Kare Serce Konia

Kare Serce Konia

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 70

~Wika~

- Hej, szefie - zasalutowałam, wchodząc do biura. Uśmiech od ucha do ucha nie schodził mi z twarzy.
- Widzę, że jazda udana - Robert przeciągnął się na fotelu i upił łyk lemoniady.
- No... właśnie nie bardzo - przyznałam. - Nie mogłam jechać szybciej niż stępem, a Esemes rwał do przodu. Po prostu miło znów usiąść w siodle. - Podparłam ręce pod boki próbując sobie przypomnieć, po co tak w ogóle przyszłam do Roberta.
Chyba miałam do niego jakąś sprawę, pomyślałam, tylko jaką...? Ach tak!, doznałam olśnienia.
- Jakaś dziewczyna przyszła na jazdę. Mówi, że się z tobą umawiała.
- Jak ma na imię?
Uśmiechnęłam się przepraszająco uświadamiając sobie, że nie byłam wystarczająco przytomna, żeby spytać nieznajomą o imię. W ogóle nie byłam dla niej zbyt sympatyczna. Rob skinął tylko głową, domyślając się odpowiedzi.
- To pewnie Karina - powiedział - miała przyjść na jazdę. Ale mam tu tyle roboty... Całkiem o niej zapomniałem. Dasz radę się tym zająć?
Spojrzałam na niego zszokowana. Zaskoczyła mnie jego bezpośredniość, w końcu pracowałam w schronisku, a nie w szkółce. Prowadzenie jazd dalece wykraczało poza moje obowiązki. A poza tym miałam pewną świadomość, że się do tego nie nadaję. Po tym wypadku straciłam całą pewność siebie. Założę się, że gdyby nie kontuzja, która uniemożliwia mi ostrzejszą jazdę, to i tak bałabym się zagalopować albo skoczyć nawet cavaletka. A przecież jeszcze dawno mnie tu nie było. Nie wiem, czego się spodziewać po koniach, z którymi niegdyś sama pracowałam.
- Ja? - wydusiłam w końcu.
- Owszem. - Robert zaczął przerzucać kartki na biurku i pisać coś w swoich dokumentach. Minęła chwila, zanim znów zwrócił się do mnie. - Karina, z tego co mówiła, umie jeździć, ale miała długą przerwę. Poradzi sobie z koniem, ale nie będziesz się denerwować, że potrafi więcej od ciebie - puścił do mnie oczko. - Weź Izę do towarzystwa. Dajcie jej do osiodłania Serir.
Zamrugałam zaskoczona. Wcześniej Serir raczej nie chodziła pod siodłem. Tyle się zmieniło... Ale postanowiłam jeszcze dla pewności spytać Izę.
Wyszłam z biura Roberta i poszukałam wzrokiem dziewczyny, którą zostawiłam na korytarzu. Stała w boksie Broszki i głaskała ją po grzbiecie.
- Hej! - zawołałam. - Co robisz w boksie konia?
- Poznajemy się - rzuciła patrząc na mnie, po czym znów wróciła do gładzenia brązowej sierści.
Wywróciłam oczami, czego ona już nie zauważyła. Nie możecie się poznawać przez zamknięty boks?, pomyślałam opryskliwie.
- Tak nie można - powiedziałam, tym razem uprzejmie. - Na drzwiach stajni wisi regulamin. Wchodzenie do boksów jest surowo zabronione.
- Dlaczego? - Dziewczyna niechętnie wyszła z boksu i stanęła koło mnie.
- A jak myślisz? To schronisko dla koni, nie pensjonat. Połowa naszych koni zabiłaby cię gdybyś stojąc obok nich wykonała jakiś szybki gest.
A jeden z nich zrobiłby to, gdybyś tylko próbowała do niego podejść, pomyślałam smętnie.
- Źle zaczęłyśmy - zauważyłam. - Jestem Wiktoria - podałam dziewczynie rękę, uśmiechając się miło.
- Karina... - dziewczyna zawahała się, zanim w końcu uścisnęła mi dłoń.
Przyniosłam z siodlarni skrzynkę ze sprzętem do czyszczenia i podałam ją Karinie.
- Jeździsz na Serir - oznajmiłam.
- To ta gniada klacz, którą głaskałam? - spytała z nadzieją w głosie.
Poczułam, jak mięśnie mi sztywnieją. Zawsze uważałam Gniadą za swojego konia, tolerowałam na niej tylko Izę. Kiedyś chciałam Brokę kupić, ale problemy finansowe mi na to nie pozwoliły. Słabo mi się zrobiło na myśl, że ktoś mógłby teraz jej dosiąść. Ale nie może, przypomniałam sobie. Na niej już nikt nie pojeździ.
- Nie... To Broszka. Serir, stoi w boksie naprzeciwko.
Karina obejrzała się na marwari, ale nie wyglądała na zainteresowaną.
- Chyba jednak wolałabym... Broszkę.
- A ja wolałabym, żeby Broszka mogła chodzić pod siodłem - odparowałam. - Miała kości jednej z nóg w drzazgach. Trochę się zrosły, ale już nikt jej nie dosiądzie. Wyszczotkuj Serir w boksie, a ja poszukam koleżanki.
Znalezienie Izabeli wcale nie było takie proste. Przetrząsnęłam całą stajnię, zaglądając do każdego z boksów, a także do biura Roberta, siodlarni, łazienki; a Izy ani śladu. Wyszłam na zewnątrz, rozejrzeć się dookoła stajni. Ujeżdżalnie również ziały pustką. Zostało mi tylko pastwisko i skład słomy.
Szłam na padok ze ściśniętym gardłem. Wiedziałam, że wiążę się to z ponownym spotkaniem z Dashą. Klacz stała wciśnięta w kąt pastwiska znajdujący się od strony, z której nadeszłam. Miałam wrażenie, że drewno płotu aż ugina się pod naporem potężnego końskiego ciała. Wtedy ujrzałam też przyjaciółkę. Siedziała po turecku pośrodku ogrodzonej przestrzeni, plecami do Karej.
- Izz... Co ty robisz? - spytałam na tyle głośno, by przyjaciółka mnie usłyszała. Nie chciałam się zbliżać do klaczy.
- Pracuję nad nią - odparła, nie odwracając się do mnie.
Prychnęłam cicho.
- Efekt murowany - zakpiłam. - Jesteś mi potrzebna, mamy poprowadzić jazdę.
~Iza~
Niechętnie zwlekłam się z ziemi, zaś chwilę później stałyśmy już w stajni, patrząc jak Karina siodła Serir. Wika spytała mnie, czy ta klacz naprawdę może chodzić w szkółce. Potwierdziłam. Pamiętałam jak kiedyś nie pozwalaliśmy na niej nikomu jeździć. Teraz jednak uczyniliśmy duże postępy w pracy z nią. Mieliśmy zamiar niedługo oddać ją do adopcji. Nie wiedzieliśmy gdzie trafi, a tak czy inaczej musiałaby zmienić jeźdźca, więc postanowiliśmy przyzwyczajać ją do różnych osób. Wcześniej głównie Jakub się nią zajmował.
Karina najpierw założyła klaczy siodło, chociaż sugerowałam by zaczęła od ogłowia, żebyśmy mogły przytrzymać klacz podczas zakładania siodła. Siodłanie nie było zbyt proste, Serir wierciła się za każdym razem, gdy Karina chciała dopiąć popręg. Musiałyśmy jej pomóc. Jednak o wiele gorzej było z ogłowiem. Marwari zarzucała głową przy próbach włożenia jej do pyska wędzidła. Karina w nerwach wykonywała coraz gwałtowniejsze ruchy rękami, co z kolei stresowało i tak już niechętną do współpracy klacz.
- Daj mi to - wyszarpnęłam ogłowie z rąk dziewczyny.
Pogłaskałam Serir po spoconej szyi. Przemawiałam do niej spokojnie. Potem wzięłam na dłoń wędzidło i nasypałam na nie trochę paszy. Gniadoszka zajęta jedzeniem nawet nie zauważyła, kiedy przyjęła wędzidło. Wytarłam dłonie o spodnie, dopinając pozostałe paski.
- Nasze konie naprawdę wiele przeszły - odezwałam się. - Nie możesz ich traktować jak szkółkowe kucyki. Wcześniej jeździłyśmy w dużym klubie jeździeckim, bat zawsze miał każdy jeździec do każdego konia, nieraz w grę wchodziły ostrogi. Większość naszych rumaków zachowywała się jak takie pieski pałacowe. Zadbane, odżywione, z nienaganną przeszłością wolały siedzieć w boksie i się obijać. Bez bata nie chciały ruszyć, a jak się próbowało je uderzyć to nieraz stawały dęba - westchnęłam przeciągle. - Ciężko było mi się przestawić na te schroniskowe konie. Ale... po raz pierwszy na głos mogę stwierdzić, że więcej razy zostałam pogryziona i skopana w miesiąc w mojej byłej stajni niż przez cały mój pobyt tutaj.
Wiktoria patrzyła na mnie lekko zdziwiona. Sama nie wiedziałam, dlaczego mówię to wszystko dziewczynie, która, prawie uderzyła Serir i, według tego co mówiła Wika, przystawiała się do Broszki.
gify konie
Wyszłyśmy na ujeżdżalnię. Pomagałam Karinie z końcowym przygotowaniem klaczy, a potem pomogłam jej wsiąść, nie chcąc obciążać grzbietu Serir, gdyby wsiadała po strzemieniu. Marwari ruszyła stępem dookoła, kiedy nadbiegł Bartek.
- Wika! - zawołał. - Muszę ci coś pokazać. No chodź!
Podbiegł do nas, nie zważając na obecność konia i szarpnął Wiktorię za rękę.
- Prowadzę jazdę - odparła przyjaciółka.
- Iza cię przez chwilę zastąpi, prawda? - spojrzał na mnie, uśmiechając się błagalnie.
- Pewnie - rzuciłam od niechcenia.
Odprowadzałam ich wzrokiem, kiedy znikali w wejściu do stajni.
Po kilku minutach poleciłam Karinie by zakłusowała i obserwowałam z jaką wprawą unosi się nad siodło i opada na nie z powrotem. Anglezowała zawodowo, trzeba jej to było przyznać. Tułów miała idealnie wyprostowany, a ręce zginały się i prostowały z ruchem głowy konia oraz ciała dziewczyny. Stabilna łydka podtrzymywała tempo. Napatrzyłam się, postanowiłam więc dać jej kilka ćwiczeń. Robiła wężyki, ósemki, wolty, półwolty, przekątne... W końcu pozwoliłam jej zagalopować. Jechała po ścianie, trzymając wodze bardzo krótko. Wyglądała na spiętą. Po dwóch okrążeniach w jedną i drugą stronę kazałam jej przejść do stępa.
- Skaczesz coś? - spytałam.
- Mhm - przytaknęła. - Z moim koniem skakałyśmy spokojnie do klasy N włącznie.
Serir tyle nie skoczy, pomyślałam. Następnym razem damy jej Chantell, a teraz ustawię coś koło pół metra.
Postawiłam stacjonatę mającą 50 centymetrów.
- Zagalopuj na lewą rękę i najedź tą przeszkódkę - poleciłam.
Obserwując ją zaczynałam się zastanawiać, czy tylko się przechwala, czy po prostu jest zdenerwowana. Siedziała cała usztywniona, podczas skoku za późno robiła półsiad, podciągała się na wodzach...
- Spróbuj jeszcze raz i ją rozkłusujemy - oznajmiłam.
- Żartujesz sobie? - oburzyła się.
- Jeździsz już 45 minut, a z 15 minut zajmie nam, zanim będzie mogła trafić do stajni. Nie, nie żartuję.
- A nie możesz mi ustawić czegoś... wyższego? Przecież to poniżające, ja takie drążki skakałam pięć lat temu.
- Czy myślisz, że jeżdżąc tak jak dziś dam Ci coś wyższego? Słuchaj moich uwag, bo od początku galopu robisz te same błędy.
Mruknęła coś pod nosem, ruszając galopem. Już zaczęła najeżdżać na tą samą stacjonatę, kiedy w ostatniej chwili szarpnęła za zewnętrzną wodzę, kierując się na podobną przeszkodę, ale dwukrotnie wyższą.
- Nie! - krzyknęłam bezsilnie, ale nic nie mogłam zrobić. Byłam za daleko, żeby złapać konia. Za daleko, żeby w ogóle zareagować.
Nie zdążyłam nawet obwinić za to tych, którzy zwykle ustawiają parkury i nie składają przeszkód. Byliśmy to ja, Wika i chłopcy. Ustawialiśmy przeszkody dla siebie, ale korzystał z nich też Robert pracując z koniem albo  prowadząc jazdę.
Karina uwiesiła się na wodzy, półsiad zrobiła minimum dwie foulee przed wybiciem.
- Oddaj jej wodze - krzyknęłam, rozpaczliwie próbując jej... im pomóc. Zignorowała polecenie.
Wiedziałam, co się teraz stanie. Przewidziałam dokładnie dalsze wydarzenia. Serir wykonała ostatni skok galopu przed odskokiem. Przednie kopyta dotknęły ziemi przed przeszkodą i wbiły się w nią. Tylne nogi nawet nie zostały dobrze dostawione do przednich, kiedy wystrzeliły do tyłu, gwałtownie unosząc zad. Amazonka wypuściła z rąk wodze i pięknym łukiem przeleciała nad przeszkodą, lądując po drugiej stronie najpierw na głowie, a potem upadając ciężko na plecy.
Zerknęłam na Serir, czy aby nic jej nie jest, lecz ona stała grzecznie ze zwieszonym łbem, zginając tylną nogę i opierając ją na czubku kopyta. Gdyby nie plamy potu na jej ciele myślałabym, że właśnie została wyprowadzona ze stajni, co przerwało jej drzemkę, a teraz postanowiła spać dalej. Zignorowałam konia i pomknęłam do dziewczyny.
- W porządku? - spytałam. - Żyjesz?
Karina nie drgnęła. Kucnęłam przy niej, patrząc jej w twarz. Powieki były uchylone, ale oczy zalały się łzami.
- Ej - szepnęłam o wiele łagodniej. Zapomniałam jak potraktowała Serir. - Coś cię boli?
- Nie... - wyjąkała. - Tylko... boję się skakać...
Podniosła się powoli, wsiadła na Serir i na luźnej wodzy zaczęła stępować. Wtedy mi wszystko opowiedziała. Miała wypadek, taki jak dziś. Nic poważnego, ale jechała w klasycznym toczku. Uderzając z pełnego pędu głową w ziemię dorobiła się lekkiego wstrząsu mózgu. Niegroźny, ale rodzice się wystraszyli i sprzedali jej konia - sportowego wałacha szlachetnej półkrwi Carrey'a. Od tamtej pory nie jeździła. Teraz, po niemal roku, chciała do tego wrócić.
- Przepraszam, że byłam taka nie miła - powiedziała. - Normalnie da się mnie znieść. Po prostu denerwowałam się przed tą jazdą.
- Wyluzuj - obdarowałam ją promiennym uśmiechem. - Już nasza w tym głowa, żebyś wróciła do dawnej sprawności. Ale jednego nie rozumiem. Jeśli przed wypadkiem zaliczyłaś taki sam upadek jak dziś, a wtedy nie bałaś się skakać... Jak to się stało?
- Zrobiłam błąd - wzruszyła ramionami. - Czasem jeden mały błąd potrafi odmienić życie.
- Oj tak... - mruknęłam. 
Świetnie wiedziałam, co ma na myśli Karina. Odwróciłam głowę szukając wzrokiem Dashy. Stała na pastwisku ze zwieszoną głową, choć nie skubała trawy. 
- I tak ci pomożemy - odpowiedziałam optymistycznie.
gify konie
Rozdział mógł być jeszcze trochę dłuższy, ale zrezygnowałam, bo jakoś nie mogłam wybrnąć z tego, do czego doszłam :/ W następnym rozdziale pomyślę, co zrobić z Wiką. A na razie musi być tyle. Podoba mi się długość tego rozdziału, chociaż za dużo tu się nie dzieje.
~-~-~
A teraz powiem słowo o obozie :D Wróciłam już ponad dwa tygodnie temu, ale postanowiłam nie przeznaczać na opowiadanie o nim całego posta, więc daję to w dopisku.

Miła okolica, aczkolwiek zasięgu nie było prawie w ogóle, a najbliższym normalnym sklepem było Odido jakiś kilometr pod górę, drugi był bliżej, ale nie było w nim za wiele. Co bym dała na plus, bo nie korciło mnie, żeby siedzieć cały dzień i SMSy skrobać ;) A w sklepie byłam tylko 2 razy i uważałam to za fajny spacer. Niestety Wi-fi było, ale nie można... nie mieć wszystkiego XD
Instruktorka była świetna. Nie pozwalała cmokać i wypychać koni z bioder, co było wbrew temu, czego mnie uczono, ale nauczyłam się porządnie dawać łydkę, a nawet zagalopowywać ze stępa. Wracając do pani instruktor, to zrobiła na początku na nas wrażenie bardzo surowej, ale już po kilku dniach wszyscy ją pokochali. Nie zmuszała do niczego, jeśli ktoś się bał coś zrobić, to zwalniała go z wykonania ćwiczenia. Pod koniec jazd w stępie śpiewaliśmy piosenki z "Mustanga [...]" i tańczyliśmy Makarenę.
Wychowawczynie najchętniej przesiadywały w naszym pokoju. 11-tka mieściła w sobie najstarsze towarzystwo i 20-toparoletnie panie chętnie nas odwiedzały.
Ogółem atmosfera była cudowna. I nie tylko przy dorosłych, ale też między nami. Nasz turnus był wolny od "słit koniarek", czy jakichś laluń pokroju koroszkowej (tj. z KSK) Amandy.
Konie też były wspaniałe. Jadąc na trzeci turnus w dość prestiżowej (czyt. obleganej) stajni oczekiwałam koników wyszarpanych w pysku, znieczulonych na łydki itp. Tymczasem w całej stajni były może ze dwa konie, które ciężko było ruszyć, reszta pięknie chodziła.
Byłam w zaawansowanej grupie jeździeckiej. Początkowo grupa pierwsza liczyła sobie 9 osób, a pozostałe dwie po 4 i 5. Najpierw byłam w pierwszej razem z Nikki i Koniowatą, potem zrobiono dwie zaawansowane, będące prawie na identycznym poziomie i trafiłam do tej drugiej.
Spędziłam w stajni tyle czasu, ile tylko mogłam marzyć. Najczęściej wstając o 4, śniadanie jadłam koło 10, kiedy ostatnia z grup skończyła jazdę i odstawiła konie do boksów. Pomagałam komu się dało. Czasem siodłałam 3 konie na raz. Teraz mi tego brakuje, ale obóz się skończył :( Nie jestem pewna, czy za rok też pojadę do Włosani, ale ten obóz zawsze będę miło wspominać <3 A w roku 2015, jako że to mój ostatni obóz - 30 maja mi stuknie osiemnastka - planuję wypad na dwa turnusy, niezależnie gdzie pojadę (ale musi być nie drożej niż 1700 zł za dwu tyg. turnus).
Co jeszcze mogę powiedzieć? No tak, zapomniałam wspomnieć jeszcze o oklepach. Godzinę dziennie jeździliśmy bez siodła, co mnie przeraziło jeszcze przed obozem, kiedy Koniowata dowiedziała się o tym od koleżanki z drugiego turnusu. I pierwszego dnia, kiedy opisywaliśmy swoje umiejętności wszyscy mówili coś typu "Nigdy nie jeździłam na oklep" albo "Galopuję/skaczę na oklep", a instruktorka "Co wy macie z tymi oklepami? Czyżbyście dostali informacje z poprzednich turnusów?" I wszyscy w śmiech. Ale do rzeczy. Mimo początkowych obaw w końcu na oklep galopowałam i to ze stępa, bo z kłusa mi średnio wychodziło.
Zaliczyliśmy też jedną dosiadówkę (grupa średnio zaawansowana, w której była Sophie miała dodatkową dosiadówkę w bonusie, żeby poćwiczyć kłus wysiadywany przed pierwszym galopem). Przekonałam się, że mój dosiad jest tak beznadziejny jak tylko może i że galop na lonży (który był moim pierwszym takim w życiu) nie jest zbyt fajny. Ale był to mój pierwszy galop bez strzemion i być może ośmielił mnie do zagalopowania na oklep :3
Tak więc na naszych koniach jeżdżę lepiej niż przed wyjazdem. Klara na ujeżdżalni pięknie mi galopowała i skakała, a w terenie w ogóle nie mogłam jej utrzymać; a kiedy jeździłam na Licie - 20 letnim mocno zbudowanym wałachu - usłyszałam od instruktora że "Lit mi ładnie chodzi" ^_^ Warto wspomnieć, że z obydwoma końmi miałam problemy , szczególnie z zagalopowaniem.
Mogłabym opowiadać godzinami, w końcu tyle się wydarzyło... Ale najlepiej przeżyć to samemu. Ze swojej strony powiem tylko tyle, że brakuje mi przymiotnika by opisać ten obóz. Świetny, boski, genialny, cudowny... Wszystko brzmi tak pusto... A tu mam dwie fotki:
Zdjęcie z jednej z jazd. Jesteśmy na niej we trzy. Nikki jedzie druga na siwej klaczy imieniem Delecta, Koniowata jedzie trzecia na Kalandorze, a ja czwarta na Biśmie.

To konik, na którym jechałam kwalifikacje. Jeździłam na nim też na pierwszej normalnej jeździe i zaliczyłam glebę. Nie zrzucił mnie, ale trochę pomógł ;) Ma na imię Evi i jest rasy Deutsche Reitpony

~-~-~
Na koniec jeszcze przeproszę, że tyle mnie nie było. Powtarza się to co rozdział: nie mam siły do pisania, a potem mam wyrzuty sumienia, że tak olewam bloga i staram się za to przeprosić. Postaram się popisać w wakacje, póki mam czas. Bo od września idę do drugiej klasy liceum i trzeba pogodzić się z nauką, bo mogę sobie gdzieś wsadzić średnią 5.0, jeśli jedyną tróję na świadectwie mam z matmy, a wybieram się na architekturę. Więc zaczynam się uczyć. Brzmi to jak jakaś mantra powtarzana nieprzerwanie co roku, ba!, każdego dnia kiedy uświadomię sobie, że nic nie umiem, a mogą nam zrobić niezapowiedziany teścik. Ale tym razem na serio. Więc blog już w ogóle spadnie na plan dalszy :( Ale warto. Jeśli skończę architekturę i znajdę pracę to będę wreszcie mogła kupić wymarzonego konia ;)

Rozpisałam się tym razem bardzo, ale na tym kończę. Już i tak za dużo Wam powiedziałam. Mam nadzieję, że następny rozdział pojawi się niedługo. A teraz do napisania :)

środa, 16 lipca 2014

Rozdział 69

~Wiki~

Spacerowałam po stajni przyglądając się stacjonującym w boksach koniom. Był czerwiec, dwa miesiące po wyjściu ze szpitala, więc gips już mi zdjęli. Mogłam chodzić już bez kul, chociaż wciąż mocno kulałam. Zatrzymałam się przy tym, z którego wystawała głowa gniadej klaczy. Przytuliłam swoje czoło do czoła konia i zamknęłam oczy, zaciskając palce na krawędzi drzwiczek od boksu.
- Och, Broszko - szepnęłam. - Jestem teraz taka jak ty, nigdy do końca nie wróci mi dawna sprawność...
Broszka uniosła głowę i dmuchnęła mi ciepłym powietrzem we włosy. Zaśmiałam się cicho. Pogładziłam ją po policzku.
- Wiki! - zawołał Robert. - Chodź do siodlarni, zrobiłam lemoniadę.
Odpowiedziałam, że zaraz przyjdę. Już miałam odejść, kiedy mój wzrok padł na pusty boks obok. Nie było w nim nawet źdźbła słomy, kurz na tabliczce całkiem przykrył postawione nań litery. Delikatnie przejechałam kciukiem po gładkim metalu. Wytarłam "zakurzony" palec o spodnie, a potem odczytałam napis: "Dasha - Turbo Skoczek =)". Oba "s" zostały dodatkowo narysowane jak koński ogon, zaś "u" - jak podkowa. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Pamiętałam, kiedy razem z Izą stworzyłyśmy tą tabliczkę. Nie miałyśmy nic do roboty, usiadłyśmy z tablicą i cienkim mazakiem, po czym wzięłyśmy się do roboty. 
Rozzłoszczona naciągnęłam sobie rękaw bluzki na dłoń i dokładnie oczyściłam tabliczkę z kurzu nie zwracając uwagi na to, w co zmieniłam czerń nowej części garderoby. Spojrzałam zadowolona na swoje dzieło. Kruczoczarny mazak wyblakł na skutek działania wielu miesięcy i przypominał teraz bardziej bordowy. Postanowiłam poprawić to w najbliższym czasie.
- No chodź! - rozradowana Iza podbiegła do mnie i delikatnie pociągnęła mnie za rękę. - Czekamy na ciebie... - jej mina zrzedła, kiedy spojrzała na czystą tabliczkę. - Wiki... specjalnie jej nie wyczyściłam. Tak samo z boksem. Nie pozwoliłam tu postawić, żadnego konia, ale... nie wiem, jak to powiedzieć...
- Chciałaś, żeby nic tu nie zostało tknięte, by przypominało czasy, w których Kara tu stała. - dokończyłam. Iza skinęła głową, przyznając, że trafiłam w sedno. - Nie lepiej byłoby o niego dbać? Świeża ściółka co dzień, czyste ścianki boksu... Żeby wyglądał, jakby zaraz miała do niego wrócić.
Odpowiedziało mi milczenie. Wymusiłam lekki uśmiech. Mówimy o niej, jakby zginęła, pomyślałam. A przecież jeszcze nie wszystko stracone... Ruszyłam w stronę siodlarni.
Przyjęłam od Roberta wdzięczna szklankę z napojem i upiłam duży łyk. Wykrzywiłam twarz po połknięciu kwaśnej lemoniady i dostałam ataku kaszlu.
- Niesłodzona - ostrzegła Iza.
- Dzięki za ostrzeżenie - zaśmiałam się. 
Wsypałam do szklanki kilka łyżeczek cukru, mieszając dokładnie. Nagle w sercu poczułam jakieś dziwne ukłucie. Wtedy przypomniałam sobie, że przecież od trzech miesięcy nie siedziałam w siodle. Przed zawodami byłam przyzwyczajona jeździć po kilka godzin dziennie.
- Robert, mogę wziąć jakiegoś konia i trochę pojeździć? - spojrzałam na niego błagalnie. Widząc jego wątpiącą minę dodałam: - Bez szaleństw. Stęp, kłus, może kilka kroków galopu.
- No... - zastanowił się. - Jeśli imię JAKIEGOŚ konia nie zaczyna się na "D" i nie kończy na "asha", to możesz.
Zaśmiałam się mimo wszystko. Rob zawsze umiał mnie rozbawić.
- Wezmę Vancouvera - rzuciłam.
Poszłam do wyjścia, kiedy Robert za mną zawołał:
- Jego nie! Weź Esemesa albo Chantell. Są bezpieczniejsi, a przyda im się trochę ruchu.

~Iza~

Wiktoria zawahała się, po czym skinęła głową potakująco. Wiedziałam, co ma na myśli Robert.  Na Vancouverze ostatnio dużo jeździł Bartosz. Koń miał mnóstwo ruchu, ale przynajmniej raz na każdej jego jeździe musiał stanąć dęba i strzelić minimum trzy baranki. Już mieliśmy nadzieję, że będzie się świetnie nadawał do adopcji, prawie oduczyliśmy go brykania, a teraz było jeszcze gorzej niż na początku.
- A ja mogę? - spytałam od niechcenia.
- Dawno nie spadłaś? - Robert uśmiechnął się sympatycznie.
Wiedziałam, o czym mówi. Wczoraj nie miałam zbytnio ochoty przyjeżdżać do stajni, ale musiałam ostrzec właściciela schroniska o planowanym przyjeździe Wiki, a przez cały dzień nie odbierał telefonu. Po drodze do stajni spotkałam Bartka. Poprosił mnie, żebym potrzymała Vancouvera, a sam musiał odwiedzić łazienkę. Zgodziłam się. Nie zamierzałam stać z nim przez kilka minut w miejscu, więc na chwilę wsiadłam. Bez kasku, w jeansowych szortach i sandałach. Objechaliśmy okrążenie stępem, wszystko było w porządku. A potem ni stąd, ni zowąd koń strzelił baranka, a ja, nieprzygotowana na to, poleciałam i wylądowałam pod ogrodzeniem. Mogłam sobie wtedy coś zrobić.
- Weź drugiego z koni, którego zaproponowałem Wice - oznajmił Rob. - Ale też nie szalej, bo koleżanka ci pozazdrości, a ona tak nie może.
Pokiwałam głową i pobiegłam do stajni. Wiktoria właśnie szczotkowała Esemesa.
- Biorę Chantell i pojeździmy razem - oznajmiłam głosem nieznoszącym sprzeciwu.
-Naprawdę nie potrzebuję niańki -mruknęła.
- Gdybym chciała cię niańczyć -położyłam nacisk na to słowo - stanęłabym na środku ujeżdżalni jak instruktor i pilnowała, żebyś aby za bardzo koniowi wodzy nie popuściła - zauważyłam. - A ja chcę po prostu pojeździć z tobą, tak jak kiedyś.
Resztę prac wykonałyśmy w ciszy. Jazda zaś była baaardzo spokojna. Pół godziny stępa i do stajni. Wice aż trudno było utrzymać Esa. Koń długo stał w stajni, a przyzwyczajony był do długich treningów skokowych. Próbowała zakłusować, ale jedynie krzyknęła z bólu i zwolniła. Noga nie pozwalała jej anglezować, to zbytnio ją obciążało. Zresztą ćwiczebny pewnie nie byłby lepszy. Ja miakam zamiar pogalopować dookoła, ale zrezygnowałam z tego z dwóch względów. Po pierwsze gdyby Chantell zaczęła galopować, próby utrzymania Esemesa w stępie graniczyłyby z cudem. A po drugie nie chciałam, żeby Wice było przykro. Wiem jak kocha galop.
~Wiki~
Wstawiłam Esa do jego boksu i pogłaskałam go czule.
-Jeszcze sobie pogalopujemy - szepnęłam.
Zarzuciłam sobie ogłowie na lewe ramię, siodło na lewe przedramię, a ochraniacze wzięłam w prawą dłoń. Ruszyłam w stronę siodlarni , kiedy na drodze mi stanęła nieznana dziewczyna. Na oko miała jakieś szesnaście lat. Jej brązowe włosy zaplecione zostały w warkocz, a błękitne oczy zlustrowały mnie uważnie. Ubrana była w kompletny strój jeździecki, pod pachą trzymała kask, a w prawej dłoni miała skokowy palcat.
Stałyśmy tak przez chwilę jedynie gapiąc się na siebie. W końcu troszkę zirytowana postanowiłam przerwać kłopotliwe milczenie i popchnąć "koleżankę" w dobrym kierunku.
- Tak? - spytałam starając się, by mój głos brzmiał uprzejmie.
Wyglądała na zakłopotaną, ale tylko przez moment.
- Ja... jestem umówiona na jazdę. Rozmawiałam przez telefon z panem Orlikiem.
- Nic mi o tym nie wiadomo... Zapytam go. Tylko to zaniosę - poruszyłam siodłem.
Poszłam do siodlarni i powiesiłam sprzęt w odpowiednim miejscu. Roberta znalazłam w jego biurze.
gify konie
Witam :) Rozdział miał być dłuższy (miał zawierać całe spotkanie z dziewczyną i jeszcze coś), ale się nie wyrobiłam :( Zachowam to na następny rozdział i może być ciekawie :3 Teraz jestem u Sophie, prawie 200 km od domu, w niedzielę obóz. Następna notka pojawi się najwcześniej w pierwszym tyg sierpnia. Do napisania :*

czwartek, 26 czerwca 2014

Rozdział 68

~Wiki~

- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - spytała Iza, pomagając mi wysiąść z samochodu.
- Jak niczego innego - powiedziałam posępnym głosem.
- W takim stanie?! Przecież to szaleństwo! Ten koń zwariował, a ty nawet nie dałabyś rady uskoczyć przed kopytami.
Iza odsunęła się  w bok, moment przed tym, zanim machnęłam kulą w miejscu, gdzie przed chwilą miała głowę.
- Nie mów na Dashę "ten koń" - syknęłam przez zęby.
- Przepraszam - Iza spuściła głowę i przez chwilę bawiła się kamykiem u swoich stóp, trącając go czubkiem buta. Kiedy spojrzała na mnie w jej oczach iskrzyły się łzy. - Ale Dasha naprawdę się zmieniła. To już nie jest ta sama Kara, z którą miałaś wypadek.
- Raz ją oswoiłyśmy, co za problem to powtórzyć?
Odpowiedziało mi przeciągłe westchnienie. Spojrzałam pytająco na przyjaciółkę. Milczała, więc ruszyłam w stronę stajni. Kuśtykałam niepewnie, potykając się co chwilę. Podłoże było nierówne, noga w gipsie mi ciążyła.
- Wiktorio - Z nowo wybudowanego budynku wyszedł Robert. - Jak się czujesz?
- Przyszłam zobaczyć się z Dashą - zignorowałam pytanie.
Twarz mężczyzny sposępniała. Zastanowił się chwilę, po czym wymienił spojrzenia z Izabelą.
- Jest na pastwisku - rzucił zrezygnowany. - Może tam żyć jak dziki koń. Nie muszę usypiać jej po kilka razy dziennie, żeby dać jej jeść i sprzątnąć boks. Ma problem ze złamaną nogą. Może na niej stawać, jest usztywniona, ale jej niewygodnie...
Usypiać?, pomyślałam. Pamiętałam jak było ostatnio. Bez grubej dawki środków uspokajających zbliżenie się do Dashy było jak samobójstwo. Ale nikt nie musiał jej wtedy aż usypiać.
- Chodźmy - mruknęłam, zmierzając w stronę pastwisk.
Kulejąc podeszłam do bramy, mocując się z zasuwą.
- Nie wchodź tam - powiedziała Iza. - Dasha pewnie stoi gdzieś w kącie pastwiska, zobaczymy ją z bezpiecznej odległości.
Fuknęłam w odpowiedzi, ale ruszyłam za Izą wzdłuż ogrodzenia. Zauważyłyśmy ją bez problemu kilkanaście metrów dalej w miejscu, gdzie stykały się dwie ściany prostokątnego padoku. Stała ze spuszczoną głową, chociaż nie skubała trawy. Mogłam się jej przyjrzeć  dopiero wtedy, kiedy się zbliżyłyśmy. Czarne boki klaczy pokrywała piana, nozdrza miała rozdęte, uszy ruszały się niespokojnie we wszystkich kierunkach. Stałyśmy jakieś 10 metrów od niej  po linii prostej, prostopadle do dłuższej ściany pastwiska, kiedy nas zauważyła. Uniosła łeb wysoko, nie spuszczając z nas oczu. Mięśnie miała napięte do granic możliwości. Wyglądała jak cięciwa łuku, któremu wystarczy jeden ruch, by wypuścić strzałę. Zrobiłam krok w jej kierunku, ale Izka powstrzymała mnie ruchem ręki.
- Możesz sobie popatrzeć z tej odległości, a jak ci się znudzi to wracamy - mruknęła.
- Nie bądź głupia. - Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
Zrobiłam krok, potem kolejny... i jeszcze jeden. Sierść klaczy przyozdobiły plamy świeżego potu. Stanęła dęba wysoko, kłąb znalazł się niemal w jednej linii z drżącymi nogami. Myślałam, że zaraz przewróci się na grzbiet. Ale ona jedynie wywróciła oczami ukazując białka. Kiedy straciła równowagę wylądowała na czterech nogach tylko po to, by zaraz znowu się unieść. Stałam w miejscu jak zaczarowana. Byłam jeszcze tak daleko... A ona całkiem oszalała.

~Iza~

Widziałam Dashę zaraz po wypadku. Była poharatana, miała złamaną przednią nogę. Dobrze się zrastała. Robert stwierdził nawet, że jeszcze kilka tygodni i klacz będzie mogła wrócić do skoków. Ale jedno nam umknęło - rany psychiczne. Rany, których nie da się zasklepić wszystkimi lekami świata. Kiedy widziałam Dashę po raz pierwszy bez wahania weszłam do jej boksu. Zaatakowała mnie i oberwałam kopniaka w plecy. Przewróciłam się, a kopyta Karej znów zaatakowały. O włos ominęły moją głowę. Robert przyszedł w ostatniej chwili przed kolejnym, pewnie celnym, kopniakiem w głowę. Odwrócił jej uwagę i pomógł mi się wydostać. Dla mnie skończyło się to jedynie siniakami na plecach. Ale Robert już wtedy chciał uśpić klacz. Nie zgodziłam się. Dasha należała tak samo do mnie, jak również do Wiki. Nie mogłabym zabić klaczy, dopóki moja przyjaciółka jej nie zobaczy. Teraz, kiedy patrzyłam na Wiktorię wpatrzoną zrozpaczonym wzrokiem na rozszalałego konia, do którego tyle razy się przytulałyśmy, kiedy było nam smutno... żałowałam, że nie pozwoliłam uśpić Dashy. Było jeszcze coś. Coś, czego nie mogłam powiedzieć Wice. Kara jest agresywna, owszem. Ale nie aż tak. Wszystkich atakowała tylko z bliska, a nawet wtedy nie tak ostro. Zaledwie dzień wcześniej oglądałam klacz opierając się o ogrodzenie , na co ona jedynie się pociła i wywracała oczami. Byłam pewna, że Wiktorię kojarzy z wypadkiem. Straciła zaufanie do mojej przyjaciółki gdyż ta, siedząc na jej grzbiecie, nie zrobiła niczego, żeby ją ratować... by oszczędzić jej bólu. Wszyscy wiedzieliśmy, że dziewczyna nie mogła zrobić zupełnie nic. Ale jak to wytłumaczyć koniowi?
Dołączyłam do Wiki energicznym krokiem. Machnęłam ręką szybko. Dasha na to postawiła wszystkie nogi na ziemi, zawróciła szybko i odgalopowała od nas, wyraźnie kulejąc, nie stawając na chorej nodze.
- Tym razem nie można jej już pomóc - usłyszałam głos obok siebie. Bartek położył rękę na ramieniu Wiktorii i patrzył z troską za odbiegającą klaczą. - Czasem koniom po prostu nie można pomóc. A wtedy trzeba pozwolić im odejść...
- Nie - rzekła Wiktoria twardym, nieznoszącym sprzeciwu, ale też zdławionym głosem. - Teraz nie mogę, mam złamaną nogę. Ale jak wrócę do formy zajmę się nią. Czy wam się to podoba, czy nie.
gify konie
Oto mój (nie)wielki powrót! :D Rozdział jest krótki i niezbyt mi się podoba. Wyszłam z formy (jeśli kiedykolwiek takową miałam). Ale dałam dużo opisów, mało dialogów (większość na początku) i udało mi się nawet co nieco dać od Izy :3
--przerwa na reklamę--
Zapraszam na poradnikowego bloga HTFY prowadzonego przeze mnie, Nikki i Koniowatą. Nigdy więcej nie założę opowiadania na spółę z kimś, ale w poradniku nie wchodzimy sobie w drogę, każda pisze co i kiedy chce, więc to czysta zabawa :D
--po reklamie--
Oczywiście odwieszam blogi, na CR może też coś napiszę. Ale nieregularność pozostanie :c
A teraz lecę , bo za jakieś 45 min jadę do stajni [o ile nam ujeżdżalni nie zalało, bo od wczoraj strasznie leje - wiwat południowy-wchód Polski (y)], a muszę jeszcze zjeść obiad i się przebrać. Zachęcam do komentowania a może napiszę jeszcze coś, najpewniej na CR, ale dobre i tyle, do końca tygodnia.
PS dziękuję Nikki za zmotywowanie mnie do roboty :*
PS2 kochane (zakładam, że w naszym gronie nie ma panów xD), nie wiem, czy to do Was dociera, ale, jeśli nie jesteście w 6 klasie podstawówki i 3 gim to od jutra zaczynamy WAKACJE <33 Wstawiam z tej okazji zdjęcie z zeszłorocznego obozu. Galop mój drugi w życiu, więc zdjęcia proszę nie komentować xD
PS3 za potencjalne błędy bardzo przepraszam. Muszę już lecieć, a chcę, żebyście przez te 3 godziny mojej nieobecności mogły już przeczytać rozdział. Nie miałam czasu go przeczytać :<
Edit 14:45 (30 min po opublikowaniu)
Jednak na konie nie jadę, bo cały czas leje, ujeżdżalnię nam zalało :/ Więc poprawiłam błędy w rozdziale.

wtorek, 27 maja 2014

KSK, CR itp. w zawiasach

Zawieszam blogi. 
Przykro mi, ale nie mam siły tego pisać. Czasu (tak jak i czytelników swoją drogą) jest coraz mniej. Coś, co kilka lat temu było moją prawie-pasją i zajmowało mnie bez reszty, teraz jest przykrym obowiązkiem.
Tak naprawdę blogi "zawieszałam" już z pół roku. Ale za każdym razem, kiedy otwierałam post, żeby napisać informację taką jak ta... nagle dostawałam wielkiej weny. Tj. piękny (wg mnie) rozdział w pół godziny. Teraz wena nie przyszła, uważam to za przyzwolenie do opublikowania tej notki. 
Nie oszukujmy się - i tak nie miałam czasu  na bloga. Notki raz na miesiąc w moim wykonaniu? Kiedyś nie mogłam wytrzymać tygodnia bez napisania czegoś. Może to po prostu przez szkołę... Piszę tylko w weekendy (głównie piątkowy wieczór i całą sobotę). Na tygodniu nie mam w ogóle czasu, nawet włączyć laptopa. A teraz mam pełno prac, które piszę w zamian notek na blogi, np. eseje, prezentacje, listy, wypracowania, referaty itp. (kto normalny zadaje referat z w-f-u?). A zależy mi na końcowych ocenach.
Obiecuję, że wrócę i nie traktujcie tego jak usunięcie bloga, lecz jak... przerwę. Postaram się wróćić w drugiej połowie czerwca lub w lipcu. Niestety nie mogę też obiecać, że będę czytać Wasze blogi. Pewnie raz na jakiś czas na któryś zerknę. Ale tutaj proszę jedynie o cierpliwość - nadrobię wszystkie zaległości.

czwartek, 1 maja 2014

Rozdział 67

~Wiki~

Otworzyłam oczy. Oślepiła mnie wszechobecna biel i znów musiałam je zamknąć. Spróbowałam się poruszyć. Zacisnęłam zęby. Z całego ciała eksplodował ogromny ból. Czułam się, jakby mnie ktoś wychłostał, przywiązał do samochodu i przeciągnął po betonie, a na koniec wrzucił do słonej wody. Leżałam chwilę w bezruchu. Ból minął, niestety zastąpiły go setki myśli przechodzące przez moją głowę. Wspomnienia z ostatnich... chwilę, ile tu już jestem? Wspomnienia z czasu zawodów powróciły do mnie w ciągu kilku chwil. Zdawało mi się, że znów siedzę na Dashy. Razem galopowałyśmy, razem skakałyśmy, razem upadłyśmy... Serce zaczęło mi walić w piersi tak jak wtedy. Oddychałam szybko. Czułam, że nie mogę złapać oddechu. Usłyszałam jakiś stłumiony, podniesiony głos wypowiadający moje imię. To chyba była Iza. Nie byłam pewna, ale kogoś wołała. Potem poczułam ukłucie w rękę i zasnęłam.
gify konie
Obudziły mnie ciche głosy. Wwiercały się w uszy jak bzyczenie natrętnych much. Otworzyłam oczy. Tym razem nic mnie nie oślepiło, choć leżałam w tym samym miejscu. Przy mnie siedzieli wszyscy, o których myślałam chwilę przed upadkiem: mama, tata, Iza, Robert, Bartek, Kuba. Brakowało tylko Dashy, ale przecież nie wprowadzą jej do pomieszczenia.
-Wiki?- szepnęła mama.- Wyglądała, jakby ujrzała ducha.
Wyglądam tak okropnie, czy nie było szans, że się obudzę?, zastanawiałam się.
Nim zdążyłam zapytać, wszyscy się na mnie rzucili. Każdy chciał mnie przytulić.
-Auu- rzuciłam szybko, zanim nawet poczułam ból.
Pamiętałam jak ostatnio bolało, gdy tylko spróbowałam się poruszyć. Przez kolejne 10 minut rozmawiałam ze wszystkimi obecnymi. Lecz każdy, jakby się umówili, unikał tematu zawodów i naszego upadku. Byłam pewna, że zostanę zasypana gradem relacji, a tu nic. Dowiedziałam się nawet, co Izz jadła wczoraj na obiad, ale wciąż nie wiedziałam, czy mam kręgosłup w jednym kawałku, bo nie odważyłam się ruszyć, żeby to sprawdzić, ani co z Dashą. W końcu oznajmiłam:
-Możecie wyjść? Wszyscy oprócz Izy i Roberta.
Rodzice spojrzeli na mnie zaskoczeni, Bartek zaczął protestować, ale Robert skarcił go wzrokiem. Ostatecznie wszyscy zrobili tak, jak prosiłam.
-Witaj wśród żywych- Robert uśmiechnął się do mnie.- Było z tobą krucho.
-Z nami było krucho- poprawiłam go.- W końcu to Dasha wylądowała na głowie.- Robert zbladł nieco.- A teraz mam do Was parę pytań. Po pierwsze: jak długo byłam nieprzytomna.
-Dwa tygodnie- Robert odetchnął jakby uspokojony takim pytaniem.- To nie dużo. Zapowiadało się, że prędko się nie ockniesz.
-Po drugie: jakie odniosłam obrażenia? Co mi jest? Wszystko mnie boli!- żaliłam się.
Robert spojrzał na Izę, ta wzruszyła ramionami, więc spróbował sam odpowiedzieć.
-Przeżyłaś dzięki kaskowi, ale masz pękniętą czaszkę. Na szczęście to opanowaliśmy. To znaczy lekarze opanowali. Złamałaś też dwa żebra z lewej strony, teraz jest już lepiej. Najgorzej z nogą. Została niemal całkiem zmiażdżona. Profesjonalnie nazwali to złamaniem w dwudziestu miejscach. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy myśleliśmy, że ci ją amputują. Na szczęście jakoś nogę masz poskładaną i się zrośnie. Nie będziesz już biegała tak szybko ani jeździła konno jak dawniej, ale przeżyjesz.
Odczekałam chwilę, by się upewnić, że skończył, aż wreszcie zadałam najważniejsze pytanie.
-Po trzecie: co z Dashą?- rzuciłam niedbale.
Robert zadrżał. Spojrzał na Izę. Skierowałam wzrok tam gdzie on. Moja przyjaciółka była biała jak ściana. Zamrugała parę razy, przeganiając łzy.
-Co z Dashą?- powtórzyłam z lekkim napięciem. Głos mi zadrżał. 
Miałam ochotę krzyczeć tak głośno, jak tylko się dało. Chciałam zmienić przyszłość, a jedynie niektóre wydarzenia były inne - jak na przykład dojazd do samego miejsca zawodów samochodem, nie konno - ale efekt końcowy był taki sam.
- Żyje... - powiedział Robert ostrożnie.
Wpatrywałam się w niego wielkimi ze zdziwienia oczami. Nie miał powodów, by mnie okłamywać. W końcu i tak o wszystkim bym się dowiedziała. Nie ukryliby przede mną śmierci mojego ukochanego konia. Uśmiechnęłam się słabo.
- To chyba dobrze..? Nie wyglądacie na zachwyconych...
- Bo to nie jest takie proste - szepnęła Iza, siadając koło mnie na łóżku i uważając, żeby nie trącić mojej nogi w gipsie. Jej błękitne oczy zalśniły wiosennym słońcem, kiedy odwróciła głowę w stronę okna znajdującego się nad łóżkiem. Zapatrzyła się na coś w oddali. - Dasha doznała pewnych obrażeń.
- Złamała nogę? - zmartwiłam się.
- Nic nie złamała - Robert pospieszył z wyjaśnieniami. - Była trochę... poraniona. Podczas upadku złamała drąga. W miejscu złamania drewno było zaostrzone. Wbiło jej się w udo.
- Zdarła też sobie skórę z piersi i nadgarstków... - dokończyła Iza.
Poczułam się jak sparaliżowana. Iza wciąż na mnie nie patrzyła, a ja nie mogłam wydusić z siebie słowa.
- Nie uśpicie jej, prawda? - spytałam z nadzieją. Przez chwilę oboje milczeli. Nikt się nie poruszył. - Proszę... Może to się zagoi... Nie muszę na niej jeździć. Chcę po prostu, żeby żyła.
- Nie o fizyczne rany tu chodzi - powiedział Robert. - Goją się świetnie, jeszcze z miesiąc i zostaną tylko blizny.
- Wiki, ona jest jeszcze gorsza niż na początku! - wybuchła moja przyjaciółka. Ukryła twarz w dłoniach, zaczęła cicho szlochać.
gify konie
---Miesiąc później---
Wracałam właśnie ze szpitala. Nie dość, że gipsu jeszcze mi nie zdjęli, bo noga naprawdę ucierpiała, to jeszcze poruszałam się o kulach. Ledwo kulałam u boku rodziców. Próbowali mi pomagać, ale ja co chwilę wybuchałam złością. Czułam się jak kaleka, ale mogłam być samodzielna. Ciągłe próby podtrzymywania mnie nie były tu mile widziane. Byłam wystarczająco zdenerwowana. Uparłam się, żeby prosto ze szpitala pojechać do stajni i zobaczyć się z Dashą. Wróciła do Equilandu zaledwie wczoraj. Wcześniej musiała zostać w klinice dla koni. Jednak nikt mi nie pozwolił pojechać do schroniska. Wpatrywałam się w nich gniewnie, kiedy każdy z osobna mi zabraniał. Robert, jego synowie i Iza stwierdzili, że Kara i tak nie pozwoliłaby mi do siebie podejść. A rodzice stanowczo zakazali mi wychodzić do stajni w takim stanie, skoro "mogą się założyć, że ledwie dam radę dojść do domu." 
- Nie może być z nią aż tak źle - oznajmiłam, zupełnie pewna swoich słów, kiedy Iza przyszła mnie odwiedzić i zostałyśmy same w pokoju.
- Kiedy wyprowadzali ją z kliniki, zużyli na nią trzy strzykawki środka uspokajającego, żeby ktokolwiek mógł się w ogóle do niej zbliżyć - odparła beznamiętnym głosem. - Nie damy sobie z nią rady. - Pokręciła głową z rezygnacją.
- Damy. - Uśmiechnęłam się i położyłam przyjaciółce rękę na ramieniu. - Raz już to zrobiłyśmy, pamiętasz?
- Teraz jest jeszcze gorzej. O wiele gorzej. Z tą różnicą, że nie pozwoliłam jej czegokolwiek złego zrobić. Zapowiedziałam Robertowi, że Dasha ma przeżyć. Kiedyś my byłyśmy potrzebne jej. Dziś to ona jest potrzebna nam. 
Zgodziłam się ze słowami Izabeli. Od dnia, w którym zobaczyłam w kącie boksu czarny kłębek sierści błyskający białkami oczu, czuję się z nią związana. Kiedyś jej pomogłyśmy. Nie zamierzałam teraz odpuścić.
gify konie
Musiałam w końcu pójść do szkoły. I tak miałam już półtora miesiąca zaległości przez szpital i kolejne pół miesiąca hospitalizacji w domu, a za 2 lata matura. Wspinaczka po schodach była nie lada wyzwaniem. Wejście z parteru na trzecie piętro kiedyś zajęłoby mi 2 minuty. Teraz trwało piętnaście. Po dziesięciu minutach "wspinaczki" zadzwonił dzwonek, a zostało mi jeszcze jedno piętro. Mruknęłam pod nosem parę przekleństw. Pożałowałam, że wcześniej praktycznie nie ruszałam się z mojej sofy. Do tego Izy dziś nie było w szkole. Już zdążyłam się poczuć samotna.
Kiedy zapukałam i otworzyłam drzwi do sali matematycznej, 30 par oczu skierowało się w moją stronę. Zawahałam się przez chwilę.
- Dzień... dobry. Przepraszam za spóźnienie... Ja... - poruszyłam niespokojnie kulą, wskazując gips na nodze.
- Rozumiem, siadaj - powiedziała nauczycielka. Zawsze była bardzo surowa i bałam się, że będzie na mnie krzyczeć.  Zazwyczaj za minutę spóźnienia wyrzucała z sali i wpisywała nieobecność. Przekroczyłam to pięciokrotnie, więc pozytywnie mnie zaskoczyła.
Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że mimo iż nauczycielka od razu próbowała dalej prowadzić lekcję, wszyscy mnie obserwowali, kiedy tak kuśtykałam przez całą salę lekcyjną, żeby zając miejsce na samym końcu w jedynej wolnej ławce. Spuściłam głowę i nie odważyłam się jej podnieść. Dopiero gdy usiadłam zdałam sobie zniesmaczona sprawę z tego, że przede mną siedzi Amanda. Jej zielone oczy, przyozdobione długimi rzęsami błyszczały tryumfująco, idealnie zgrywając się ze złotymi, idealnie rozczesanymi włosami. Odwróciła głowę tylko na chwilę, nic nie powiedziała. Ale jej jedno spojrzenie mówiło wszystko. Wiedziałam też, że czeka mnie ciekawa przerwa.
Ledwie przeżywałam kolejne minuty lekcji. Nie mogłam się w ogóle skupić na tym, co mówiła nauczycielka. W końcu wyjęłam z kieszeni telefon i zaczęłam przeglądać internet, ciesząc się, z dostępu do wi-fi. Musiał być jakiś sposób na wyleczenie Dashy.
Konia nie widziałam, a zastanawiam się, jak jej pomóc, pomyślałam dziwnie rozbawiona tym faktem.
- Wiktoria? - usłyszałam głos nauczycielki. Znów wszyscy się we mnie wpatrywali. Dyskretnie wsunęłam telefon do kieszeni. - Zadałam Ci pytanie.
~ Dwa ~ usłyszałam gdzieś z przodu.
- To dwa - posłuchałam kogoś z mojej klasy.
- Twoim zdaniem sinus kąta 60 stopni to dwa? Gratuluję. - mruknęła kpiąco. - Maj, rozumiem, że od dwóch miesięcy nie widziałaś szkoły. Ale czy ma mnie cokolwiek obchodzić, że do niczego się nie nadajesz i nawet z koniem sobie nie radzisz? Jeśli masz zaległości, choć już dawno powinnaś je nadrobić, to uważaj chociaż na bieżących lekcjach.
Po klasie rozległ się dźwięk tłumionego chichotu.
A ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie zdziwiło mnie, że wiedziała o wypadku. Podobno jeszcze tydzień po naszym upadku mówili o tym we wszystkich mass mediach. Dobrze, że byłam wtedy nieprzytomna.
Później mogłam sobie darować szukanie pomocy w internecie. Każde kolejne pytanie kierowano do mnie, do tego dwa razu musiałam pójść do tablicy.
Dzwonek brzmiał jak wybawienie. Chociaż zanim się spakowałam i dokuśtykałam do ławki na korytarzu, minęło pół przerwy. Znów poczułam się samotna. Nawet Ania, która wcześniej rozmawiała tylko z nami, teraz siedziała z grupą dziewczyn z mojej klasy, naprzeciwko mnie. Przywołałam ją gestem. Wstała niechętnie i podeszła do mnie.
- Aniu, nie chcesz ze mną porozmawiać? Dawno się nie widziałyśmy.
- Widzisz... Może później? Właśnie rozmawiałyśmy o imprezie u Amandy. Jestem ciekawa, jak się dziewczyny poubierają - chciała odejść, ale się zawahała. - Szkoda, że nie możesz przyjść.
Ach tak, przecież mam połamaną nogę, pomyślałam odprowadzając Ankę wzrokiem. Och... Wróżę kłopoty..., zobaczyłam Amandę idącą w moim kierunku.
-Wikuś, i jak tam zdrowie?! - zawołała, siadając koło mnie. Dagmara usiadła przy moim drugim boku. - Wybacz, że nie zapraszam Cię na moją domówkę, ale wiesz jak jest... Z nogą w gipsie nie sposób tańczyć. A szkoda - zacmokała w irytujący sposób. - Mam zamiar zaprosić Izabelę i waszych kolegów z... - zrobiła znaczącą pauzę - Equilandu.
- Może jednak - wtrąciła się Dagmara, wyrywając mi kulę i bawiąc się, wymachując nią nad głową - jeździectwo zostawisz tym, którzy się na tym znają. Umiesz chyba tylko... Nie, jednak nic nie umiesz.
- Widziałyśmy tą waszą chabetę - kontynuowała Amanda. - To zwierzę było nienormalne jeszcze kiedy ja się nim zajmowałam. Ale to, co ty z tym koniem zrobiłaś... Brawo! Ja tak bym nie umiała.
Obie wybuchnęły szyderczym śmiechem. Dagmara rzuciła moją kulę na podłogę, bo właśnie zadzwonił dzwonek obwieszczający kolejną lekcję matematyki, i obie odeszły.
gify konie
Kochani, nie oszukujmy się - wiedzieliście, że Dasha przeżyje ;) Wiem, bywam niereformowalna. Ale nie po to zaczynam od nowa z Dashą, żeby ją od razu zabić po pierwszym rozdziale xD A ja znów mam problemy z przysłowiowym "laniem wody". Rozdział miał być dłuższy niż... niż jest :/ Ale nie chciałam w nim jeszcze pokazywać Dashy, a nie miałam pomysłu o czym pisać.
Edit:
Pierwotna wersja miała być bez scenki w szkole, która... no, jednak trochę mi zajęła. ;)

sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 66 [Prolog]

Od razu mówię, że jednak polecam przeczytanie tego prologu. Może on przypominać epilog sezonu 1-go, ale pozmieniam wiele w różnych miejscach, nie tylko wstawka na początku i zmiana zakończenia ;P A poza tym minął niemal rok od zakończenia sezonu nr 1. Na pewno odświeżenie pewnych faktów nie zaszkodzi ;)

~Wiki~

 - Wika, obudź się - coś mnie trąciło w ramię. Zignorowałam to. - Wiktorio, wstawaj! - krzyk był nie do zniesienia.
Gwałtownie przeturlałam się na bok i poczułam, że lecę. Chwilę potem uderzyłam w coś twardego. Jęknęłam przeciągle, otwierając oczy. Leżałam na podłodze, a nade mną rozciągała się miękka kanapa ze schroniskowej siodlarni. Przetarłam oczy. W głowie mi szumiało, widziałam podwójnie. Czułam się, jakbym dostała czymś w głowę. Pamiętałam tylko to, jak Bartek mi się oświadczył, a Iza... skoczyła z urwiska. Zamrugałam przeganiając zaćmę sprzed oczu i zachłysnęłam się. Przede mną stał... Robert! 
- Ty żyjesz - sapnęłam. - Chciałam się mu rzucić na szyję, ale zakręciło mi się w głowie i zostałam na miejscu.
Robert otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi od siodlarni otworzyły się na oścież. Zobaczyłam moją przyjaciółkę, trzymającą za wodze karą klacz.
- IZA! - krzyknęłam na cały głos. Klacz zastrzygła uszami. - DASHA!!!
Poderwałam się z miejsca nie zważając na zawroty głowy i skoczyłam klaczy na szyję. Wtuliłam twarz w aksamitną grzywę.
- Wiki, dobrze się czujesz? - spytał Robert bez cienia cynizmu. W jego głosie słyszałam łagodną troskę.
- Teraz tak - szepnęłam, kiedy miękkie, czarne chrapy łaskotały mnie po szyi. Serce biło mi tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. - Miałam... sen. Chyba. Myślałam, że wy... Wszyscy zginęliście. To znaczy Dasha zginęła na zawodach, ja uciekłam, nie jeździłam konno. Miałam dwójkę dzieci z człowiekiem, który nienawidził koni. Kiedy wróciłam Ty, Robercie nie żyłeś. Bartek prowadził schronisko, które zmienił w luksusową stajnię, a Jakub był frajerem i sukinsynem. Zdradził Izę, a potem zrobił jej dziecko. Ją zwolnili z pracy, bo pracowała w angielskiej stadninie i skoczyła z przepaści razem z ukochanym koniem, którego chcieli oddać pod nóż... - Mówiłam tak szybko, że aż brakło mi tchu. 
Kiedy skończyłam wpatrywałam się w Roberta, ciekawa jego reakcji. Mężczyzna uśmiechnął się pobłażliwie. 
- To by wyjaśniało, czemu przez ostatnie pięć minut snu darłaś się jak opętana. Ale to tylko sen. Kazałem Izie osiodłać Dashę. Może wybierzecie się na przejażdżkę, zanim wrócisz do treningów? Niedługo mistrzostwa.
- Ale Dasha zginie! Nie wystartuję w nich.
Robert położył mi ręce na ramionach.
- To... tylko... sen... - odrzekł spokojnie. - No idź. I baw się dobrze. Wystraszyłaś nas wszystkich tym nagłym omdleniem.
Nie dałam się uspokoić, ale musiałam chociaż zachować pozory. Uśmiechnęłam się przekonywająco i poszłam za przyjaciółką.
gify konie
   Iza była równie wściekła jak ja, kiedy jej powiedziałam o Dashy. Potem pogodziłyśmy się z tą myślą. A mi było łatwiej zrozumieć, czemu omal nie zginęłam podczas pierwszego spotkania z klaczą, skoro chciałam tylko jej pomóc. Niestety nie mogłam odgonić od siebie myśli, że powinna zginąć. I to wiele tygodni wcześniej nim tu trafiła. Jednak teraz nas kochała, a to było najważniejsze.
  Wielkie zawody zbliżały się dużymi krokami. Co dzień trenowałam po trzy godziny na parkurze. Musiałyśmy być najlepsze. I byłyśmy. Iza wydawała się zła, bo nie mogła jeździć na Dashy tyle, ile by chciała. Na moje treningi składały się trzy jednogodzinne jazdy, między którymi robiłyśmy godzinną przerwę. Po ostatniej partii Dasha też musiała odpocząć. Tak więc przez 6 godzin nikt nie mógł jej dosiadać oprócz mnie, a potem zazwyczaj jechałyśmy do domu. Nawet wcześniej, bo nie musiałyśmy czekać aż odpocznie po treningu.
-Najeździsz się na niej do woli po zawodach- pocieszałam przyjaciółkę. 
Chociaż sama miałam wątpliwości. Robert nie chciał słyszeć o mojej rezygnacji z powodu snu. A ja bałam się, że obrócimy to w rzeczywistość.
-Uhm- przytaknęła.- Wiem o tym. Ćwicz spokojnie, Wiki.
Jej głos brzmiał radośnie, ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że stwarzał tylko takie pozory. W końcu oprócz jazdy pozostawało coś jeszcze. W ogóle nie miałam czasu na nic związanego z pracą w Equilandzie. Izabela harowała jak jakiś parobek. Obrabiała konie, czyściła je, czasem dosiadała ich, żeby się rozruszały, te bardziej chore prowadziła w ręku. Przeprowadzała też kilka lekcji jazdy konnej dziennie. Robiła to wszystko kiedy ja, uśmiechnięta od ucha do ucha, śmigałam na parkurze na naszej ukochanej klaczy.
   Pewnego dnia Jakub zaprosił Izę na połowinki. Pamiętałam, że w śnie ucieszyła mnie ta wiadomość. Teraz jednak bałam się o nią. Wolałam, żeby zbytnio się do niego nie zbliżała. A co, jeśli faktycznie zobaczy go całującego się z inną? Nie mogłam do tego dopuścić. 
-Zamierzasz pójść?- spytałam ostrożnie.
-Chciałam, ale kto się zajmie tym wszystkim, jeśli mnie nie będzie? Może ty z nim idź?
Te słowa, pozornie wypowiedziane bez zastanowienia i nuty złośliwości, bardzo mnie zabolały. Nie wiem, czy powiedziała to specjalnie, ale zabrzmiało to dla mnie tak: ,,Nie mogę pójść z Kubą na bal, bo beze mnie sobie rady nie dadzą, za to ty już od dawna jesteś zbędna, więc z czystym sumieniem możesz pójść." Wiedziałam, że coś jej się od życia na leży.
To tylko sen..., pomyślałam. Nic jej nie będzie.
-Izz- rzekłam spokojnie.- Niczym się nie martw. Zrobimy sobie wtedy, ja oraz Dasha, dzień wolny od treningów. Ona odzyska siły, a ja zajmę się wszystkim.
Mruknęła coś bez przekonania, ale przyjęła zaproszenie przyjaciela.
gify konie
---3 miesiące później---
   Wreszcie nadszedł dzień zawodów. Rano całym sercem chciałam dosiąść Dashy, żeby jeszcze poskakać, ale rozum odrzucił tą chęć. Ćwiczyłyśmy przez ostatnie pół roku; teraz powinna jak najbardziej odpocząć. Miejsce zawodów było jakieś cztery godziny spokojnej jazdy samochodem od Equilandu. Zawody zaczynały się o piętnastej. Moi rodzice wyjechali już o dziewiątej. My postanowiłyśmy zostać z Robertem i chłopakami i wyjechać razem z nimi.
-Długo jeszcze?- spytałam zdenerwowana.- Jest za dziesięć jedenasta. Zamierzacie wyjechać o piętnastej? - wciąż miałam na uwadze, że to przez spóźnienie zginęła Dasha i nastąpiły wszystkie komplikacje.- Nie dość, że musimy tam dojechać, to jeszcze przydałoby się rozgrzać Dashę. I ją wyczyścić. Na przykład takie kopyta. Z ubłoconymi nie pojedziemy, bo jeszcze się poślizgnie i... możemy mieć wypadek.
-Dziewczyny!- Robert zacisnął ręce na ogrodzeniu, koło którego staliśmy. Spojrzał w ziemię i odetchnął głęboko.- Zdążymy. Ale błagam was, nie utrudniajcie tego. Nie możemy zostawić siedemnastu koni ot tak, na kilka albo kilkanaście godzin. Musimy tu wszystko ogarnąć oraz poczekać na pana leśniczego, który obiecał doglądać tego wszystkiego. Jeśli chcecie pomóc już teraz oporządźcie Dashę, a potem zapakujcie ją do przyczepy.
Wykonałyśmy polecenie. Było jednak już dwadzieścia po jedenastej, gdy wreszcie wyjechaliśmy. Zadzwoniłam do rodziców i powiedziałam, żeby odebrali mi numerek jak dojadą.
Nasza przyczepa była doczepiana do samochodu osobowego, dzięki czemu mogliśmy jechać w jednym aucie.
gify konie
-Znowu się zaczyna- szepnął Robert. Zdawał się mówić bardziej do siebie.- Mam deja vi, ale oby nie skończyło się to tak, jak ostatnio.
-Wiozłeś kiedyś innych wolontariuszy na zawody i coś się stało?- spytałam.
Chyba dopiero teraz dotarło do niego, że to słyszeliśmy.
-Nie do końca- pośpieszył z wyjaśnieniami Bartosz.
-Bartek...- rzucił Robert ostrzegawczo.
-No co? Tato, one mają prawo wiedzieć. A zbyt długo trzymaliśmy to w tajemnicy. Powiesz im, czy ja mam to zrobić?
-Mów- mruknął mężczyzna.
-Jak wiecie- zaczął Bartek- schronisko jest tu dopiero od niedawna.Wcześniej mieliśmy stadninę na mazurach. I naszego wspaniałego konia Demona...- Przez chwilę się zamyślił.- Wszyscy wołali na niego Demo. Był naprawdę przepiękny... Nawet nie rasowy, ale piękny. O ile dobrze pamiętam matka była oldenburką, a ojciec folblutem. Sierść Demo była jasnobrązowa, wręcz rudawa- jak u kasztana, a grzywa kruczoczarna.
-Bartoszu, do rzeczy- mruknął Kuba.
-Nie przerywaj mu- zaprotestowała Iza.
-Nie, on ma rację- Bartosz potrząsnął głową, przeganiając stare wspomnienia.- A więc Demon, wbrew imieniu był niezwykle spokojnym, ułożonym koniem. Tata startował na nim w tych zawodach co ty, Wiki, teraz.
-I przegrał- dokończyła Iza.
-Ależ nie.- Tym razem odezwał się Robert.- Zająłem pierwsze miejsce.-Zaniemówiłyśmy, a on kontynuował:- Myślicie, że do sukcesu jest potrzebny rodowód? Oczywiście, że nie. Nawet Dasha nie musi być stu procentowym hanowerem, a jak skacze.
-Amanda nie kupiłaby nierasowego konia- wtrąciłam.
-Amanda?
Zapomniałam, że tylko Izie powiedziałam, co usłyszałam tamtego pamiętnego dnia. Nie zwierzyłam się nawet Bartkowi, który ostatecznie widział jak mdleję, ale nie wiedział czemu. Opowiedziałam im wszystko. Robert pokręcił tylko głową smutny, wściekły, zażenowany- tego nie wiedziałam. Widział jaka była Dasha. Był też przy tym, gdy omal mnie nie zabiła. Nic dziwnego, że odjęło mu mowę.
Potem opowieść kontynuował
-Demon stał się bardzo sławnym koniem. Ludzie z całej Polski przyjeżdżali, żeby go zobaczyć, a nawet na nim pojeździć. Był tak popularnym i... dobrym koniem, że braliśmy sto złotych za godzinę jazdy na nim. I to był błąd. Na zbyt wiele pozwoliliśmy ludziom. Domo stał się rozdrażniony, niecierpliwy. Raz, gdy Bartek spróbował na nim pojeździć, ledwo uszedł z życiem. Nasz skokowy misiek stał się godny swego imienia. To, co on robił, było nie do opisania. Wyobraźcie sobie Dashę. Tyle, że od niej wszyscy trzymali się z daleka. Demon nie miał okazji siedzieć w samotności, nie niepokojony przez nikogo. Tak jak mówiłem, Bartek raz miał z nim problemy. Demuś zafundował mu rodeo, a gdy jeździec leżał na ziemi, koń stał nad nim wymachując kopytami. Nikogo nie było w pobliżu. Bartek miał nad tobą, Wiki, tą przewagę, że nie był w kącie. Leżał na środku ujeżdżalni, ze wszystkich stron miał wolną przestrzeń. Udało mu się przeturlać parę metrów i wydostać z ujeżdżalni. Po tym wypadku skończyliśmy z prowadzeniem jazd na Demonie. Ale ludzie wciąż przychodzili. Chcieli robić mu zdjęcia, czasem rzucali w niego kamieniami, żeby pokazał się z innej strony lub poszedł tam, gdzie chcieli. Nie udało nam się do końca nad tym zapanować. Pewnego dnia poszła do niego nasza młodsza siostra Asia, cztery lata młodsza ode mnie. Miała wtedy dziesięć lat.
Sekundę wcześniej kichnęłam, jednak po wzmiance o ich siostrze, o której nigdy nie słyszałam wstrzymałam oddech i odwróciłam głowę, by spojrzeć na Jakuba. On uśmiechnął się smutno.
-Mówiliśmy się, żeby do niego nie podchodziła- kontynuował- ale tak kochała konie... Chciała mu pomóc.- Pociągnął nosem.- Demon potraktował ją tak jak Bartosza, ale nie musiał jej zrzucać ze swojego grzbietu, Aśka nie zamierzała go dosiąść. Stała na ziemi, gdy on ją zaatakował... Bartku?- Jakub nalegał, by to brat skończył opowieść.
-Kuba był jeszcze w szkole- oznajmił sucho Bartosz. Ja wiedziałam, że to wyznanie przychodzi mu z trudem.- Ja wróciłem wtedy wcześniej. Aśka została w domu, bo była przeziębiona, mama była w pracy, tata pojechał po nowego konia. Bo oprócz Demona w naszej stadninie na trzydzieści koni mieliśmy ich jeszcze dwadzieścia. Ale do rzeczy. Zobaczyłem Joankę w chwili, gdy stała pod górującym nad nią ogierem.  Krzyknąłem i rzuciłem się w tamtą stronę. Aśka spojrzała na mnie, w tym momencie Demon ją kopnął w głowę. Miałem do przebiegnięcia kawałek podwórka i część padoku, plus ogrodzenie do przeskoczenia między nimi. Kiedy dobiegłem Demon opuścił już przednie nogi... na mojej siostrze. Złamał jej parę żeber, ale zginęła już od kopniaka w głowę.- Głos mu się załamał.- Spóźniłem się...
-To nie była twoja wina- odpowiedział Rob szybko.- To ja ją zostawiłem. Kamila, moja żona, była wściekła. Wydawało mi się, że nawet nie zapłakała po śmierci córki, a od razu myślała co zrobić z tym wszystkim. Oczywiście ją to dotknęło najbardziej. Już znalazła kupca na całą stajnię ze wszystkimi końmi, kiedy powiedziałem, że nie mam zamiaru tego zostawiać. Zwyzywała mnie od najgorszych, chciała wyprowadzić się razem z chłopcami. Ale oni nie chcieli. To znaczy Bartek był zbyt wstrząśnięty, by sam mógł decydować. Widział w końcu jak ukochany koń zabija jego jedyną siostrę. Chciał iść tam, gdzie brat. A Jakub nie mógł żyć bez koni. Tak więc Kamila odgrażając się odeszła sama. Jednak nam było tu żyć trudniej niż przypuszczaliśmy. Postanowiłem sprzedać stajnię, wyjechać gdzie indziej. Demonowi już nic nie mogło pomóc. Musieliśmy go uśpić. Widziałem jak ta bestia, która zabrała mi córkę i omal nie zabiła syna, zasypia spokojnie. Wtedy stwierdziłem, że w takich wypadkach uśpienie jest bardziej humanitarne niż pozostawienie konia przy życiu. To pewnie wyjaśnia wam, czemu byłem taki wściekły, kiedy zbliżyłyście się do Dashy zanim was zaakceptowała i dlaczego tak bardzo chciałem ją uśpić. To drugie jeszcze rozwinę. Niedługo przed waszym przybyciem Bartosz próbował z nią pracować. Pewny swych możliwości wpakował się jej na grzbiet. Skończył tak jak po przejażdżce na Demonie. Ale gdyby mnie tam nie było, dołączyłby do Joanny. Bez wątpienia uratowałyście Dashę, ale najbardziej ryzykownym sposobem. A jeszcze wcześniej, bo tego nie powiedziałem, po sprzedaży naszej stadniny wyjechaliśmy tutaj, niemal przez przekątną kraju i zbudowaliśmy Equiland. Pomysł na schronisko wziął się właśnie od Demona. Chcieliśmy ratować konie. Dasha była jednym z pierwszych naszych koni. Kiedy braliśmy ją z rzeźni na szprycowali ją tyloma środkami usypiającymi, że sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. U nas ,,wytrzeźwiała" i zaczęła szaleć. Resztę już znacie. Po prostu od tej pory nie startuję w zawodach. Swoje umiejętności wykorzystuję w pracy z końmi, ale nigdy publicznie. Nawet teraz, gdy Equiland przypomina bardziej szkółkę jeździecką niż schronisko, zajmuję się finansami, a to chłopcy prowadzą jazdy.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Kto by pomyślał? Robert miał córkę, która zginęła przez konia, a mimo to miłość do koni zwyciężyła. Dziwne, że zgodził się zostać synom. Sam mógł chcieć zostać z końmi, ale Bartek już parę razy omal nie zginął, nie wiem jak z Jakubem. Miałam zamiar powiedzieć to głośno, ale mogłoby to zabrzmieć oskarżycielsko, a nie chciałam nikogo urazić. Nie musiałam się z Izą porozumiewać słowami, by obiecać sobie, że nie wrócimy nigdy do tematu.
Dalej zastanawiałam się nad moim snem. Łatwo było się domyślić, co jest fałszem. Cały ten sen, czy może raczej koszmar, był bardzo niejasny. Ja na pewno nie patrzyłabym tylko na swoje dobro. Przyjęłam zaręczyny dzień po rozstaniu z mężem, nie mając nawet rozwodu i nie pytając o zdanie moich dużych już dzieci. A Iza? Na pewno zabiłaby siebie, nienarodzone dziecko i ukochanego konia. Konia, który nie przestraszył się jadącego obok głośnego motocykla. Uśmiechnęłam się pod nosem.
To jednak nie ma sensu, pomyślałam. Musze po prostu o tym zapomnieć.
gify konie
Szybciej, szybciej, powtarzałam w myślach. Mieliśmy jeszcze pół godziny do rozpoczęcia zawodów, a do przejechania zostało nam z dziesięć kilometrów. Zdążymy, pocieszyłam się. Wtedy jak na złość usłyszeliśmy trąbienie. Spojrzałam przed siebie i jęknęłam na widok kilometrowego korka.
-Cholera- mruknęłam.
-Delikatnie powiedziane- odpowiedział Robert. Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego zirytowanego. No, może tylko wtedy, kiedy ponaglałyśmy go przed wyjazdem.
Chciałam powiedzieć, że już byśmy byli na miejscu, gdyby mnie posłuchał, wolałam jednak bardziej go nie denerwować
-Otwórz przyczepę- poleciła Iza
-Że co?- spojrzał na nią zaskoczony. Siedziała na przednim siedzeniu, więc nie było to trudne.
-Pojedziemy na Dashy. 
Iza czytała mi w myślach. Sama chciałam to zaproponować, ale trzymałam język za zębami. 
Nie mogę do tego dopuścić. O nie...
-Chcesz jechać po betonie między samochodami?
-Nie do końca. Obok drogi jest las. Pojadę z Wiką na Dashy. Tak będzie szybciej.
-Obiecałem waszym rodzicom, że przyjedziecie całe i zdrowe. Zabiją mnie, jeśli coś wam się stanie- Robert przejechał parę metrów, gdy korek się ruszył, po czym znów stanął.
-Obiecałeś też, że przywieziesz nas tam na czas- przypomniała mu, otwierając drzwi.
-A jeśli zabłądzicie?
-Trafimy- uśmiechnęła się Iza przekonująco.
-Ehh- Robert podał mi kluczyk od przyczepy.- Wejdźcie do niej i ją osiodłajcie. Nie mamy czasu ani możliwości zatrzymywać się na długo. Więc wyprowadzicie ją, jak będzie gotowa.
-Nie - mruknęłam.
-Że co? - oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- Wszędzie jest pełno błota, a my naprawdę nie znamy drogi. Błądząc w lesie na pewno nie zdążymy.
Po długiej kłótni z Izą, siłą, mając wsparcie Roberta, przekonałam ją, żebyśmy zostały.
gify konie
Korek ciągnął się niemiłosiernie, a ja zagryzłam zęby. W końcu w głowie zaczęły kłębić mi się myśli, że może dobrze będzie, jeśli nie zdążymy. Na początku przecież w ogóle nie chciałam startować w zawodach. Widać w tym cały sens. Jeśli chcę zmienić przyszłość, co mi się zaczęło udawać, nie mogę wziąć w nich udziału. Pozostawała jeszcze jedna bardzo ważna kwestia- czy mój sen rzeczywiście mówił o przyszłości, czy to zwykły koszmar, który może zniszczyć moje marzenia o mistrzostwach? 
Wreszcie usłyszałyśmy dźwięki dobiegające ze stadniny, do której jechaliśmy.
-Jesteście!- krzyknęła mama.- Co tak długo?
-Późno wyjechaliśmy, a potem był korek- odpowiedziałam, wyprowadzając Dashę w przyczepy.
-Masz jedynkę, zaraz jedziesz- poinformowała mnie.
-Co?!- nawet zapomniałam poprawić ją, że nie JA jadę, lecz MY. Nie lubię, jak ktoś zapomina o koniach, których dosiadają zawodnicy.- Nie możemy! Dasha nie jest gotowa.
-Było wcześniej wyjechać- wtrącił tata.
-Chciałam- warknęłam.
= Na parkur zapraszamy Wiktorię na klaczy hanowerskiej o imieniu Dasha = oznajmił głos z głośników.
Jęknęłam cicho. Kopyta Dashy były wcale nie w lepszym stanie niż gdybyśmy jechały przez las. Rzuciłam okiem na ogłowie, by wiedzieć, że wszystko z nim w porządku. Zapięłam jeszcze popręg o jedną dziurkę więcej, wcześniej nie miałyśmy czasu go podciągnąć. Potem wskoczyłam na siodło. Kłusem wjechałyśmy na maneż. Rzuciłam na niego okiem. Ujeżdżalnia była trawiasta, odkryta. Trawa wyglądała na mokrą po deszczach, których ostatnio w okolicy nie brakowało. Wiedziałam o tym już w lesie, kiedy miejscami błoto sięgało Dashy do kolan. Co prawda obok była hala, do której byśmy się przenieśli, gdyby padało. Ale nikt teraz nie czuł takiej konieczności, w końcu świeciło słońce. Trawa wyglądała na śliską. Jeszcze z kopytami dokładnie wyrównanymi przez błoto, które zostało na nich jeszcze z poprzedniego dnia... Nie widziałam ich od spodu, ale założę się, że ,,system antypoślizgowy" Dashy właśnie uległ awarii.
Dlaczego nie wyczyściłyśmy jej przed wyjazdem, pomyślałam niepocieszona.
Zaczęłyśmy spokojnie, ale moje obawy się potwierdziły. Ledwie udawało mi się kierować klaczą. Za bardzo przyspieszała, skręcanie przychodziło nam z trudem. Czułam, że zaczyna panikować.
-Spokojnie- poklepałam gorącą czarną szyję.- Uda nam się. Zaufaj mi.
Chyba najpierw ja powinnam zaufać jej..., pomyślałam. Dasha była wspaniałą klaczą, ja jednak trzymałam ją krótko, szarpałam wodze i serce waliło mi za każdym razem, gdy minimalnie przyspieszyła bądź się potknęła. Ona wie, co robi. Nie skrzywdzi mnie
   Już prawie skończyłyśmy przejazd. Zostały tylko dwie przeszkody. Wszystkie inne pokonałyśmy bezbłędnie. Teraz dojeżdżałyśmy do oksera. Miał wysokość około półtora metra i długość jednego metra. Kazałam Dashy zagalopować.
W końcu stwierdziłam, że za bardzo się rozpędziłyśmy. Klacz z każdą sekundą bardziej wyciągała chód. W końcu przejdziemy do cwału. Ściągnęłam wodze, Kara wydała się tego nie zauważyć. Z całej siły wywarłam nacisk na jej zad. Miałam nadzieję, że to ją spowolni. Zamiast tego przysiadła na zadzie, nie dotykając nim ziemi i jadąc na kopytach jak na łyżwach. Ogarnęła mnie panika. Dystans dzielący nas od oksera niebezpiecznie malał. Powinnam zachować zimną krew, uspokoić Dashę, ale nie mogłam. Pozostawała jeszcze jedna opcja. Mogłam ewakuować się z siodła, lądując na bezpiecznej trawie. Ale nie byłabym sobą, gdybym zostawiła Dashę. Siedząc na niej w każdej chwili mogę coś zrobić... Gdyby tylko się dało... Cóż, jak będzie okazja, na pewno jej pomogę. Gdybym ją zostawiła... nie chcę myśleć, co by się stało. Kapitan idzie na dno ze statkiem, pomyślałam, a jeździec upada razem z koniem. Kolejną sekundę później już nie miałam tej możliwości. Klacz potknęła się, a noga utkwiła mi głęboko w strzemieniu. Nie miałam ani siły, ani czasu jej wydostawać. Każda normalna osoba pomyślałaby, że błaźni się przed całą Polską albo chociaż że cały kraj patrzy. Mi nawet nie przyszło to do głowy. Wiedziałam tylko, że widzą mnie rodzice, Iza, Robert, Bartek z Kubą, którzy musieli się o mnie strasznie martwić; a pod sobą mam śmiertelnie przestraszonego konia. Nie dziwiła mnie jej reakcja. Sama nie bałam się tak bardzo nawet wtedy, gdy dawno temu galopowała na mnie wściekła kara hanowerka. Od przeszkody dzieliło nas co najwyżej półtora metra, gdy Dasha skoczyła. Cóż to był za skok! Przez chwilę myślałam, że przeskoczy te trzy i pół metra, lądując po drugiej stronie oksera. Ale żaden koń nie był do tego zdolny, pomijając te najlepsze konie w historii. Jednak los chciał, żeby wylądowała w środku przeszkody. Gdyby upadła na grzbiet, zabiłaby mnie na miejscu. Zginęłabym jak nic przygnieciona z jednej strony twardymi, nierównymi drągami, a z drugiej- półtonowym koniem. Ona jednak postanowiła mnie chronić. Zdecydowała się na o wiele bardziej niebezpieczną sztuczkę. Niebezpieczną dla niej... Stanęła pionowo na przednich kopytach między zrzuconymi drągami. Zauważyłam, że jedną nogę postawiła na drągu. Widać nie trzymała ciężaru nas dwóch lub po prostu resztki oksera jej nie pozwoliły wytrwać w tej pozycji, bo przednie nogi ugięły się pod nią. Wylądowała najpierw na głowie, potem całą siłą przewróciła się na bok, by nie upaść na grzbiet. Uderzyłam głową w toczku o drąg. Z przygniecionej przez Dashę lewej nogi eksplodował koszmarny ból. Prawa ręka zacisnęła mi się na wodzach. Lewą opuściłam trochę niżej, jej palcami pogładziłam gorącą szyję przyjaciółki. Przed oczami widniała ciemność, w uszach mi dzwoniło, z całej siły zacisnęłam zęby broniąc się przed bólem z nogi. Życie ze mnie uciekało. Próbowałam uciec przed tym wszystkim. Tracąc przytomność nie mogłam pozbyć się myśli, że Dasha właśnie uratowała mi życie...
gify konie
Wiem, wybrałam najbardziej przewidywalną wersję, ale nie mogłam wymyślić nic innego xd
Wyjaśniłam też, dlaczego Epilog był taki... jaki był. Niejasny, krótki. I teraz zaczynamy od początku ;) Wycięłam stąd tą część ze szpitalem, bo... po prostu nie mam tego jeszcze dopracowanego. Stwierdziłam, że zakończenie w takim momencie będzie idealne :)
Zapraszam na nowego bloga, którego założyłam z Nikki:
http://horse-tips-for-you.blogspot.com/
Nie jest opowiadaniowy, ale mamy nadzieję, że się spodoba ;)