmieniły się tylko zaparkowane samochody. Przechodząc obok domu Wiktorii mimowolnie musiałam się zatrzymać. Ten sam biały, średniej wielkości domek, otoczony pięknym ogrodem i bordowym, kamiennym płotem. Nic się tutaj nie zmieniło, z wyjątkiem(oczywiście) firanek i zasłon. A może ona wróciła? Możliwe, że nawet jest tam w środku! Nie myśląc już więcej otworzyłam furtkę, która nigdy nie miała działającego zamka. Prawie, że biegnąc dotarłam do drzwi i zadzwoniłam dzwonkiem.  Usłyszałam kroki i muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie byłam tak zdenerwowana. Jednak kiedy drzwi się otwierały czułam już tylko nadzieję.
- W czym mogę pomóc? - zapytała podejrzliwie jakaś obca kobieta. Po zobaczeniu jej poczułam się jakby coś mnie kompletnie zmiażdżyło. Głupie nadzieje, jasne, że ona tutaj nie wróciła!
- Przepraszam, mieszkała tutaj kiedyś moja przyjaciółka. Może jest gdzieś w mieście? To pani Maj.
- Niestety nigdy o takiej nie słyszałam. Dom kupiliśmy z mężem od pani Domerdz.
- Ah. To dziękuję pani bardzo. Życzę miłego dnia - powiedziałam i odeszłam szybkim krokiem. Nigdy nie słyszałam tutaj nazwiska Domerdz. A w tak małym  miasteczku trudno kogoś nie znać. Z westchnieniem zawodu weszłam do mojego starego domu.

gify konie
--Nadal  Iza--
Jeszcze w Anglii dostałam od rodziców przesyłkę z kluczami do domu i samochodu. Do tego dołączony był list w którym przepraszali, że się nie pojawią, ale mają w tym czasie wycieczkę do Szkocji. Jeszcze nigdy nie byłam na nich tak wściekła. Do Szkocji?! Zostawili babcie samą na dwadzieścia lat będąc od niej całkiem blisko(przynajmniej w tym samym kraju) i się do niej prawie nie odzywali. Podczas kiedy ja, mieszkając w Irlandii rozmawiałam z nią co parę dni. To wszystko jeszcze dałoby się jakoś wyjaśnić, ale nie przyjechać na pogrzeb matki z powodu jakiś wakacji?! Tego się nie spodziewałam, zwłaszcza po mamie.
Nie mogąc dłużej usiedzieć w tym przygnębiającym miejscu, stwierdziłam, że muszę coś ze sobą zrobić. No tak! Stadnina Roberta! Muszę tylko wyprowadzić samochód z garażu i jechać.
Jakiś czas później byłam już pod stadniną, mijając się z jakimś samochodem prowadzonym przez dziwnie znajomą kobietę. Szybko wyskoczyłam z samochodu. Ciężko się przyzwyczaić do kierownicy po lewej stronie*.

*nie jestem na 100% pewna czy w Irlandii jest po prawej, ale tak mi się wydaje :P Jakby co to poprawię
gify konie 
Hej :D Sorry, że ostatnio dałam ciała i  że tak długo musieliście czekać :( Rozdział też nie jest zbyt dobry, wiem. Przepraszam i powiem, że na usprawiedliwienie mam tylko to, że w sierpniu chłopak z którym byłam ponad rok ze mną zerwał ,,Ponieważ nic już do mnie nie czuje z wyjątkiem pociągu fizycznego". Byłam trochę załamana, no ale teraz jest już ok :) Jeszcze raz przepraszam, bo mimo wszystko nie jest to zbyt dobry powód.

A z dobrych newsów! :D Spełniło się moje marzenie! Zaczęłam jeździć konno :) Moi rodzice wreszcie się zgodzili :)). Byłam dopiero na kilku jazdach, ale myślę, że idzie mi całkiem ok. No i już pokochałam moją małą Frytkę ^^ (Pełne imię - Fryga) 
No to pa :)) Mam nadzieję, że niedługo znowu się ,,zobaczymy" No i dziękuję za ostatnie miłe powitanie :)

niedziela, 18 sierpnia 2013

Rozdział 50

~Magda~

    Miałam dosyć rodziców. Oboje udają, że są najmądrzejsi, a co mi mówią? Ojciec ,,nie bo nie", a mama... Kiedyś sama jeździła konno, była jedną z najlepszych. Och, ile bym dała, żeby być na jej miejscu. A tymczasem ona sama zrezygnowała. Mając złotą odznakę i niemal mistrzostwo Polski w skokach, tak po prostu zostawiła konie. I okłamywała mnie przez te wszystkie lata. Zawsze kulała. Utykała na lewą nogę. Kiedyś spytałam dlaczego. Powiedziała, że miała wypadek samochodowy, który zmiażdżył jej nogę i choć ją poskładali, noga nigdy nie wróci do starej sprawności. Tymczasem to nie samochód a koń! Agata- moja dwa lata starsza koleżanka ze szkoły- ma swoją stajnię. Proponowała mi, że za darmo nauczy mnie jeździć. Wtedy odmówiłam, chciałam spróbować normalnie załatwić sprawę. Ale teraz już postanowiłam. Następnego dnia po rozmowie z matką, poszłam do szkoły i podczas przerwy znalazłam ją za szkołą z koleżankami, palącą papierosa.
-O, Magda- uśmiechnęła się.- Chcesz szlugę?
-Nie, nie palę- mruknęłam.- Pamiętasz twoją propozycję?
-Może i pamiętam. A co?
-Przyjmuję ją.
Usta Agaty wygięły się w szerokim uśmiechu. Nie wiem czemu w głowie zapaliła mi się ,,czerwona lampka". Jakaś część mnie krzyczała, żebym zrezygnowała, nie ufała tej dziewczynie, która może nie skończyć gimnazjum, a do tego obraca się w dziwnym towarzystwie. Ale przecież ktoś, kto kocha konie nie może być zły. Spróbowałam zagłuszyć ten krzyk. Lepiej, całkiem go zignorowałam.
-Przyjdziesz do mnie dzisiaj?
-Dzisiaj?- spytałam zaskoczona.- Szczerze wolałabym jutro. W końcu będzie sobota. Tata wcześnie rano wyjeżdża służbowo, wraca w niedzielę wieczorem. A mama ma zamiar wybyć gdzieś na cały dzień. Nie podzieliła się ze mną szczegółami.
W szkole zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec przerwy.
-To niech będzie jutro- odparła nonszalancko, chuchając mi w twarz dymem. A teraz leć na lekcję młoda, bo się spóźnisz i tatuś cię okrzyczy.
Rzuciłam jej wściekłe spojrzenie, ale szybko zniknęłam im z oczu, wchodząc do budynku.
gify konie
Mama jeszcze była w domu, kiedy ja wychodziłam. Powiedziałam, że idę do koleżanki, po czym wybiegłam z domu, unikając jakichkolwiek pytań. Wsiadłam w autobus zatrzymujący się przy stadninie Green Trees. Niestety nie miałam czasu kupić biletu. I tak nigdy ich nie sprawdzają, pomyślałam. Może za dużo autobusami nie jeżdżę, ale przez trzynaście lat życia ani razu nie miałam kontroli. Zaraz byłam już pewna co do złośliwości losu. Autobus właśnie wjechał na przedostatni przystanku mojej trasy, dwie minuty zanim miałam wysiadać, wpuścił pasażerów nowych pasażerów, wypuścił innych, ale ani nie ruszył, ani nie otworzył drzwi, kiedy usłyszałam na początku autobusu:
-Bileciki do kontroli proszę.
Nie było mowy o ucieczce. Mogłam tylko świecić oczami przed kontrolerem, poczekać aż spisze mój adres, gdy przyznałam, iż nie mam przy sobie pięciu stów na mandat i pozwolić się wykopać z pojazdu. Teraz czekał mnie spacerek do stajni. Wolałam nie myśleć o reakcji rodziców. Przynajmniej nie muszą wiedzieć, GDZIE jechałam bez tego biletu. Głupi ma zawsze szczęście, pomyślałam na wspomnienie Agaty, która nie wie co to jest bilet, a ani razu jej nie złapali.
gify konie
-Nareszcie.- Agata, siedząca na ogrodzeniu ujeżdżalni, oglądając jazdę, spiorunowała mnie wzrokiem. Miałaś tu być już godzinę temu
-Sorki.- odpowiedziałam.- Najpierw czekałam aż się matka zmyje, ale nie spieszyło jej się i wyszłam pierwsza, a potem wysiadłam przystanek za wcześnie. To zaczynamy?
-Poczekaj sekundę. Moje koleżanki właśnie szykują ci konia. Dopiero zdążyły go rozsiodłać po tym, jak stał godzinę z wędzidłem w pysku, czekając na ciebie. Teraz ty poczekaj na niego.
-Nie ma problemu.- Usiadłam obok niej.- A czemu ty go nie szykujesz?
-Patrzę na trening, nie? Widzisz tą siwą kobyłę, pierwszą w zastępie?- Przytaknęłam.- To mój koń. Ona...
-Myślałam, że wszystkie są twoje- wtrąciłam.
-Poniekąd tak. Ale nie mam czasu jeździć na trzydziestu koniach. Życia by mi nie starczyło. Więc to na niej trenuję i startuję w zawodach. Ona ma na imię Naver Let Me Down. I jak dotąd naprawdę nigdy mnie nie zawiodła*.Wygrywa każde zawody. Teraz dałam ją do treningu skokowego dla tych amatorów, bo brak nam dobrych koni skokowych. Tylko ja skaczę, kiedyś też matka, ale już dawno temu przerzuciła się na ujeżdżenie. Chociaż starzy chcą mi teraz kupić karego ogiera imieniem Highway z sąsiedniej stajenki. On nawet nie ma czystego rodowodu. Jest hanowerem z dwudziestoma pięcioma procentami krwi selle francais. Ale twierdzą, że jest najlepszy i Never na pewno nie miałaby z nim szans.
-Jakiej rasy jest Never Let Me Down?- spytałam.
-Czy ty musisz ciągle przerywać? Nie widzisz? To koń oldenburski. Na czym ja skończyłam? A tak. Właściciel nie ma zamiaru sprzedać konia, ale puścimy go z torbami i nie będzie miał wyboru. Już raz tak zrobiliśmy, żeby dostać jedną jego klacz- młodą Always Winning. Chociaż to zwierzę nie nadawało się do sportu. Próbowaliśmy jej sił w crossie. Po paru zawodach okulała i musieliśmy wysłać ją do handlarza.
Wzdrygnęłam się na te słowa. Jak można zabić konia, który mógłby jeszcze długo żyć. Siedziałyśmy chwilę w milczeniu obserwując trening. Matka Agaty stała pośrodku ujeżdżalni wykrzykując komendy przy użyciu imion koni.
-Never, stać ją na więcej! Masz bat? To go użyj! Nikar, nie wyprzedzaj! Perfidel, zaraz zaśniesz! Łyda! Akra, szarpnij rzesz za te wodze! Nie pozwól jej wyrywać.
Obserwowałam to z dezaprobatą, dopóki nie zobaczyłam jak dwie koleżanki Agaty prowadzą mi konia. Był to kasztanowaty wałach angloarabski. Jedna z dziewczyn prowadziła go za dopiętą lonżę. Wodze spoczywały koniowi zarzucone na szyję koło kłębu. Wprowadziły go na maneż. Agata rzuciła na niego fachowym okiem. Dociągnęła popręg, opuściła strzemiona.
-Wsiadaj, Marta- oznajmiła.
-Jestem Magda.
-A, tak. Dosiądziesz go wreszcie?
Niezgrabnie wspięłam się na wysoki grzbiet konia. Agata przejęła lonżę, łapiąc ją w odległości około 4 metrów. Dwie dziewczyny zajęły miejsca po jej bokach. Naprędce złapałam wodze, nawet nie zwracając uwagi, czy trzymam je odpowiednio.
-Stępem- powiedziałam Agata machając lekko lonżą w stronę zadu wałacha. Po dwóch okrążeniach krzyknęła:- Kłus!
Zaczęło rzucać mnie po siodle. Nie znałam się na tym, ale koń wydawał mi się strasznie twardy. Nawet dla kogoś, kto opanował kłus. Wciąż ściskając wodze, złapałam się z całej siły przedniego łęku siodła obiema rękami. Dzięki temu nie podskakiwałam.
-Nie możesz jechać konno trzymając się siodła- stwierdziła Agata.
Słyszałam jak dziewczyna po jej lewej stronie szepcze zaraz:
-Już to robimy?
Agata odparła równie cicho:
-Zaraz. Zaraz pokażemy jej, kto tu rządzi.
Poczułam ukłucie w żołądku. Nie wiedziałam, czy to zwykła kolka od jazdy, czy cień lęku. Choć udawałam, że nie słyszałam ich słów, w istocie dobrze usłyszałam i nie ukrywam, że mnie to zaniepokoiło.
-Stę-ę-ę-p!- zawołałam, próbując nieudolnie zwolnić, ciągnąc za wodze.- Zatrzy-y-y-maj j-ą-ą!- zęby mi zaszczękały, gdy moje zmęczone ręce się rozluźniły i kilka razy mocno klepnęłam w siodło.
-Stęęępem- zawołała Agata kojąco, rzucając końcem lonży, w stronę pyska konia.- W porządku?- spytała mnie.
-Tak-uśmiechnęłam się.- Zawsze tak podrzuca.
-Nie, nigdy. Chyba że się siedzi w siodle zgarbionym, skulonym i cholernie spiętym, z rękami ściskającymi siodło.-Poczułam, jak pieką mnie policzki, jednak nic nie powiedziałam.- To była rozgrzewka- kontynuowała Agata.- Teraz zacznie się jazda. Chop!- strzeliła batem za zadem wałacha.
Koń ruszył ze stępa galopem. Podrzucało mniej niż w kłusie, ale też w inny sposób. Od razu nogi wypadły mi ze strzemion. W niższym chodzie też, ale poprawiłam je podczas stępa. Raz byłam zmuszona puścić się siodła i nie miałam czasu złapać go ponownie. Wodze wypadły mi z rąk już przy pierwszej fazie zawieszenia. Chwyciłam się kurczowo dość skąpej grzywy konia.
-Zaraz spadnę!- krzyknęłam, osuwając się na szyję.
-Jeździectwo- zaczęła Agata, strzelając z bata, gdy koń spróbował zwolnić- jest ekskluzywnym sportem, nie dla takich... osób jak ty. Może to cię czegoś nauczy.- I znów uderzenie batem.
Zrezygnowałam z trzymania grzywy. Obiema rękami ścisnęłam szyję konia, ale zaczęłam osuwać się na jego łopatkę. Wtedy wałach się potknął, a ja poleciałam do przodu. Uderzyłam gołą głową w ziemię.
-Prr!- poleciła Agata. Wiejemy- zawołała do koleżanek i ciągnąc za sobą konia wybiegły z ujeżdżalni.
Wstałam ostrożnie z ziemi. Czułam się dobrze. Chyba adrenalina trzymała mnie na nogach. Rozejrzałam się. Dziewczyny zniknęły. Wszyscy dookoła byli zajęci swoimi sprawami. Nie zauważyli mojego nieudolnego galopu ani upadku. Wystraszyłam się nie dlatego, że upadłam. Na to przygotowałam się psychicznie. Nawet na taki, jaki przeżyła moja mama. Ale nie założyłam kasku. Powoli zaczęłam się odprężać. Nic się nie stało, pomyślałam. Wrócę normalnie do domu. Mama nie zauważy. Postąpiłam jeden krok do przodu, po czym osunęłam się na ziemię nieprzytomna.

_______________
*never let me down (czyt.) newer let mi dałn- (ang.) nigdy mnie nie zawiedź
gify konie
Niektóre konie na obozie miały niezłe imiona. Np. mieliśmy trzy Neverki: Never Losing, Never Ending Dream, no i Never Let Me Down. Stąd imię dla konia Agaty ;) Było też kilka missek, m.in. Miss Neel i Miss Sajgon. A Let Misia była taka słodka. Kucyś wzrostu Highway'a (zresztą stała w sąsiadującym z nim boksie), ale imię potężne ;) Nie wiem czemu kilku słowne imiona wydają mi się szlachetniejsze, np. Never Losing a Klara (na Klarze teraz jeżdżę). Może dlatego, że  konie z dłuższymi imionami często są w zawodach. Ale imię się nie liczy, gdy ma się konia takiego jak Dasha albo Highway (z opowiadania). (:
Na tą notkę tak jakoś mnie natchnęło. Miałam na pierwszą jazdę Madzi nieco inny pomysł, ale nie gardzę też takim. ;)
PS Dziękuję, Koniowata, za link do filmiku. Co prawda obejrzałam go na Wrzucie, bo na kinomaniaku reklamy uniemożliwiły mi odtworzenie go -,- Ale i tak był świetny. Gdyby nie to, że zarezerwowałaś sobie pomysł z kłusakami, sama bym go wykorzystała. A tak z ciekawości skąd wiedziałaś, że to kłusaki orłowskie? Znam jeszcze francuskie i amerykańskie, a wszystkie wyglądają podobnie ;)
PS2 A tu macie Never Let Me Down:
Wersja Sydney Photography xD
PS3 moja notka przed notką Soph, bo nie miała czasu ani pomysły na swoją, więc doszłyśmy do wniosku, że żebyście nie czekali najpierw ja wstawię swoją ;)

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział 49

~Wiki~

Siedziałam w sypialni i obracałam w dłoniach sławną fotografię. Przed oczami znów stanęły mi wydarzenia z chwili wypadku. Czasem jedna chwila potrafi zniszczyć całe życie, uświadomiłam sobie, pamiętając jak szybko to wszystko się działo. Jechałam konno, spanikowana uświadomiłam sobie nieuniknione, upadłyśmy, obudziłam się w szpitalu. Życie było niesprawiedliwe. Dlaczego tracimy to, co jest dla nas najważniejsze? Dlaczego chwile, które chcielibyśmy zachować, znikają bezpowrotnie? Dlaczego...?
-Dasho- powiedziałam na głos.- Jeśli mnie słyszysz tam... gdzie jesteś, proszę cię, pomóż mi, bym znów spotkała Izę. Wiem, że to praktycznie niemożliwe, ale, skoro ciebie już nie ma, tylko przy niej będę mogła być szczęśliwa.
Zwariowałam.
Ostatni raz dotknęłam palcem chrap czarnej klaczy. Postanowiłam ukryć zdjęcie. W naszym ogrodzie pod jabłonią zakopałam moją dobrze zamkniętą skrzynkę z ,,końskimi" rzeczami, które mi jeszcze pozostały.  Nie miałam ochoty ich przeglądać. Nie teraz. Znając mnie pewnie bym się popłakała. Chociaż wcześniej wykopałam ją tylko dwa razy w ciągu tych dwudziestu lat. Raz, zaraz po ślubie, gdy wyprowadzałam się do Dariusza. Zakopałam ją wówczas na tamtym podwórku. Drugi raz, kiedy przeprowadzaliśmy się tutaj. A zaraz Darek wróci z pracy. Nie chciałabym, żeby widział mnie w takim stanie. Wrzuciłam tylko fotografię do starej, pordzewiałej skrzynki, grzebiąc ostatnie wspomnienie.
gify konie
Pogrążona w myślach robiłam placek. Właśnie rozdzielałam jajka. Dariusz i Magda siedzieli przy stole w kuchni. On mnie obserwował, ona czytała książkę.
-Może Ci pomóc, Wikuś?- spytał Darek.
-Wyglądam, jakbym potrzebowała pomocy?- odburknęłam.
-A ja wyglądam, jakbym lubił, kiedy skorupki strzelają mi między zębami?
Spojrzałam zdezorientowana do garnka. Tam znalazłam przepołowione jajka, wrzucone w całości.
-Zamyśliłam się. Możesz mi pomóc.
-Wiesz co, przypomniałem sobie, że jestem umówiony z kolegami. Wracam wieczorem.
Uciekł z kuchni i wyszedł z domu. Magda odprowadziła go wzrokiem. Prychnęłam wściekle.
-Mamo- twarz Madzi rozjaśnił uśmiech.-W tej książce jest napisane, że jazda konna jest sportem, który ćwiczy wiele mięśni.
Dobrze, że Dariusz tego nie słyszy. Chwilę, co ona czyta?! Spojrzałam na okładkę książki.
-Nie pamiętam, żeby w ,,Panu Tadeuszu" były takie szczegóły- zauważyłam.
Dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało. Wyrwałam książkę z jej rąk. Kiedy ,,Pan Tadeusz" został w mojej ręce, na ziemię upadła cienka książeczka ,,Jeździectwo dla początkujących".
-Magdaleno!- byłam na nią wściekła. To się nazywa kłamać w twarz.- Czy nie wyraziliśmy się jasno?! Żadnych koni, nigdy nie będziesz jeździć!
-Dlaczego?- łzy popłynęły jej z oczu.- Dwie moje koleżanki jeżdżą konno. Jedna w Dasha's Shelter, druga w Green Trees. Czemu WY tak nienawidzicie koni? Co one wam zrobiły? Chciałabym, żebyś Ty też miała kiedyś jakąś pasję, taką, na której będzie ci zależeć tak, jak mnie na koniach!
Słysząc o schronisku i stadninie Amandy coś się we mnie zagotowało. W tej samej chwili dziewczyna wstała od stołu i pobiegła do swojego pokoju.
-Magda, czekaj!- zawołałam.- Magda!!!
Dogoniłam ją i postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. Nie mogę pozwolić, żeby znienawidziła mnie jedyna córka.
-Madziu, pokażę ci coś. Może dzięki temu lepiej zrozumiesz.
Dziewczyna zacisnęła wargi, ale podążyła za mną pod jabłoń. Kazałam jej zaczekać, a sama poszłam po łopatę. Zaczęłam kopać i po chwili dokopałam się do skrzyni z moimi rzeczami jeździeckimi. W rzeczywistości były to dwie skrzynki, ponieważ bałam się, że jedna łatwo ulegnie zniszczeniu. Pierwsza- długości całej mojej ręki od czubka środkowego palca aż po ramię. Druga nieco mniejsza- jak ręka od nadgarstka kończąca się pod ramieniem. Obie miały szerokość ok. 30 cm jedynie z taką różnicą, by dało się je w siebie włożyć. Niewielkie ,,złote" kluczyki nosiłam na łańcuszku na szyi. Nie zdejmowałam ich nigdy. Otworzyłam skrzynki, stawiając mniejszą przed córką. Spojrzała na mnie zdziwiona, oczekując wskazówek.
-Śmiało, zajrzyj- poleciłam.
Dziewczynka delikatnie wysypała wszystkie przedmioty na trawę.
-Odznaki!- zawołała ożywiona.- Brązowa, srebrna...- sapnęła, gładząc palcem mój największy skarb:- złota! Skąd...
Uciszyłam ją szybko.
-Nie teraz. Patrz dalej.
-Album. A w nim...Konie, mnóstwo koni.
Owszem. Trafiła na zdjęcia starsze niż Equiland... tzn. obecny Dasha's Shelter. Jak zaczynałam uczyć się jeździć miałam passę na zostanie fotografem. Robiłam wtedy mnóstwo zdjęć koniom. Szybko mi się znudziło, ale album został. Jednak na żadnym z tych zdjęć nie było mnie, nie mówiąc już o Dashy. Jedyne jej zdjęcie, które zdążyłyśmy zrobić leży teraz na samym spodzie stosiku.
-Rozetka- kontynuowała Madzia.
W prawej ręce trzymała teraz jedyną rozetę z zawodów jaką sobie zatrzymałam. Nie specjalnie zresztą. Po prostu rozeta zawieruszyła się gdzieś, gdy dawałam Izie nagrody. Znalazłam ją dopiero podczas wypakowywania w nowym domu, co uznałam za znak, że powinnam ją sobie zachować.
Potem Madzia wyjęła małą torebeczkę z dziwną zawartością.
-Włosy?- spytała.
-Sierść- odparłam.- A dokładniej włosy z ogona takiego jednego konia.
Pukiel włosów z ogona Broszki, który zdobyłam na krótko przed jej wypadkiem.
Dziewczynka w lewej ręce wciąż ściskała odznaki. Wiedziałam, że będę musiała jej wszystko opowiedzieć.
Następnie Magda podniosła figurkę. Najstarszy przedmiot z tej skrzynki, który posiadałam. Figurka przedstawiała czarnego konia o szlachetnej sylwetce. Koń stał na trzech nogach, czwarta będąca lewą przednią była uniesiona do góry, skierowana kopytem równoległe do ziemi. Wygięta szyja umożliwiała koniowi dotknięcie czubkiem chrap boku. Uszy konia- najwyższe punkty przedmiotu, sięgały zaledwie jakichś dziesięciu centymetrów nad ziemię. To od niej- tej figurki- wszystko się zaczęło. Dostałam ją w wieku sześciu lat i od tej pory zakochałam się w koniach-ich wdzięku, pięknie, dzikości, rączości. Zapragnęłam jeździć, a po paru latach moje marzenie  się spełniło. I znów- jedna chwila, jeden gest pokierował następnymi latami mojego życia.
Magda obejrzała pozostałe przedmioty. Na końcu wzięła do ręki zdjęcie z Dashą?
-To ty?- spytała, rozpoznając mnie w jednej z nastolatek. Nic dziwnego. Przecież widziała dużo moich zdjęć z tamtego czasu. Ale żadnych końskich.
-Ja- uśmiechnęłam się smutno.
-Jeździłaś konno?- spytała podniecona. Jej spojrzenie wwiercało się we mnie.
-Dawno temu...
-A mnie nie pozwalasz?!- prychnęła.
-To nie tak jak myślisz.- Mówiłam opanowanym głosem, chociaż miałam ochotę uciec stąd z płaczem. Nie ma mowy, pomyślałam. Już za dużo uciekałam.- Miałam wypadek, z którego ledwo uszłam z życiem. Niestety moja klacz nie miała tyle szczęścia. Kiedy obudziłam się ze śpiączki powiedzieli mi, że klacz zginęła. Potem dowiedziałam się, że sam wypadek przeżyła, ale...- głos mi się załamał.- Myślałam, że skręciła kark. W rzeczywistości złamała kręgosłup. Żyła, ale nigdy nie mogłaby się podnieść. Musieli ją dobić.
-Przykro mi- Magda spuściła wzrok.- A dlaczego ja nie mogę jeździć?
-Bo się o ciebie martwię. A jak już raz wsiądziesz na konia, nigdy się od tego nie uwolnisz. Tak było ze mną. Chorowałam za każdym razem, gdy nie siedziałam w siodle dłużej niż tydzień.
Wolałam nie mówić córce, jak wyszkoliłam rodziców, gdyż mogłaby użyć tego przeciw mnie. Na początku rodzice też kochali konie, chociaż sami nie jeździli. Bardzo cieszyli się, że mam taką pasję. Zdarzało mi się upadać, ale niegroźnie. Jeździłam już trzy lata, od roku na Broszce, kiedy skakałyśmy przez przeszkody crossowe ustawione na ujeżdżalni. Po prostu pani Agnieszka miała wizję, żeby szkolić nas na crossie bez konieczności wyjeżdżania w teren. Przeskakiwałam szeroki stos drewna, kiedy straciłam równowagę i upadłam na niego. Złamałam rękę. Dostałam wówczas całkowity, dożywotni szlaban na konie. Wcześniej dostawałam takie drobne zakazy, ale zazwyczaj trwały dwa, trzy dni. Więc i tym razem nic sobie z tego nie robiłam. Wytrzymałam dwa miesiące, gdyż ręka musiała się zrosnąć. Potem okazało się, że rodzice przystają przy swoim. Przestałam jeść. Piłam tylko wodę z kranu, jadłam czasem jakiegoś batonika, ale i jedno i drugie robiłam, gdy nikt mnie nie widział. Przez tydzień wytrzymałam na głodowych porcjach, które sama sobie zaserwowałam, zostawiając śniadania, obiady oraz kolacje nietknięte. Już miałam się poddać, kiedy rodzice ulegli pierwsi. Oczywiście byli wściekli, ale nie chcieli pozwolić mi umrzeć z głodu. Pozwolili mi wrócić do koni. Wówczas niestety zmienili swój stosunek do tych zwierząt. Powtórnie zaakceptowali je dopiero po wypadku z Dashą, kiedy widzieli w jakim jestem stanie i chcieli wręcz mnie zmusić do jeżdżenia, gdybyśmy się nie wyprowadzili. Ale wtedy było za późno.
-Długo jeździłaś?- usłyszałam pytanie.- I jak dobrze?
-Osiem lat- policzyłam na palcach.- Na tyle dobrze, by rok przed wypadkiem otrzymać to cudo.- Zabrałam jej złotą odznakę unosząc ją tak, by odbiła promienie słońca.
Przez pewien czas żadna z nas się nie odezwała.
-To mogę jeździć?- spytała Magda po chwili milczenia.
-Nie.
-Niech ci będzie- odparła bez krzty zawodu.- Poddaję się.
Jej oczy zalśniły w sposób, który nie przypadł mi do gustu. Poszło za łatwo. Coś kombinowała, ale co? 
gify konie
Hejahej! :) Ostatnio notki pojawiają się dość rzadko (jak na mnie), ale nie mam czasu. Ani ochoty ;)
Jednak obozy jeździeckie dużo dają. Na obozie pierwszy raz zagalopowałam, tzn. nie ja, tylko koń. Ja chciałam kłus, a koniki się rozkręciły. Wtedy nie mieliśmy w ogóle w planach galopu, którym przejechało 5 na 6 koni z naszej grupy ;)
Teraz galop idzie mi nieźle, zaczynam skakać ^) I kto by pomyślał, że jeszcze półtora miesiąca temu siedziałam na lonży. Chociaż teraz jeżdżę na bardzo upartym kucyku Klarze, który mniej więcej chodzi tak jak chce, nieźle daję sobie radę. A w zeszłą sobotę zaliczyłam pierwszy upadek. Oczywiście z mojej winy. Klara szła wtedy bardzo spokojnym kłusikiem (jechałam bez strzemion), kiedy na zakręcie po prostu zjechałam z siodła (w bryczesach!). Obecnie mam tygodniową przerwę, co dla mnie oznacza dwie stracone jazdy. Kiedyś to sobie odbiję. Nie mogę stracić ŻADNEJ jazdy. Nie wiem, czy Wam wspominałam, że na następnym obozie chciałabym zdać na BOJ. Każda godzina w siodle jest na wagę złota, bo mam tylko rok, a tyle do zrobienia ;)
Następną notkę zgodnie z ustaleniami opublikuje Sophie. Ja mam chwilę przerwy, więc może popiszę na KRŻ :) Ale nie dziś, bo mam dość komputera.